Nie tylko z biznesowego, ale z każdego innego punktu widzenia, to się nie miało prawa udać. A jednak się udało! Jakim cudem? No właśnie… O nietypowym stworzeniu „największego startupu świata” przez Jezusa Chrystusa, opowiada Krzysztof Oppenheim, ekspert finansowy, wieloletni przedsiębiorca, dziennikarz Magazynu Opinii Pressmania.pl – w rozmowie z red. Krzysztofem Budką.

Krzysztof Budka: Ma Pan wyjątkowo oryginalne, niestandardowe spojrzenie na osobę Jezusa Chrystusa. Całkiem odmienne od tego, które znamy chociażby z nauk Kościoła. W jednej z rozmów określił Pan Jezusa jako niedościgniony wzór idealnego przedsiębiorcy, co spotkało się z zainteresowaniem i pozytywnym odzewem wśród kilku moich znajomych publicystów, przedsiębiorców, a także wśród mojego znajomego… księdza katolickiego. Skąd ta zaskakująca interpretacja Ewangelii?

KRZYSZTOF OPPENHEIM: Na początek naszej rozmowy ważna refleksja. Aby dzielić się publicznie własnymi przemyśleniami o Bogu i Jezusie Chrystusie, przede wszystkim trzeba być osobą wierzącą oraz samodzielnie „przerobić” Nowy Testament, nie bazując jedynie na naukach Kościoła na ten temat. Do pogłębionego studiowania życia i misji Jezusa Chrystusa przekonał mnie Augusto Cury, a konkretnie lektura jego bestsellerowej powieści „Najbardziej inteligentny człowiek w historii”. Autor – opierając się wyłącznie na treści Ewangelii – przekonuje nas, że Jezus był człowiekiem nie tylko o wybitnej inteligencji (co wynika z tytułu), ale także nieprzeciętnie szczęśliwym i towarzyskim. Jaki obraz Syna Bożego przedstawia nam Kościół? Najczęściej jako Osobę nieludzko cierpiącą podczas Drogi Krzyżowej i umierającą na krzyżu lub też jako typowego nauczyciela głoszącego Słowo Boże, co mnie zawsze się kojarzyło z namolnymi „świadkami Jehowy”.

Patrząc z obecnej perspektywy i posiadanej dziś wiedzy na ten temat, mogę stwierdzić, że Kościół metodycznie zakłamuje nie tylko obraz Jezusa Chrystusa, Boga i wiary, ale także bardzo wypaczył cel, jaki przyświecał Bogu, kiedy ten zesłał na ziemię swego Syna.

Dlaczego wypaczył? Jezus „umarł na krzyżu dla naszego zbawienia” – to głosi Kościół od samego początku. Czy to stwierdzenie Pana nie przekonuje?

– Nie, bo to jest sprzeczne z naukami Jezusa Chrystusa, które znamy z Ewangelii. Weźmy na przykład treść przepowiedni o synu marnotrawnym (Łk 15,11-32), czy też o pracownikach w winnicy (Mt 20,1-16). „Ostatni będą pierwszymi” – w każdej chwili możemy zwrócić się do Boga i zawsze zostaniemy przyjęci z wielką radością.  Także jeśli wcześniej sporo nagrzeszyliśmy, jak to było w przypadku syna marnotrawnego.

Nietrudno stwierdzić, że nauki Kościoła są pełne podobnych sprzeczności, a czasem wręcz niedorzeczności, jaką jest odpowiedzialność każdego człowieka za grzech mitycznego Adama, mowa o tzw. grzechu pierworodnym, z którym rodzi się każdy z nas. Takie dogmaty są obrazą dla mojej inteligencji, a tym bardziej jeśli mowa o mojej miłości do Boga.

To jaki – według Pana – był cel działania Jezusa? Dlaczego pojawił się na ziemi akurat w tym miejscu i w tym akurat czasie?

– Przecież to oczywiste: zadaniem Jezusa było wprowadzenie na ziemi całkiem nowej wiary, opartej na wartościach chrześcijańskich – jak dziś nazywamy nauki Jezusa, znane nam z Ewangelii. Jeśli jednak uwzględnimy, w jakim miejscu pojawił się Jezus i jakimi dysponował środkami, a mimo to udało się Mu stworzyć „największy startup świata” (określenie to zapożyczyłem od Augusto Cury’ego), to Jego sukces wydaje się absolutnie niewiarygodny! Ale przecież cel ten został osiągnięty, chrześcijaństwo jest religią dominującą. Na całym świecie jest ponoć obecnie ponad 2,5 mld wyznawców tej wiary.

