Najłatwiej mówić o pokoju tak, jakby był naturalnym stanem świata. Wystarczy dobra wola, dialog i wzajemny szacunek, a wojna pozostanie ponurym wspomnieniem mniej cywilizowanych epok. Prawda, że miłe dla ucha? Prawda, że powtarzane w tak wielu wystąpieniach, w kazaniach, przemowach, programach, apelach? Tymczasem ciężko o głupsze i bardziej szkodliwe stwierdzenia. Żeby sprostać wyzwaniom współczesnego świata polskie społeczeństwo nie może żyć złudzeniami, nie może żyć utopią pokoju.
Pokój między państwami nie jest bowiem niczym innym niż stanem zbrojnej równowagi sił. Równowaga nie wymaga identycznych armii. Potencjalny agresor ma po prostu uznać napaść za przedsięwzięcie nieopłacalne. Powinien widzieć siłę zdolną zatrzymać uderzenie i zadać mu straty, których nie zechce ponieść. Musi także wierzyć, że ta siła zostanie użyta. Na tym polega odstraszanie. Nie wystarczy kupić broń. Za uzbrojeniem muszą stać ludzie, dowodzenie, zapasy, przemysł i sprawne państwo. Sojusze mają znaczenie dopiero wtedy, gdy istnieją wspólne plany i realne zobowiązania. Pokój nie wyrasta z bezsilności. Jest politycznym owocem dobrze zorganizowanej siły.
Nie ma większego zagrożenia dla pokoju niż słabość i uległość, one zawsze prowokują agresję. Nie ma lepszego gwaranta pokoju niż silna armia, społeczny militaryzm i gotowość do zadawania bolesnych ciosów oraz jasne sygnalizowanie tego przeciwnikom.
Rok 1920 przypomina, że moralna racja pozostawiona sama sobie nie zatrzymuje armii. Zwycięstwo wymagało żołnierza i dowódcy, ale też kolei, wywiadu, fabryki, administracji oraz społecznej mobilizacji. Zwycięstwo nie przyszło do ludzi bezczynnych. Zostało wypracowane przez państwo, które w godzinie próby potrafiło skupić rozproszone siły. Piętnasty sierpnia nie powinien być zatem wyłącznie dniem defilad i wspomnień. To coroczny sprawdzian naszego myślenia o państwie.
– Polityka i wojna –
Wojna rozumiana jako konfrontacja zbrojna jest po prostu jednym z narzędzi, jednym ze środków prowadzenia polityki. Wybucha z powodu sprzeczności interesów, ambicji albo sporu o porządek, który ma obowiązywać. Polityka określa cel wojny, z kolei jej rezultat ustanawia nowe warunki polityczne. Polityka, która nie rozumie siły i boi się jej użyć redukuje się do taniego moralizowania. Jest jałowym gadulstwem, gawędziarstwem.
Wojna jest polityką w stanie skrajnego natężenia, a polityka — swego rodzaju wojną bo opiera się na trwałej rywalizacji. Wewnątrz państwa konflikt ogranicza prawo. Partie walczą o władzę, grupy społeczne o zasoby, a środowiska ideowe o kształt wspólnoty. Instytucje państwa nie mają na celu usuwać tych sporów. Utrzymują je poniżej progu fizycznej przemocy.
W polityce międzynarodowej stawką rozgrywki jest bezpieczeństwo, zdolność do poszerzenia wpływów i zdolność ustanawiania reguł. Państwa zawierają sojusze, prowadzą handel i podpisują umowy, lecz nie przestają pilnować własnej pozycji.
Świat nie jest jednym społeczeństwem zarządzanym przez bezstronne centrum. Pozostaje układem podmiotów, które współpracują tam, gdzie jest to możliwe i konkurują tam, gdzie uznają to za konieczne.
Remilitaryzacja myślenia oznacza odzyskanie strategicznego rozumu. Najpierw rozpoznajemy własny interes i ustalamy hierarchię celów. Potem wybieramy środki. Polska polityka zbyt często odwraca tę kolejność.
– Świat zagęszczonych konfliktów –
Przez ostatnie stulecia społeczeństwa połączyła coraz gęstsza sieć zależności. Handel, finanse, migracje, energetyka, transfer technologii, łańcuchy dostaw i masowa komunikacja skróciły odległość między odległymi częściami świata.
