Przedwojenną stolicą Wołynia był Łuck. To właśnie tam mieściły się władze województwa wołyńskiego II Rzeczypospolitej. Dziś dla wielu Polaków jest to jedynie nazwa na mapie historii. Dla mojej rodziny to jednak coś znacznie więcej. To miejsce, w którym urodziła się moja mama i gdzie rozpoczęła się historia jej życia.
Wołyń był jedną z najpiękniejszych krain dawnej Polski. Nie miał gór ani morskiego wybrzeża. Jego siłą była przestrzeń. Bezkresne pola zbóż, rozległe lasy, rzeki wijące się przez zielone doliny, mokradła Polesia i setki wsi rozsianych pośród spokojnego krajobrazu. Była to ziemia o wyjątkowym charakterze, gdzie od pokoleń obok siebie żyli Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Czesi, Niemcy i przedstawiciele innych narodowości.
W wielu miejscowościach kościół katolicki, cerkiew prawosławna i synagoga były częścią tego samego pejzażu. Wołyń był mozaiką kultur, języków i tradycji. Obok Łucka ważnymi miastami były Równe, Kowel, Włodzimierz Wołyński i Krzemieniec, zwany nie bez powodu „Wołyńskimi Atenami”.
Gdy moja mama przyszła na świat Łuck, liczył około czterdziestu tysięcy mieszkańców i był jednym z najważniejszych ośrodków polskich Kresów Wschodnich. Działały tam polskie szkoły, urzędy, organizacje społeczne, harcerstwo i instytucje kultury. Choć Łuck zamieszkiwali również Ukraińcy i Żydzi, miał wyraźnie polski charakter administracyjny i był ważnym centrum życia społecznego regionu.
Mama nie miała jeszcze pięciu lat, gdy wybuchła II wojna światowa. Dzieciństwo, które powinno być czasem beztroski, przypadło na okres okupacji, strachu i niepewności. Gdy miała około ośmiu lat, Wołyń stał się miejscem jednej z największych tragedii w historii narodu polskiego.
Lata 1943-1944 przyniosły falę zbrodni, która na zawsze zmieniła los tej ziemi. Tysiące polskich rodzin zostało zamordowanych, a całe miejscowości zniknęły z mapy. Świat, który przez pokolenia budowali mieszkańcy Wołynia, został zniszczony. Ci, którzy ocaleli, musieli opuścić rodzinne strony i rozpocząć życie od nowa w zupełnie obcych miejscach.
Dla wielu współczesnych Polaków Wołyń jest dziś przede wszystkim symbolem tej tragedii. Słusznie, bo o ofiarach trzeba pamiętać. Nie wolno dopuścić, by ich los został przemilczany lub zrelatywizowany. Coraz częściej można odnieść wrażenie, że pamięć o tamtych wydarzeniach bywa niewygodna. Niszczeją miejsca pamięci, a prawda historyczna staje się przedmiotem politycznych kalkulacji.
A przecież Wołyń to nie tylko miejsce śmierci. To także miejsce życia. To polskie szkoły, kościoły, dwory, gospodarstwa i miasteczka. To codzienność setek tysięcy ludzi, którzy kochali tę ziemię i uważali ją za swój dom.
Dlatego gdy myślę o Wołyniu, nie widzę jedynie tragicznych kart historii. Widzę także małą dziewczynkę z Łucka, moją mamę, która biegała ulicami przedwojennego miasta, nie wiedząc jeszcze, jak dramatycznie potoczą się losy jej pokolenia. Widzę świat, którego już nie ma, ale który nadal żyje w rodzinnych wspomnieniach.
I właśnie dlatego pamięć o Wołyniu jest tak ważna. Nie z chęci zemsty. Nie po to, by podtrzymywać dawne konflikty. Lecz po to, by ocalić prawdę o ludziach, którzy tam żyli, cierpieli i ginęli. Naród, który zapomina o swoich korzeniach, wcześniej czy później zaczyna gubić samego siebie. Wołyń jest częścią naszej historii. A historia zasługuje na pamięć. Dlatego wszelkich pro-Zełenskich debili będę wywalał z grona znajomych.