Zimbabwe.

Sporo czasu upłynęło odkąd napisałam trzy pierwsze części mojego opowiadania o podróży do Afryki. Ostatnia kończyła się na tym, jak odlatywaliśmy do Zimbabwe liniami Air Zambia. Było to małe lotnisko, położone w pobliżu naszego hotelu, do którego dojazd trwał ok.10 minut. Gdy na nie przybyliśmy, wydawało się, że wszystko będzie przebiegać szybko i sprawnie.

Pasażerów było niewielu, a stanowisk do odprawy pasażerów obsługiwanych przez miejscową ludność kilka. Jakże rzeczywistość okazała się inna. Ponieważ było prawie pusto nasza nieliczna grupa ustawiła się po kilka osób do poszczególnych punktów odpraw. My stanęliśmy przy obsługiwanym przez młodego murzyna. Jak się potem okazało nowicjusza, który chciał pokazać swoją władzę i ważność. Zebrał paszporty od kilku osób naraz, i nie bardzo wiedział jak korzystać z zainstalowanego komputerowego programu. Nie mógł się w tym połapać, musiała mu pomagać koleżanka pracująca na stanowisku obok. Gdy wreszcie potwierdził dane i numer lotu chciał puścić na taśmę bagaże bez oznaczenia dokąd mają one lecieć. Mimo naszych protestów i tłumaczeń jego współpracowników, upierał się przy swoim. W końcu koleżanka wytłumaczyła mu, że również bagaż musi być oznaczony numerem lotu i miejscem docelowym. Trwało to dłużej niż przy innych punktach, była niepotrzebna nerwówka, w końcu odprawa została zakończona i busikami zostaliśmy przewiezieni na płytę lotniska. Ponieważ lotnisko było małe, a standardy lotniskowe na niskim poziomie, mogliśmy naocznie zobaczyć jak wygląda w Afryce załadunek naszego bagażu do samolotu. Ładujący go pracownicy nie przenosili pojedynczo walizek z wózka do samolotu, tylko z impetem rzucali je z około 1,5 m na podest, nie przejmując się, że mogą one ulec uszkodzeniu, nie mówiąc o tym że zawartość może zostać uszkodzona lub zniszczona. Był to przykry widok.

Samolot którym lecieliśmy był leciwy i prawie pusty, więc dowolnie można było sobie zmieniać miejsca by obserwować z góry afrykańskie krajobrazy. Lot trwał około 3 godzin. 5240

Po wylądowaniu i odprawie pojechaliśmy wprost na kilkugodzinny rejs po rozlewiskach rzeki Zambezi, sławnej z filmów przyrodniczych. Ma ona długość 2574 km i jest czwartą najdłuższą rzeką w Afryce. Tylko Nil, Kongo i Niger są dłuższe. W środkowym biegu Zambezi natura stworzyła Wodospady Wiktorii, które było nam dane oglądać w następnych dniach zarówno z lotu ptaka jak i być w jego pobliżu. 17269116

Po dotarciu do niewielkiego portu rzecznego udaliśmy się na pokład jednego z cumujących stateczków, na którym czekała na nas miła czarnoskóra obsługa. Mimo, że było późne popołudnie, to upał i pragnienie dawały o sobie znać. Do dyspozycji mieliśmy dobrze zaopatrzony barek, za którym barman serwował różnego rodzaju drinki. Lejący się żar z nieba nie przeszkadzał nam w podziwianiu otaczającego nas niesamowitego krajobrazu, zwierząt i ptaków, żyjących w nurtach tej rzeki oraz jej nabrzeżu. W rzece i jej pobliżu roiło się od stad hipopotamów, a na brzegu co chwila mijaliśmy wygrzewające się w słońcu krokodyle, pasące się bawoły, różne gatunki saren i ptaków. Widzieliśmy biało czarne zimorodki siedzące na nabrzeżnych skarpach nieopodal swoich gniazd i polujące na ryby, przyczajone białe czaple, siedzące na gałęziach drzew kormorany z rozpostartymi skrzydłami suszące w promieniach słonecznych pióra, majestatycznego przepięknego orła rybołowa siedzącego na czubku olbrzymiego drzewa i czekającego na okazję, by złapać rybę która nieopatrznie zbliży się do powierzchni wody i mnóstwo różnych kolorowych małych ptaków których nazw nie znam, a które zachwycały swą urodą i zwinnością. Było to cudowne, niezapomniane przeżycie, ponieważ na wyciągnięcie ręki mogliśmy obserwować w naturalnym środowisku faunę i florę, tego przepięknego egzotycznego dla nas miejsca. 119120126262322753757

W Zimbabwe niegdyś Rodezji, nie ma jednego języka urzędowego. Mieszkańcy posługują się w urzędach zarówno angielskim jak i plemiennymi shona i ndebele. Prezydent Robert Mugabe po zdobyciu władzy zaczął usuwać dotychczasowych białych właścicieli ziemskich z ich posiadłości, którzy od pokoleń byli farmerami znającymi się na uprawie ziemi oraz hodowli i nadawać ją swoim czarnym zaufanym współplemieńcom i współpracownikom, nie mających zielonego pojęcia o jej uprawianiu i hodowli. Efekty tych nieprzemyślanych działań przyszły bardzo szybko, w kraju dotąd samowystarczalnym pod względem żywnościowym oraz eksportującym nieduże nadwyżki płodów rolnych w błyskawicznym tempie zapanował głód. 587627789

Mugabe nie mający pojęcia o rządzeniu krajem i zasadach ekonomii swoimi decyzjami doprowadził do największej w dziejach nowożytnego świata hiperinflacji, wynoszącej 1 trylion 200 bilionów procent w skali roku. Na zakupy mieszkańcy kraju chodzili z siatkami pieniędzy, które ważono, bo nikt nie był w stanie ich policzyć, a resztę wydawano w towarze. Ta sytuacja trwała do roku 2009 kiedy to zrezygnowano z własnej waluty i dolar zimbabweński zastąpiono dolarem amerykańskim, a od 2014 r. w obiegu znajduje się dziewięć równoprawnych walut honorowanych przez rząd. Można płacić m.in. w funtach, euro a nawet juanach czy jenach, o złotówkach nie słyszałam.

Powiedziano nam, że zimbabweńscy sprzedawcy mają „komputery” w głowie i potrafią biegle przeliczać ceny w różnych walutach. W rzeczywistości podają ceny jak im się tylko podoba, wprost z sufitu. Dotyczy to też cen urzędowych które są absurdalne. Za niewielki plan okolic Wodospadów Wiktorii zażądano 32 dolarów. Oczywiście nie kupiliśmy go.919

Po przepięknym rejsie udaliśmy się na kolację i odpoczynek do hotelu w okolicach Wodospadów Wiktorii. Hotel nosił nazwę Elephant Hills, a pobliskie miasto nazywało się Victoria Falls. Mieliśmy tu spędzić 3 dni, z jednodniowym wypadem do Botswany.101042858