Owa współzależność między państwami, społeczeństwami i różnymi podmiotami gospodarczymi podnosi cenę otwartego konfliktu, ale tworzy też nieskończoną ilość nowych pól starcia. Port może stać się narzędziem blokady, kabel celem sabotażu a standard technologiczny sposobem uzależnienia rynku. Kryzys bankowy albo zerwanie dostaw komponentów potrafią uderzyć w państwo szybciej niż tradycyjna armia. Globalizacja nie zniosła geopolityki.
Współczesny konflikt toczy się na co dzień, ciągle i zazwyczaj poniżej progu wojny. Presja gospodarcza miesza się z działaniami służb, cyberatakami i operacjami wpływu. Ich siłą jest niejednoznaczność. Społeczeństwo długo może nie zauważać, że ktoś systematycznie osłabia jego zdolność działania.
Najszerszym polem starcia stała się informacja. Państwa, korporacje i ruchy polityczne próbują zarządzać uwagą odbiorców. Walczą o język, którym opisujemy rzeczywistość i o emocje, przez które ją oceniamy. Telefon jest dziś osobistym oknem na świat, ale również kanałem, którym świat wchodzi do naszej głowy.
Sztuczna inteligencja nadaje temu procesowi nową skalę. Pozwala tanio tworzyć tekst, głos i obraz, a następnie dopasowywać przekaz do konkretnego odbiorcy. Kampanię propagandową można prowadzić bez końca, zmieniając jej ton po każdej reakcji użytkownika. Wojna informacyjna nie zaczyna się wraz z pierwszym wystrzałem. Trwa nieustannie.
– Totalna rywalizacja –
Żyjemy w warunkach totalnej rywalizacji. Obejmuje ona wojsko i gospodarkę, naukę i demografię, kulturę i technologię. Toczy się pomiędzy przeciwnymi blokami oraz wewnątrz sojuszy. Państwa Unii Europejskiej tworzą wspólny porządek, a zarazem walczą między sobą o inwestycje, ośrodki badawcze i korzystne reguły rynku. Sojusz nie usuwa interesu narodowego. Jest jednym z narzędzi jego realizacji.
Nowością jest ciągłość tej konkurencji. Człowiek pracuje w łańcuchu zależnym od decyzji podejmowanych na innym kontynencie. Jego oszczędności reagują na kryzysy, których nie potrafi umiejscowić na mapie. Wiadomości wybierają mu algorytmy należące do ponadnarodowych platform internetowych. Napięcie nie zawsze jest widoczne, ale prawie nigdy nie znika.
Dlatego złudny jest język pokoju rozumianego jako brak konfliktu. Ludzie tworzą wspólnoty, lecz mają odmienne interesy i ambicje. Rywalizują przedsiębiorstwa, partie, państwa i cywilizacje. Zadaniem polityki nie jest usunięcie tego mechanizmu. Polityka ma nimi kierować tak, aby nie kończył się naszym podporządkowaniem. Państwo dąży do pokoju, opierając własne istnienie na sprawności i sile, a nie na dobrej woli przeciwnika lub konkurenta.
– Państwo czasu kryzysu –
Współczesnym państwem zarządza się więc w warunkach stałego napięcia, nieustannego stanu wyjątkowego. W trybie zarządzania kryzysowego. Awaria systemu płatniczego, cyberatak albo nagłe przesilenie międzynarodowe mogą w ciągu godzin zaburzyć życie milionów ludzi. Ściśle połączone systemy są wydajne, ale kruche. Uszkodzenie jednego z nich pociąga za sobą następne.
Nieustanne zarządzanie kryzysowe stało się normą. Nie wymaga ciągłego ogłaszania konstytucyjnego stanu wyjątkowego, lecz wymaga kultury przygotowania. Liczą się przećwiczone procedury, bezpieczna łączność i ludzie zdolni decydować przy niepełnych danych. Dla Polski nie jest to chwilowa anomalia. Nasze położenie oraz rosnąca złożoność otoczenia wymuszają strategiczną gotowość. Możemy ten fakt przyjąć albo wypierać.
