Zaczynam „reklamę” na FB, choć wiem, że „koleżeństwo” poprzez „tajne” profile będzie „screenować” i od początku rzucać kłody pod nogi. Trudno. Czas odważyć się na starość. Przeczytajcie, proszę, uważnie ten post. Jest długi i ma wiele wątków, ale może komuś na coś się przyda. Poza tym, co reklama, to reklama!

Od czwartku, dzięki pomocy życzliwych mi ludzi, jestem właścicielem spółki z o.o. Nie szukajcie jeszcze jej nigdzie, bo dopiero zaczynam i zmieniam jej profil tak, że strona www jest nieaktualna. Nazywa się NEW MEDIA BUSINESS i wraz z dwoma przyjaciółmi (Daniel i Szymon! Chyba mogę Was tak nazwać?) zajmę się dwoma rodzajami działalności, uzupełniającymi się – na pewnym poziomie – wzajemnie.

Pierwszy obszar to hurtowa sprzedaż „drobnej” elektroniki, związanej ze sprzętem komputerowym i telekomunikacyjnym. Obejmuje to też sprzęt…nazwijmy go specyficzny, zależnie od indywidualnych potrzeb klientów. Nie jest to obszar najważniejszy dla mnie, lecz bardzo ważny w ogólnym profilu spółki.

Drugi obszar, to już zupełnie „moja” domena. Chodzi o doradztwo i szkolenia w zakresie kontrwywiadowczej ochrony obiektów. Brzmi obca, ale tylko z pozoru. „Obiekt” dla mnie oznacza wszystko: od osoby fizycznej, poprzez instytucje prywatne i państwowe, aż do tak ulotnych spraw, jak idee i pomysły. Wszystko, bowiem, wymaga świadomości zagrożeń. Chodzi mi bardziej o poznanie filozofii bezpieczeństwa, a nie wyłącznie o jego zewnętrzne przejawy. Dlatego też, nie spodziewajcie się korporacyjnych fajerwerków, ukochanych przez Mordor prezentacji i zabaw w szkoły szpiegowania. Ja pragnę nauczyć ludzi jak się przed tym bronić i jednocześnie jak wykorzystać „Wielkiego Brata” dla swoich korzyści, czyli w zabezpieczeniu samego siebie. Obejmuje to również pomoc w wykrywaniu i przeciwdziałaniu dezinformacji oraz elementów zagrożeń aktualnych i perspektywicznych. Wiem, że „na piśmie”, sprzęt i punkty procedur są prawie u każdego wspaniale oraz modelowe. Mnie jednak interesuje to, co jest pomiędzy tymi punktami, a to często bywa całkowicie niezauważalne i tym głownie będzie się zajmować nasza spółka. Nazywam to prewencją kontrwywiadowczą. Wszystko, zresztą, będzie dopasowane do konkretnego klienta. I szkolenia i zakres pomocy. Nawet w sprawdzeniach pod względem kontrwywiadowczym zatrudnianych przez kogoś ludzi, zarówno na etapie rekrutacji, jak i tych, którzy już zostali zatrudnieni. Będziemy także zajmować się obsługa prawną i analityczno-operacyjną osób, których sprawy, często wydają się być beznadziejne lub zostały „olane” przez innych. Dotyczy to każdego rodzaju spraw, z poszukiwaniem osób i „obiektów” włącznie (detektywa też mamy i to dobrego!). Nie ma dla nas „nawiedzonych wariatów”. Są tylko ludzie, których nikt nie chce wysłuchać. Muszą oni jednak liczyć się z tym, że czasem mylą się i jeśli im to wykażemy nie stracą więcej i nie popełnią błędów. To zdarza się rzadko, ale jest równie dotkliwe, jak niesprawiedliwość w sądach.

Trzecim obszarem działalności będzie działalność medialna, z której nie rezygnuję. Wiem też, że niektóre z przyszłych spraw, oby ich było jak najwięcej, będą wymagać mediów, ale to też zależeć będzie wyłącznie od klienta, ponieważ i dla mnie dyskrecja będzie najważniejsza, jeśli ktoś jej zażąda. Na naszym portalu stworzymy stronę poświęconą analizie wydarzeń w Polsce i na świecie. Nie będzie to kolejny tabloidowy portal dziennikarski, lecz wyłącznie miejsce na poważne dyskusje oraz oceny. Ja sam nie mam zamiaru zawieszać swojej działalności publicznej.

Nie umiem oszukiwać klientów i dlatego ceny również zależne będą od konkretnej sprawy i konkretnego klienta. Uważam, że jeśli ktoś, podejmując się ustaleń czegokolwiek, szczególnie na trudnym terenie podaje konkretną cenę, to mija się z prawdą, ponieważ nie zna jeszcze zasięgu ustaleń oraz kosztów ich przeprowadzenia. To wychodzi „w praniu”. Oczywiście, klient nie będzie nieświadomy tych uwarunkować i będzie mógł sam ocenić czy warto. Widełki będą zawsze. Podam Państwu jeden przykład, ilustrujący to, czego nie toleruję: plotka warszawska głosi, że istnieją tylko trzy agencje ściągające skutecznie długi. Nie chodzi o znane firmy, typu „Kruk”, ale o małe dyskretne firemki, powiązane z…niech będzie…byłymi wysokimi funkcjonariuszami czegoś tam. Nikt z ich klientów (jeden zwrócił się do mnie z „narzekaniami) nie zauważył, że działają one w tylko w określonych środowiskach. Zasada jest prosta: wszyscy się znają. Firma „A” pożyczyła od firmy „B” lub pana „X” milion złotych w trzech lub czterech transzach. „B” lub „X” zwraca się do naszej skutecznej firemki. Ta idzie do znajomych z „A” i mówi: „Słuchajcie, zyskamy na czasie, oddajcie mu jedną transzę, a o resztę niech się procesuje”. Potem firemka ogłasza „B” lub „X” swój sukces: „Odzyskaliśmy dla Pana trzysta tysięcy, ale z resztą będzie trudniej, bo „A” nie ma forsy. Może Pan iść do sądu, a my postaramy się dalej monitorować dłużnika i jak się coś pojawi damy znać”. „B” lub „X” jest w pierwszej chwili zadowolony, bo wydaje mu się, że odzyskał część długu i dopiero później orientuje się, że jest to tylko 220 tysięcy z pożyczonego miliona, bo firemka wzięła „success fee”, a „A” zarobiła 700 tysięcy. Podobno jest to częste na giełdzie. Rozumiecie już, dlaczego nie umiem oszukiwać klientów i dlaczego chcę, by każdy z nich był od początku świadomy możliwych rozwiązań i kosztów?

Na koniec, chciałbym podziękować wszystkim życzliwym mi osobom za pomoc. Część z nich zna mnie tylko z FB lub programów telewizyjnych, a mimo to posłużyły mi radą. Dzięki temu znalazłem panią księgową i plastyka. W swoim czasie, jak już wszystko zorganizuję, co stanie się dość szybko, podziękuję im oficjalnie i jeśli będą sobie tego życzyć, ujawnię ich nazwiska i zareklamuję ich działalność, o ile tego potrzebują.

Czy mi wyjdzie? Nie wiem i nie myślę o tym. Najwyżej zbankrutuję i zejdę do „podziemia”, by zająć się segregacją śmieci.