Stąd też w tytule znalazła się fraza „mission impossible Jezusa Chrystusa”?

– Tak, bowiem – używając języka biznesowego – wartości chrześcijańskie był to zupełnie nowy produkt, na terenie gdzie miał on wiele słabych cech z punktu widzenia potencjalnych nabywców, tj. Żydów z początku naszej ery, żyjących w kraju okupowanym przez Rzymian. Na dodatek Jezus podjął się tego arcytrudnego zadania, nie mając po swojej stronie żadnych środków finansowych, żadnego wsparcia z jakiejkolwiek strony. W przeciwieństwie do Mahometa, Jezus – zdobywając wiernych – nie używał miecza ani żadnej innej formy przemocy. A dokładniej – zakazywał jej stosowania, co w ówczesnym, barbarzyńskim świecie można było uznać za dziwactwo. Obowiązywał bowiem kult siły.  

Musimy brać pod uwagę, że 2000 lat temu wiara Żydów w Boga – znanego nam ze Starego Testamentu – była niezwykle silna. To nie jest tak jak teraz, kiedy duża część osób uznających się za chrześcijan, mówi o sobie, że „trochę wierzy”. W tamtych czasach w imię wiary Żydzi byli gotowi oddać życie. Dobitnym przykładem potwierdzającym to jest chociażby Powstanie Machabeuszów, czyli zbrojne wystąpienie w Judei, mające charakter frontalnego starcia prawowiernych wyznawców judaizmu z hellenizmem, które miało miejsce w latach 167–140 p.n.e.

Na pewno Jezus miałby łatwiejsze zadanie, gdyby głosił swoje nauki wśród Rzymian, czy Greków, którzy wtedy uznawali mitycznych Bogów i nie znali monoteizmu. Misją Jezusa była popularyzacja i sprzedaż Żydom takiego „produktu”, którego oni w ogóle nie potrzebowali.  Nie dość na tym: ów „produkt” podważał niemal wszystkie wartości ich ówczesnej religii (judaizmu). Jeśli weźmiemy pod uwagę te wszystkie okoliczności, wydaje się niemal pewne – z „biznesowego” punktu widzenia – że to nie mogło się udać. A jednak się udało.

Skoro patrzymy na działalność Jezusa przez pryzmat „biznesowy”, powinniśmy zacząć od pytania, do czego zmierzał nasz Bohater? W tym miejscu na pewno trzeba wspomnieć o konkurencji, kto takową stanowił dla Jezusa? 

– Rzeczywiście „biznesowe” porównania bardzo się tu sprawdzają, więc idźmy tą drogą. Jeśli mamy zamiar dziś wejść na rynek z nowym towarem, zazwyczaj nie jest naszym celem, aby całkowicie zneutralizować konkurencję. Jak to było w przypadku nauk Jezusa? Misją Chrystusa – ale to widać dopiero po głębszej analizie – było podważenie zasadności istnienia „konkurencji”, czyli ówczesnego judaizmu. Jeśli poznasz moją wiarę opartą na wartościach chrześcijańskich i te nauki zrozumiesz, potem je uwewnętrznisz, uznasz judaizm za przeżytek, za relikt starożytności – taki był pewnie cel Jezusa, kiedy przekonywał wyznawców do swojej wiary.

I tu znowu często spotykam się z fatalną w skutkach narracją kościoła, iż jakoby chrześcijaństwo jest w pewnym sensie kontynuacją judaizmu. Jezus na każdym niemal kroku naigrywał się z judaizmu, co doprowadzało do pasji faryzeuszy i saduceuszy, czyli „konkurencję”, o którą Pan pytał. Przykłady podam w dalszej części naszej rozmowy. Krótko mówiąc, planem Jezusa Chrystusa było „wysadzenie w powietrze” konkurencji, m.in. poprzez pokazanie słabych stron judaizmu, podważenie wszystkich dogmatów tej religii. Nauki Chrystusa, nowa wiara, którą proponował, była więc zaprzeczeniem judaizmu, a nie jego kontynuacją. O tym fakcie często zapominamy lub nie dokonujemy podobnych porównań.

Tym bardziej że mieszkańcy Judei i Galilei nie potrzebowali w ogóle takiego nowego religijnego produktu – z ich punktu widzenia produktu rewolucyjnego. Przecież nawoływanie do miłowania nieprzyjaciół, nastawiania drugiego policzka, czy krytyczne podejście do bogactwa jako celu samego w sobie to coś, co wydawało się niemożliwe do sprzedania ówczesnym Żydom. Jak to Jezusowi się udało? Szczególnie, że mówimy tu o całkowitym „ograniu” konkurencji.

