Proces, zapoczątkowany przez europejskie mocarstwa jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku, właśnie zaczyna wydawać owoce.

12038336_1099661666766086_3039398015581311845_nSprowadzeni do pracy z krajów Afryki Północnej (Algieria) w latach 1960-tych mieli jakąś perspektywę. Powoli, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, wspinali się nie tyle na drabinie społecznej, ale ekonomicznie.

Jednak globalizacja oznacza koniec dalszego rozwoju przemysłu w Europie. Taniej jest bowiem w Azji, chociaż globalna produkcja dwutlenku węgla dzięki temu, że używane tam są technologie uznawane za przestarzałe nawet w byłych demoludach (czyli krajach socjalistycznych pod wpływem Moskwy, jak ktoś nie pamięta), wzrasta.

To jednak nic w porównaniu do zysków grupy osób.

I beznadziei na lepsze jutro, bez nadziei na pracę dla coraz większej grupy osób.

To przede wszystkim dotyka obywateli UE w pierwszym pokoleniu, których rodzice przybyli tu za pracą.

Ekonomicznie więc trudno spodziewać się, aby pokoleniowo wykluczeni próbowali asymilować się ze Światem Zachodu.

Jednak to nie jedyny powód.

O wiele bardziej liczący się dla nich jest powodem ideologicznym, religijnym.

Powtarzane od co najmniej roku słowa:

Powinien być to dla nas jasny dowód na to, że mieszanie obcych sobie kultur prędzej czy później i tak prowadzi do konfliktów. Jedność udawało się utrzymać tylko tak długo, dopóty socjalistyczne rządy twardej ręki ograniczały znaczenie religii i tożsamości narodowych. Tymczasem w Europie Zachodniej dominuje zupełnie przeciwne podejście – afirmacja różnic kulturowych, zwana w Niemczech wymownym multikulti. Wygląda na to, że lekcja z wojny na Bałkanach nie została wyciągnięta. A o fiasku polityki integracji przez afirmację kulturowych różnic świadczy dobitnie badanie wykazujące, że im większa tolerancja dla imigrantów, tym większa radykalizacja islamistów. Najwidoczniej działa tu zasada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, co potwierdzają coraz liczniejsze przypadki m.in. z Danii, Anglii czy Francji.
Paradoks? Wcale nie. Lewicowi politycy nie rozumieją po prostu fenomenu różnic kulturowych, które tak zachwalają. Społeczności Bliskiego Wschodu i Maghrebu nie mają szans oderwać się od swoich korzeni, jeśli nie zostaną do tego zmuszone. Tymczasem multikulti stara się te korzenie pielęgnować, nie zauważając, że szpagat między liberalną kulturą europejską a konserwatywną islamską nie jest możliwy.

http://3obieg.pl/arabia-felix

Zaślepieni zamożnością, ugłaskani frazesami o „niezawisłych sądach” i „prawach człowieka”, przekonani o swojej wyższości nad resztą świata, zapominamy, że:

941073_982745698429475_5835786970930601246_n

Muzułmanie w swojej większości nie chcą się asymilować, ponieważ czują się od nas… lepsi. To taka moralna wyższość, którą jako Polacy powinniśmy dość łatwo zrozumieć. Część z nas też czuje się biedniejsza od ludzi z zachodu, ale za to moralnie wyższa dzięki papieżowi i kilku heroicznym bitwom stoczonym podczas drugiej wojny światowej. Muzułmanie mają podobnie, tylko kilka razy silniej. Oni są blisko Boga, my Go odrzuciliśmy. Oni posiadają wysokie standardy moralne, my pielęgnujemy rozwiązłość i permisywizm. Dlaczego więc mieliby się z nami asymilować?

Pielęgnują w sobie z jednej strony dumę i wyższość, a z drugiej poczucie ekonomicznego pokrzywdzenia. W ich oczach jest jawną niesprawiedliwością, że moralnie zgniła Europa jest bogata, a ich macierzyste kraje – biedne. Odczytują to jako efekt wykorzystania sięgającego czasów kolonizacji. Bo przecież kiedyś było inaczej. W średniowieczu pierwsze kalifaty były ostoją wiedzy i wyższej kultury. To dzięki nim zachowały się do naszych czasów dzieła antycznych filozofów, tam powstało też wiele wielkich odkryć naukowych, choćby z dziedziny optyki. Muzułmanie pielęgnują w sobie pamięć po tych historycznych już osiągnięciach mniej więcej w ten sam sposób, w który my z dumą i melancholią wspominamy dawną Rzeczpospolitą „od morza do morza”.

(ibid.)

