Żal ściska, proszę wybaczyć, pewną część ciała, gdy ogląda się, w jaki sposób platformerski aktyw medialno-celebrycki walczył w kampanii prezydenckiej. To znaczy najpierw spał tak, jak Głowa Państwa (ustępująca), potem przestraszony obudził się z letargu, wreszcie ruszył do boju per fas et nefas, faulując jak się dało i kogo się dało z rodziną prezydenta-elekta na czele. Jako człowiek urodzony w Londynie wiem, że w takiej BBC ‒ a TVP formalnie jest jej odpowiednikiem jako publiczna TV – formalnie nie byłoby to możliwe. Tam dziennikarz ostro przepyta premiera Jej Królewskiej Mości, czy też tego, kto się dopiero na 10. Downing Street wybiera czyli lidera opozycji. Jednak na pewno nie zaatakuje bezbronnej rodziny polityka. To rola dla tabloidów. Na przykład, gdy żona Tony’ego Blaira ‒ Cherie ‒ zaspana, w lekkim negliżu, ziewając, otwiera drzwi domu państwa Blairów, nie spodziewając się, że za owymi drzwiami stoi tłum fotoreporterów. Tak na marginesie ciekawostka: Mrs. Blair była jedyną w historii żoną premiera Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, która w trakcie urzędowania męża… urodziła dziecko. Piszę: była, bo w jej ślady poszła żona obecnego szefa brytyjskiego rządu Samantha Cameron, która również urodziła, gdy mąż pracował na Downing Street (skądinąd wcześniej Cameronowie przeżyli tragedię, bo zmarł ich siedmioletni syn Ivan Reginald Ian).

Reasumując, Tomasz Lis mógłby pracować w bulwarówce „The Sun” (duży nakład, bo pokazują nagie panienki), ale do polowania na rodzinę czołowego polityka nie miałby w BBC żadnych szans.

Skądinąd ciekawe, że szereg osób z tzw. centrum (historycznie to się nazywało „bagno”) oburzyło się – i dobrze – na Lisa po tej jego brutalnej agresji na Kingę Dudę, lecz oburzyło się się na sam atak, lecz na to, że naczelny „Newsweeka” oparł się na fałszywym („fejkowym”) koncie na Twitterze. Z tej konkretnej logiki wynika, że Lis miałby prawo skopać dwudziestolatkę, aby w ten sposób uderzyć w ojca – kandydata na Prezydenta RP – gdyby tylko jej konto na tym portalu było naprawdę „jej”.

Ciesząc się z wiktorii kandydata Prawa i Sprawiedliwości,pragnę wpisać wszystkim do sztambucha, że ci, którzy organizowali kampanię nienawiści do Andrzeja Dudy i jego rodziny nie rozpłynęli się ani nie zniknęli niczym kamfora z Przygód Tytusa, Romka i Atomka „Papcia” Chmielewskiego. Są. Czekają. Gotowi dalej nie tyle nawet kopnąć, co solidnie skopać. Oni to lubią i umieją. Trening czyni mistrza – ćwiczyli lata całe. W związku z tym możemy psychicznie się przygotować na to, co będzie się działo wkrótce, bo w kampanii przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi. „Polityka miłości” w wykonaniu Tomaszów: Karolaka i Lisa, a także reszty aktywu Jedynie Słusznej Partii czyli przewodniej siły establishmentu (bo przecież nie Narodu) grozi nam zatem nawet w okresie wakacyjnym, a ze szczególną intensyfikacją po kanikule. Bo wszak, jak mówi jeden z bohaterów „Misia” niezapominanego Stanisława Barei: „słuszną linię ma nasza partia”.

Zamiar emigracji ogłosił znany miłośnik wina i PO biznesmen Wincenty Mazgaj (imię zmyślone, nazwisko prawdziwe). Prawdziwe chłopaki po porażce wszak się nie mazgają. Chyba, że jest to porażka tak straszna. Biznesmen Mazgaj zadeklarował, że przez wakacje wyszykuje sobie dom w Monako, żeby miał się gdzie przeprowadzić. Jako rzecze niemal eksprezydentowa Komorowska (podkreślam eksprezydentowa, a nie eksKomorowska, bo pan ustępujący prezydent dobrego gustu nie zmienił): „Ja bym emigracji za pracą nie traktowała w kategorii dramatu. To jest też jakaś szansa.”. Dla biznesmena Mazgaja szansa niewątpliwa, tym bardziej, że Monako to raj podatkowy i dlatego ciągną tam liczni sportowcy, aktorzy i inni celebryci. Także, jak w widać, samouciśnieni zwolennicy PO. Może monsieur Mazgaj, już po przeprowadzce, zaprosi na Lazurowe Wybrzeże rodaków ze „zmywaka” z Anglii i Irlandii.

Autor: Ryszard Czarnecki

*felieton ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (03.06.2015)