Od zawsze fascynuje mnie nadęcie osób publicznych w naszym kraju. Ten specyficzny rodzaj przekonania o własnej wyjątkowości i nieomylności, który w efekcie – nie zawsze co prawda, ale wraz ze zmianami kulturowymi jednak coraz częściej – prowadzi do gwałtownego upadku.
Szykując się do dyskusji z Michałem Oleszczykiem, który zaprosił mnie do swojego podcastu o filmach, w którym będziemy rozmawiać o „Ferrari” Michaela Manna trafiłem na genialny cytat z wywiadu Lee Iaccoci, który mówiąc o Henry Fordzie II stwierdził, że jak się jest w ponad 25% dup..em to ma się kłopot („If a guy is over 25 percent a jerk, he’s in trouble. And Henry was 95 percent”).
Mój syn ogląda właśnie House of Cards. Ja House obejrzałem już kilka lat temu (z czasem mnie zaczął swoją drogą nużyć i doszedłem do wniosku, że brytyjski oryginał był jednak znacznie lepszy).
Dziś przysiadłem się jednak do syna i wspólnie z nim obejrzałem jeden odcinek i uświadomiłem sobie, że bohaterowie filmu może i są s…. ale mają jednak jedną zasadę. Jak już chcą kogoś zaszantażować, albo zmusić do określonego działania to zawsze oferują mu dwie opcję: złą i dobrą. W efekcie czasem, gdy ten, kogo szantażują nie idzie na współpracę, kończy się to źle, ale gdy idzie na współpracę jest za to wynagradzany.
W naszych rodzimych House of Cards ludzie dostają dwie opcje. Złą i jeszcze gorszą. A potem nasze rodzime Franki Underwoody się dziwią, że mają samych wrogów.
Foto: Krystian Maj / KPRM
Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u).
Zostaw komentarz