Tymczasem od zamachu na Charlie Hebdo, od zamachów paryskich, od kolońskich gwałtów zamiast zrozumienia i powzięcia akcji mającej uzmysłowić „tubylcom” (rdzennym mieszkańcom Europy) w jak wielkim znaleźli się niebezpieczeństwie, władze podjęły akcję zakłamywania rzeczywistości, nie wahając się nawet przed wprowadzaniem swoistych „zapisów cenzorskich” (w Niemczech).

Ba, rozmaitego chowu lewicowi oszołomi (i oszołomki) nie cofają się przed oskarżaniem mających odwagę protestować w obronie swojego mienia (w przyszłości czci i życia) o… mowę nienawiści!

Bo przecież islam jest religią pokoju, chociaż 99,9 % światowych terrorystów to muzułmanie.

Reakcja „pokojowej społeczności” islamskiej na zatrzymanie Salaha Abdeslama, głównego podejrzanego za paryskie zamachy z 2015r., co najmniej wysoko uprawdopodabnia, gdzie terroryści mają swoją bazę.

Akcja w Molenbeek – stolicy europejskiego dżihadu ma swoje drugie oblicze, mniej chwalebne dla wizerunku muzułmanów, którzy tak bohatersko krytykują wszystkie przejawy terroryzmu. Wiodące media w Polsce zapewne o drugiej stronie medalu nie chcą specjalnie za wiele pisać.

Mieszkańcy dzielnicy okazywali agresję w stronę policjantów podczas akcji antyterrorystycznej. Policja z psami zmuszona była do użycia środków przymusu, aby nakłonić tłum, do opuszczenia miejsca akcji. Główne belgijskie media informowały, że frustracja tłumu wywołana była brakiem możliwości powrotu do domu.

Lokalne media oraz naoczni świadkowie, podali, że w stronę policji poleciał bruk, kamienie i butelki. Naoczni świadkowie, na których powołuje się magazyn “Sunday Express” mieli stwierdzić, że doszło również do starcia z islamską młodzieżą, która uważa Abdeslama za bohatera. Napięta atmosfera na ulicach trwała do późnych godzin wieczornych.

Z kolei gazeta “De Morgen” ujawniła, że część mieszkańców miała wiedzą, że poszukiwany terrorysta przebywa w ich dzielnicy, jednak nie robili nic aby pomóc w ujęciu go.

Nic dziwnego – o ile w Brukseli nawet co czwarty mieszkaniec modli się do Allaha, to w 90-tysięcznym Molenbeek niemal co drugi. Są tu osiedla, na których 80 proc. ludzi to muzułmanie. Są miejsca, nad którymi policja nie ma pełnej kontroli. Są wreszcie zaułki, w których ciągłe warty pełnią młodzi muzułmanie i nie wpuszczają obcych. Oficjalnych rządowych danych na temat mieszkańców tej dzielnicy nie ma.

http://polskaniepodlegla.pl/kraj-swiat/item/6109-bruksela-muzulmanie-atakuja-policje-w-odwecie-za-schwytanie-terrorysty-z-paryza

Trzeba wreszcie położyć kres mieszaniu się w wewnętrzne sprawy Unii i zrzeszonych w niej krajów osób o podejrzanej reputacji.

Tutaj przykładem winien być Izrael i… Stany Zjednoczone.

Już w 2011 roku Izrael podjął kroki mające na celu ograniczenie finansowania tzw. organizacji pozarządowych z zewnątrz kraju.

Komitet ds. legislacji przy radzie ministrów zagłosował w niedzielę za poparciem ustawy, która ograniczy ilość pieniędzy, jakie izraelskie organizacje pozarządowe będą mogły otrzymywać od zagranicznych rządów lub gremiów międzynarodowych.
Teraz limitem będzie kwota 20 tys. szekli (17 tys. polskich złotych). Projekt został zgłoszony m.in. przez posłankę Cypi Hotoweli (Likud). Poparł go również premier Netanyahu.
Komitet zgodził się również, by organizacje bazujące na finansowaniu ze strony zagranicznych rządów, straciły prawa do zwolnień podatkowych. Ponadto dotacje mają być obłożone 45% podatkiem. To drugi projekt ustawy, który również został przyjęty.
Projekt ustawy cieszy się poparciem większości posłów w Knesecie, więc prawie na pewno nowe regulacje wkrótce staną się obowiązującym prawem.