– Boski plan – bo na pewno nie wymyśliłby tego nawet najmądrzejszy człowiek – na przekonanie ówczesnych mieszkańców Galilei i Judei do nowej religii był więcej niż genialny. Wykonawcą miał być Syn Boży. Urodził się więc jako Żyd i przez 30 lat swego życia nie ujawniał nikomu swojej misji. Widać Bóg uznał, że 20-letni młodzian nie byłby przekonujący, aby głosić Słowo Boże. Z licznych rozmów Jezusa – czy częściej sporów – z faryzeuszami, także z Jego kazań, wiemy, że Jezus świetnie znał judaizm i dostępną „literaturę” związaną z tą wiarą. Chcesz pokonać wroga: poznaj go dokładnie, tj. jego silne i słabe strony. 

Niewątpliwie tą najsilniejszą stroną konkurencji był bardzo mocny związek ówczesnych Żydów z wiarą w Boga, którego wykreował judaizm. Jezus podważając wartości tej religii, musiał się więc poruszać niezwykle delikatnie. Gdyby chciał „na ostro” zaatakować konkurencję, byłoby to klasyczne „wejście smoka”, czyli bardzo szybki i całkowity upadek „projektu”. Przypomnijmy tu, że właśnie na tym tle Jezus na początku swojej drogi zaliczył dotkliwą „wpadkę”. Kiedy próbował głosić nauki w rodzinnym Nazarecie, omal nie przypłacił tego życiem, oto stosowny fragment Ewangelii wg Łukasza (Łk 4, 2830): 

  1. Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem.  29 . Porwawszy się z miejsc, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na urwisko góry, na której zbudowane było ich miasto, aby Go strącić. 30. On jednak, przeszedłszy pośród nich, oddalił się. 

Rzeczywiście, nie miał lekko… Na szczęście Jezus się nie zraził tym pierwszym niepowodzeniem i upokorzeniem zarazem.

– A kto mówił, że będzie lekko? Ale plan trzeba było konsekwentnie realizować. Przede wszystkim trzeba było więc zadbać o promocję.  Z pewnością bardzo skutecznie marketingowo były cuda czynione przez Jezusa. Można by zaryzykować stwierdzenie, że Jego nauki były dodatkiem do cudów, a nie odwrotnie. Gdyby nie czynione hurtowo cuda, o Jezusie i Jego naukach szybko by zapomniano. Tego możemy być pewni: w tej kwestii wystarczy podstawowa wiedza z zakresu psychologii. W działaniach na rzecz promocji osoby Jezusa, jako Mesjasza, czy też Syna Bożego (tego przez długi czas nasz Bohater nie ujawniał), pomogła też znacząco inna „marketingowa sztuczka”. 

Jaka konkretnie? 

– Jezus udał się do Jana Chrzciciela, aby się ochrzcić. Oto dwa kolejne fragmenty Ewangelii, najpierw słowa Jana Chrzciciela, kiedy ujrzał po pierwszy Jezusa:

J 1,30

  1. To jest Ten, o którym powiedziałem: Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie.

Oraz sam chrzest:

Mt 3, 13–15

  1. Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. 
  2. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?»
  3. Jezus mu odpowiedział: «Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe». Wtedy Mu ustąpił. 

Chrzest oczywiście do niczego Jezusowi nie był potrzebny, ale promocja – bardzo. Chyba nie do końca zrozumieli cel tej akcji Jezusa autorzy opracowania „Legendarny Jezus?” Paul Rhodes Eddy i Gregory A. Boyd. Oto ich wypowiedź w tej sprawie: „relacja (z chrztu Jezusa) mogła być kłopotliwa dla pierwszych chrześcijan. Wszak chrzest udzielany przez Jana Chrzciciela był wyraźnie określony jako chrzest nawrócenia, a więc dla grzeszników. Poza tym sam fakt, iż Jezus został ochrzczony przez Jana Chrzciciela, nasuwa pytanie, czy był on kimś ważniejszym od Jezusa”.

Dla mnie wyjaśnienie jest proste. Po pierwsze Jezus, przyjmując chrzest, chciał pokazać, że jest jednym z nas. A po drugie: chodziło o to, aby Jan Chrzciciel rozpoznał w nim Syna Bożego i publicznie to stwierdził. Co jak widzimy – udało się osiągnąć.

Czas chyba poruszyć inny bardzo ważny element strategii marketingowej planu Jezusa: zespół sprzedażowy.