– Typ wojownika –
Jaki człowiek potrafi działać w takim świecie? Człowiek o mentalności wojownika. Pierwszym polem walki wojownika jest on sam. Panuje nad lękiem i wygodnictwem. Zachowuje spokój pod presją, bierze odpowiedzialność za zespół, a w odpowiednim momencie podejmuje decyzję. Wolność rozumie jako zdolność świadomego przyjęcia obowiązku.
Takiego charakteru potrzeba nie tylko w wojsku. Państwo opiera się także na inżynierze zabezpieczającym sieć, lekarzu kierującym zespołem i przedsiębiorcy rozwijającym krajową technologię. Mundur jest jednym z miejsc służby, nie jej jedynym symbolem.
Na konferencji gospodarczej w Karpaczu usłyszałem kiedyś od izraelskiego przedsiębiorcy, że spora część sukcesów jego kraju w zakresie administracji i gospodarki wynika z masowego przechodzenia młodych ludzi przez służbę wojskową. Wojsko uczy ich organizacji, odpowiedzialności i działania w warunkach niepewności. Uczy pracy w zespole, dyscypliny, umiejętności wykonywania oraz wydawania poleceń. Później te umiejętności znakomicie przydają się w biznesie oraz administracji.
Lekcja izraelska jest jasna: służba stanowi szkołę organizacji. Polska potrzebuje zawodowej armii, licznych rezerw i powszechnego przygotowania obronnego. Służba może prowadzić przez koszary, ale również przez medycynę, logistykę, obronę cywilną i cyberbezpieczeństwo. Jej celem jest przejście od społeczeństwa konsumentów bezpieczeństwa do wspólnoty ludzi przygotowanych.
– Rozbrojenie charakteru –
Przeciwnym do izraelskiego przykładem jest sytuacja wielu społeczeństw zachodniej Europy. Dobrobyt Zachodu przyniósł wolność osobistą i możliwości rozwoju, których wcześniejsze pokolenia nie znały. Z czasem pojawiła się jednak wiara, że te dobra istnieją samoczynnie. Wygodę pomylono z trwałością, a konsumpcję z sensem życia. Rozbrojenie zaczęło się w kształceniu charakterów równolegle z redukowaniem sił zbrojnych.
Człowiek pytający wyłącznie „co otrzymam?” przestaje rozumieć pytanie „co jestem winien?”. Państwo staje się dla niego automatem do otrzymywania różnych usług czy świadczeń. Tymczasem ono istnieje tylko dzięki ludziom, którzy je finansują, naprawiają i w razie potrzeby bronią.
Wolność odłączona od odpowiedzialności zamienia się w społeczną niedojrzałość. Prawa bez zobowiązań wychowują społeczeństwo roszczeniowe. Wspólnota, która chce przetrwać, musi znowu nauczyć się języka obowiązku.
Wojownik ery cyfrowej musi ponadto umieć bronić własnej uwagi. Sprawdzać źródła, rozpoznawać manipulację i odkładać narzędzie, kiedy zaczyna ono zarządzać użytkownikiem. Powinien również wiedzieć, wobec kogo pozostaje lojalny. Podstawową wspólnotą polityczną jest naród zorganizowany we własne państwo.
– Nowy plebs, nowe szlachectwo –
I Rzeczpospolita znała warstwę, która uważała obronę ojczyzny i udział w polityce za część własnej tożsamości. Szlachta była — przynajmniej w swoim ideale — stanem wojującym. Czuła się współgospodarzem państwa.
Historyczny model miał swoje potężne wady w kulawym ustroju naszego państwa, lecz jego rdzeń pozostaje cenny. Szlachcic miał czuć się współodpowiedzialny za państwo. Chłopska strategia przetrwania częściej zamykała horyzont myślenia na własnym gospodarstwie i najbliższej rodzinie. Dziś ten podział nie przebiega między stanami. Przebiega przez całe społeczeństwo.
Formuła „moja chata z kraja” nie opisuje pochodzenia społecznego. Opisuje charakter. Nowym plebejuszem może być milioner, profesor albo minister. Jest nim człowiek zamknięty w prywatnej konsumpcji, który od wspólnoty oczekuje korzyści, lecz nie przyjmuje wobec niej zobowiązań. Plebejskość nie oznacza tu biedy. Jest dobrowolnym wycofaniem się z odpowiedzialności.