Obóz izraelskiej lewicy jest oburzony z powodu decyzji komitetu. Protest wystosowała między innymi lewacka organizacja New Israel Fund (sponsorowana przez Sorosa).
Zwolennicy ustawy podkreślają, że w USA obowiązują takie same normy (American Foreign Agent Act), które zapobiegają mieszaniu się obcych rządów do wewnętrznej polityki kraju. Przeciwnicy mówią o zagrożeniu wolności słowa.

http://izrael.org.il/news/1791-izraelska-lewica-w-szoku-rzd-wprowadza-limity-dla-dotacji-zza-granicy.html

Skoro już jesteśmy nad Jordanem przypomnijmy słowa izraelskiej dziennikarki Dany Rothschild (jak podaje, z Łodzi rodem):

Europa, i świat, własnymi rękoma sprowadzili sobie do własnej kuchni ten terror. Zamykano oczy od lat. Wszystkie metody Izraela próbującego się bronić przed tym terrorem i zwalczać go, czy to mur ochronny, czy to ciągłe kontrolowanie Arabów, przejścia graniczne, ubezpieczenia lotnisk, odpowiedzi na ataki terrorystyczne, czy nawet próby wprowadzania nowych praw chroniących obywateli i państwo, spotykały się z niesamowitym oburzeniem i potępieniem ze strony Europy i świata. Wyobrażacie sobie, jakby zareagował świat, gdyby Izrael nie po pierwszym dniu, ale po pierwszych dwóch tygodniach tych niesamowitych zamachów, zamknął swoje granice, jak to zrobiła Francja? Przecież blokada Gazy, która ma na celu utrudnić przemyt broni i terrorystów, od lat wzbudza potępienie świata i żądania jej zdjęcia się nie kończą. W ostatnich miesiącach niektóre państwa europejskie potępiają Węgry i Chorwację za zamkniecie granic czy budowanie muru ochronnego, a to nic innego, tylko właśnie obrona państwa i obywateli.
Europa chciała być demokratyczna. Nie sprawdzała kogo wpuszcza w swoje granice. Nawet teraz, przy tej niesamowitej fali imigrantów nikt nie sprawdza jak należy. Ilu terrorystów przeszmuglowało się w tej fali ‘uchodźców? Przecież podaje się od długiego czasu informacje, ze tysiące Francuzów, Brytyjczyków, Amerykanów jedzie do Syrii i wstępuje w szeregi ISIS. Od długiego czasu wiadomo całemu światu, ze po otrzymaniu odpowiedniego ‘treningu’ duża cześć z nich wraca do państw swojego pochodzenia i zaczyna organizować tam grupy terrorystyczne. Nie ma wątpliwości, ze izraelski wywiad przekazywał innym państwom odpowiednie informacje, które jak widzimy, były dość lekceważone, bo jak można wytłumaczyć, ze nawet po zamachach w Tuluzie i w Paryżu parę miesięcy temu, wywiad francuski nie miał pojęcia o tej grupie, która wykonała wczorajszy zamach? A może sytuacja wymknęła się spod kontroli, bo państwa po prostu nie chciały dotychczas skutecznie przeciwdziałać terrorowi?(…)

Francja i świat są dzisiaj w szoku, a mnie trudno znaleźć współczucie dla nich. Dla ofiar i ich rodzin tak, bo ich życie już nigdy nie będzie takie samo. Im trzeba współczuć. Ale dla Europy, dla rządów państw europejskich? Nie… Dla nich nie mam współczucia… Naprawdę nigdy do końca nie walczyli z terrorem. Nigdy nie zadbały te rządy naprawdę o bezpieczeństwo dla swoich obywateli… Zaczynamy nowy okres w historii… I jeśli Europa i świat nie zmienią radykalnie swojego podejścia do terroru, obudzimy się w zupełnie innym świecie: w świecie bez wartości moralnych i wolności, o jakie ten świat walczył przez stulecia… W świecie dyktatury i usankcjonowanego mordu na każdym, który myśli inaczej…

http://izrael.org.il/opinie/4755-dana-rothschild-paryz-widziany-z-jerozolimy.html

To trzeba artykułować tak długo, aż politycy zaczadzeni lewackim wirusem marca’68 trafią na polityczny śmietnik:

Francja i świat są dzisiaj w szoku, a mnie trudno znaleźć współczucie dla nich. Dla ofiar i ich rodzin tak, bo ich życie już nigdy nie będzie takie samo. Im trzeba współczuć. Ale dla Europy, dla rządów państw europejskich? Nie… Dla nich nie mam współczucia… Naprawdę nigdy do końca nie walczyli z terrorem. Nigdy nie zadbały te rządy naprawdę o bezpieczeństwo dla swoich obywateli…

 

Dzisiaj Bruksela, jutro Berlin, pojutrze…? Kto będzie następny?

Europo, obudź się!

 

12108740_982665635104148_7324902506894138424_n

22.03 2016