– No właśnie. Jeśli nie znamy dokładnie Ewangelii, może się nam wydawać, że Jezus wychował sobie ledwie 12 uczniów, tj. apostołów, z których jeden okazał się zdrajcą. Uczniów wyszkolonych przez Jezusa było jednak znacznie więcej:

Łk 10,1–4

  1. Potem Pan wybrał siedemdziesięciu uczniów i wysłał ich po dwóch do miast i wiosek, które zamierzał odwiedzić. 
  2. Żniwo jest wielkie—mówił im—a tak mało pracujących! Proście więc gospodarza, aby posłał więcej pracowników na żniwa. 
  3. 3. Idźcie! Posyłam was jak owce między wilki. 
  4. Nie bierzcie ze sobą pieniędzy ani torby podróżnej, ani nawet zapasowego obuwia. Wędrując, nie traćcie ani chwili, nawet na tradycyjne przywitanie się z napotkanymi ludźmi. 

Tu nasuwa się naturalna refleksja: Jezus musiał mieć niezwykłą moc przekonywania, skoro takie „zachęty” do głoszenia nowej wiary okazały się skuteczne. Drugi bardzo ciekawy wniosek – jak widać Jezus był twórcą… marketingu sieciowego. Wszystko w realizowanym przez Niego planie było doskonale przemyślane: nie tylko, że musi mieć świetnie wyszkoloną kadrę do popularyzowania nowej wiary, ale także, aby ci „sprzedawcy” tworzyli dwuosobowe zespoły i działali w miastach i wioskach, które miał odwiedzić Jezus. Co ułatwiało Chrystusowi zdobywanie wiernych w różnych rejonach ówczesnego Izraela.  

Na razie jeszcze nic nie mówiliśmy o merytorycznej walce Jezusa z „konkurencją”. Jakie metody wykorzystywał Jezus do uderzania w judaizm, tj. do podważania podstaw tej religii? 

– Po pierwsze i chyba najważniejsze – czego może nie widać wprost – Jezus odciął się od obrazu Boga znanego nam z przekazów Starego Testamentu. Oto dwa kolejne fragmenty z Ewangelii: 

J 14, 7-9: Gdybyście Mnie poznali, poznalibyście i Ojca mego; a teraz już Go znacie i widzieliście (…) Kto Mnie zobaczył, i Ojca zobaczył.            

J 14, 23-24: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał słowo moje, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i zamieszkamy u niego (…)  A słowo, które słyszycie, nie jest moje, lecz Ojca, który Mnie posłał.

Bóg, którego znamy ze Starego Testamentu, jest skrajnym przeciwieństwem  obrazu Boga, którego możemy zobaczyć poprzez Jezusa. Przecież „nasz” Bóg, czyli ten z nauk Jezusa Chrystusa, jest Bogiem miłości i miłosierdzia, w przeciwieństwie do obrazu Boga, którego opisuje Stary Testament – ten jest bogiem wojny. „Nasz” Bóg każe nam miłować nieprzyjaciół, a nie pomagać Żydom w  mordowaniu ich wrogów, czasem nawet w ich rzeziach (patrz: opis życia Dawida, Salomona, także Mojżesza). I jeszcze jeden absurd  wiary „konkurencji”: według judaizmu miłość Boga ma narodowość. Czyli Żydzi jakby przywłaszczyli sobie Boga, zagarnęli go na własność, a innym od niego – wara!

Pozwolę sobie w tym miejscu na dość mocne stwierdzenie: uznawanie tożsamości Boga ze Starego Testamentu z „naszym” Bogiem jest bluźnierstwem. Podobnie połączenie Starego i Nowego Testamentu – czyli jakoby „Nowy” był kontynuacją „Starego” – także w moim rozumieniu wiary i mojej miłości do „Naszego” Boga jest niemożliwe do zaakceptowania. Na dodatek daje to potężną oręż przeciwnikom naszej wiary, którzy wytykają chrześcijanom niegodne uczynki Boga i jego wybrańców, powołując się właśnie na Stary Testament. 

Poza ukazaniem obrazu Boga we własnej osobie, z treści Ewangelii znamy też liczne spory i utarczki z faryzeuszami. Przytoczmy kilka przykładów.