Po drugiej stronie stoi nowe szlachectwo. Nie dziedziczne i nieoparte na majątku rodziców. Jego tytułem jest służba, a herbem — wykonane zadanie. Tworzą je ludzie gotowi zdobywać kompetencje i ponosić ciężar decyzji. Z dawnego ideału należy wydobyć to, co najlepsze: poczucie współwłasności państwa.
– Elita służby –
Większość ludzi skupia się na rodzinie, pracy i codziennym bycie. Ciężar długoterminowej odpowiedzialności zawsze bierze na siebie mniejszość. Od jakości owej mniejszości zależy jednak przyszłość całości.
Polska powinna świadomie budować elitę służby. Dobry żołnierz, funkcjonariusz państwowych służb, urzędnik, dyplomata czy inżynier strategicznej instytucji zasługuje na prestiż i bezpieczeństwo materialne. Państwo, które wymaga lojalności a oferuje partyjną selekcję i przypadkowe warunki pracy, niszczy własne kadry.
Służba gospodarcza również ma znaczenie. Nie polega na bliskości z ministrem, lecz na tworzeniu technologii, kapitału i trwałych miejsc pracy. Przedsiębiorca wzmacnia Polskę, kiedy buduje kompetencje. Nie wtedy, gdy prywatny zysk osiąga dzięki przerzuceniu ryzyka na społeczeństwo.
Droga do elity musi pozostawać otwarta niezależnie od pochodzenia. Potrzebne są bardzo dobre szkoły, stypendia, uczciwe konkursy i awans oparty na wynikach. Elita zamknięta degeneruje się w kastę. Elita werbująca najlepszych z całego narodu zachowuje żywotność.
Potrzebny jest więc nowy typ arystokracji — arystokracja służby. Surowa w wymaganiach, lecz otwarta w rekrutacji.
– Plemiona, wodzowie i szamani –
Duża część społeczeństwa, stanowiąca nowy plebs, żyje dziś w bańkach plemiennych. Plemiona mają swoich polityczno-medialnych wodzów, a wodzowie swoich szamanów: komentatorów i producentów teorii, którzy codziennie zaklinają rzeczywistość. Nie chodzi o wyjaśnienie świata, lecz o podtrzymanie mobilizacji. Własna grupa plemienna ma być stale rozemocjonowana i stale obecna przy ekranie.
W teatrze postdemokratycznym formalne instytucje nadal działają, ale polityka coraz częściej polega na zarządzaniu emocją. Wodzowie politmedialni muszą utrzymywać informacyjnie przebodźcowane masy w stanie nieustannego podniecenia i wrzenia. Wyciszenie odbiorców grozi utratą plemiennej dyscypliny i osłabieniem politycznej mobilizacji. Wódz dostarcza plemieniu poczucia uczestnictwa, plemię odpłaca lojalnością, bezwarunkowym poparciem i głosem wyborczym. Sztuczna inteligencja uczyni ten mechanizm jeszcze tańszym oraz dokładniejszym.
Obok tego widowiska istnieje drugi obieg. Mniejszy, ekspercki i zdolny do pracy ponad rytmem medialnej awantury. Jego uczestnicy nie muszą być jednomyślni. Muszą natomiast odróżniać interes państwa od interesu partii, a rzetelną wiedzę o świecie od zaklęć i fantazji własnej bańki.
Polityków warto dzielić nie według szyldów, lecz na pożytecznych i szkodliwych. Jedni, poza prowadzeniem codziennego spektaklu, budują kadry i instytucje. Drudzy zużywają państwo dla uzyskania chwilowej przewagi. Pierwsi mogą być partnerami elity służby. Drudzy pozostawią po sobie wyłącznie lepiej rozgrzane emocje.
– Przemoc reformy –
W tym miejscu pojawia się słowo, przed którym współczesna polityka odruchowo się cofa. Elita musi być zdolna do sięgania po przemoc. Mówię o przemocy politycznej: legalnej zdolności naruszania utrwalonych interesów grupowych. Przemocy oznaczającej zdolność do tego by jakiejś grupie odebrać przywilej, zlikwidować monopol. By przełamać opór tych, którzy czerpią korzyści z niesprawności państwa.