– Judaizm za czasów Jezusa Chrystusa to religia pełna dogmatów, dominował tu też nadmierny rytualizm. Konkrety: weźmy na początek obrzezanie. Miało być ono potwierdzeniem przymierza zawartego pomiędzy Bogiem a Abrahamem. Co powyższe ma wspólnego z miłością do Boga? Taki Bóg jest całkowicie nie-inkluzywny – jakbyśmy to dziś powiedzieli – zarezerwowany tylko dla Żydów, tych obrzezanych. Jezus burzył się, kiedy zwracano się doń „Syn Dawidowy”, nazywał siebie „Synem Człowieczym”, a więc odcinał się od Dawida, który dla Żydów był bożyszczem, ale z pewnością nie może być wzorem do naśladowania wśród chrześcijan. 

Inny święty rytuał Żydów – przestrzeganie szabatu.  Mamy tu stosowne fragmenty Ewangelii św. Mateusza (Mt 12, 1–14), gdzie na oczach faryzeuszy uczniowie Jezusa „zgrzeszyli” podczas szabatu, bowiem: „odczuwając głód, zaczęli zrywać kłosy i jeść (…) czego nie wolno czynić w szabat”.  

Jezus tak zripostował zarzut faryzeuszy: 

nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy był głodny, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie było wolno jeść jemu ani jego towarzyszom, tylko samym kapłanom?”

Dalej czytamy, że  faryzeusze oskarżyli Jezusa, że uzdrawia w szabat. Oto Jego kapitalna riposta: 

„Kto z was jeśli ma jedną owcę, i jeżeli mu ta w dół wpadnie w szabat, nie chwyci i nie wyciągnie jej?  O ileż ważniejszy jest człowiek niż owca! Tak więc wolno jest w szabat dobrze czynić.” 

I jeszcze jedna wypowiedź Jezusa na temat szabatu. W Ewangelii św. Marka (Mk 2, 27) Jezus powiedział: „Szabat jest ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”.

A co z koszernością potraw? To też święty rytuał judaizmu.

– Jezus kpił sobie także z koszerności. W tej kwestii faryzeuszom wystarczył zarzut, że uczniowie Jezusa nie myją rąk przed jedzeniem. Jezus uderzył w tę „świętość” tymi słowy:

Mt 15, 11, 1720

  1. 11. Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to go czyni nieczystym
  2. Nie rozumiecie, że wszystko, co wchodzi do ust, do żołądka idzie i wydala się na zewnątrz? 
  3. Lecz to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to czyni człowieka nieczystym. 
  4. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwa, przekleństwa. 
  5. To właśnie czyni człowieka nieczystym. To zaś, że się je nie umytymi rękami, nie czyni człowieka nieczystym.

A tak bardziej ogólnie: Prawo Mojżeszowe, w tym Dziesięć Przykazań? Jak do tej świętości podszedł Jezus Chrystus?

– Odnosząc się np. do dziesięciu przykazań, Jezus znacząco uprościł ten przekaz. Stwierdził bowiem, że te dwa są najważniejsze, znane nam z Ewangelii św. Mateusza (Mt 22, 37–39):

„Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”.

W tym wypadku ów „skrót” nie oznaczał odejścia od treści. Ale jeśli chodzi o prawodawstwo Żydów znane z judaizmu, w tym właśnie Prawo Mojżeszowe (patrz: Księga Powtórzonego Prawa), nową wersję praw zgodnych  z wartościami chrześcijańskimi, Jezus przedstawił m.in. w  Kazaniu na Górze               (Mt 5, 1-48). Tu znajdziemy już znaczące różnice wobec ówczesnego systemu prawnego. 

Jezus zastosował wersję porównawczą (w  kilku ważnych aspektach), zaczynając wypowiedź słowy „Słyszeliście, że powiedziano, że…… dodając potem: „A Ja wam powiadam: ….”. 

 Oto jeden z przykładów (Mt 5, 43–44):

  1. Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził.  44. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują. 

A śmierć Jezusa Chrystusa? Trudno uwierzyć, by zgodnie z racjonalnym działaniem, ktokolwiek mógł zakładać, że kulminacyjnym momentem będzie męczeńska śmierć Syna Bożego Jak to wytłumaczyć? 

– To już temat na kolejną rozmowę. Zdradzę jedno, co chciałbym w niej przekazać: to był najgenialniejszy punkt Boskiego Planu, o którym dziś rozmawiamy! Gdyby ta część planu Jezusowi się nie powiodła, z pewnością chrześcijaństwo nie byłoby dziś dominującą religią.

Rozmawiał Krzysztof Budka.

——–

Niniejszy tekst jest fragmentem książki „Jezus Chrystus: dziennikarskie śledztwo”, autorstwa Krzysztofa Oppenheima i Krzysztofa Budki, która ukaże się w pod koniec 2025 roku.