Każda poważna reforma ma taki wymiar. Komuś odbiera nienależne dochody, stanowisko albo możliwość przerzucania własnych kosztów na resztę społeczeństwa. Zmiana, która nikogo nie dotyka, zwykle jest tylko zmianą nazwy urzędu. Państwo nie jest klubem dyskusyjnym. Podejmuje wiążące decyzje i dysponuje legalnym przymusem, aby je wykonać.
Przemoc reformy należy afirmować jako część sprawnej państwowości. Jej źródłem są prawo, mandat polityczny i jasno nazwany interes publiczny. Tak objawia się zdolność państwa do działania, gdy wpływowa grupa mówi „nie”.
Elita, która nie potrafi użyć tak rozumianej przemocy, pozostaje środowiskiem komentatorów administrujących bezwładem. Może trafnie opisywać kryzys, lecz ustąpi przy pierwszym zderzeniu ze zorganizowanym interesem. W Polsce ostatnie duże, systemowe reformy mieliśmy zaś… w poprzednim stuleciu.
Polskę czekają decyzje, których nie da się przykryć kolejnym transferem wyborczym. Starzenie się społeczeństwa i depopulacja zmienią system emerytalny, ochronę zdrowia, szkoły oraz transport. Za kilka dekad będzie nas dwadzieścia milionów. Państwo projektowane dla społeczeństwa blisko czterdziestomilionowego trzeba pilnie dostosować do kraju mniejszego i starszego.
Niektóre instytucje muszą zostać połączone, inne zamknięte. Część usług trzeba będzie zautomatyzować a infrastrukturę przebudować. Każda decyzja naruszy czyjś interes. Elita kupująca spokój do następnych wyborów skaże kraj na powolny bezwład
Należy ograniczyć koszty, których można uniknąć. Gdy jednak decyzja zapadnie zgodnie z prawem, państwo musi ją wykonać. Właśnie wtedy potrzebna jest przemoc reformy: zdolność wytrzymania nacisku i doprowadzenia zmiany do końca.
– Pełne pole zagrożeń –
Rosyjskie zagrożenie militarne jest oczywiste, ale nie wyczerpuje problemu. Polska mierzy się również z presją cybernetyczną i informacyjną. Źle zarządzana migracja osłabia spójność społeczną. Kryzys demograficzny zmniejsza zasoby pracy i możliwości rekrutacyjne armii. Zależność technologiczna ogranicza swobodę działania równie skutecznie jak brak własnego uzbrojenia.
Trwa ponadto konkurencja wewnątrz świata zachodniego. Sojusznicy rywalizują o przemysł, technologie i kapitał. Polska musi współpracować bez naiwności oraz konkurować bez niszczenia sojuszu. Powinna wnosić realne zdolności: siłę wojskową, przemysł, infrastrukturę i wiedzę o regionie. Wtedy przestanie być klientem proszącym o ochronę.
Remilitaryzacja zaczyna się w głowie
Zremilitaryzować myślenie to przywrócić wagę obowiązku, dyscypliny i służby. Przestać traktować bezpieczeństwo jak usługę kupowaną od zawodowej armii a państwo jak obcy urząd. Państwa przegrywają najpierw w wyobraźni. Dzieje się to wtedy, gdy obywatele uznają obronę państwa za cudzy zawód, elity zmieniają odpowiedzialność w marketing, a pokój zaczynają traktować jak prawo przyrody.
Musimy zmilitaryzować myślenie teraz. Inaczej przyjdzie nam militaryzować państwo później — w pośpiechu i strachu, kiedy przeciwnik uzna, że nie mamy już ani siły, ani woli, ani czasu.
Musimy zmilitaryzować myślenie o funkcjonowaniu państwa, społeczeństwa i gospodarki, bo tak po prostu wygląda współczesny świat. Totalna gęstość relacji gospodarczych i komunikacyjnych oznacza codzienną, totalną rywalizację na wszystkich polach. Tylko społeczeństwo posiadające elitę o zmilitaryzowanej wyobraźni będzie potrafiło sprostać zadaniu.
Naród, który nie potrafi organizować własnej siły, żyje według reguł ustanowionych przez silniejszych.
Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.
Zostaw komentarz