Po aktach i serialach opowiem Państwu drobną historię z roku 1993. Zadzwonił do mnie szef jednego z wydziałów zamiejscowych, „przygranicznych” i powiedział, że aresztowali sierżanta Armii Radzieckiej. Nie chciał powiedzieć dlaczego. Wskoczyliśmy w samochód i pojechaliśmy, ja i młodszy kolega, do wydziału. Gdy dojechaliśmy na miejsce, szef nadal był bardzo tajemniczy.

„Zobaczycie.” – mówił tylko ze śmiechem. Usiedliśmy w pokoju przesłuchań. Wprowadzili sierżanta. Był zmęczony, w pomiętym mundurze i wyglądał na załamanego. Poczęstowałem go papierosem. Palił szybko. nazwijmy go Grisza. Spokojnie sprawdziłem jego dokumenty. Paszport, książeczkę żołnierza. Wynikało z niej, że służył w kwatermistrzostwie jednej z jednostek, którą wycofano z NRD do Kaliningradu. Grisza wszystko potwierdził, ale dalej nie wiedziałem o co chodzi. Rosjanin stwierdził, że zatrzymano go za handel. W tym momencie, szef wydziału wybuchnął śmiechem i wykręcił numer wewnętrzny. Za chwilę dwóch policjantów przyniosło worek i metalowe wiadro. Worek zawierał 50 kg ziemniaków, a w wiadrze były granaty przeciwpiechotne. Autentyczne. Widać było, że niedawno wyjęto je z magazynu. Zatkało mnie. Nie wiedziałem czy śmiać się, czy zachować powagę.

Zaczęliśmy rozmawiać. Grisza powiedział, że „kwatermistrz” kazał mu wziąć trochę granatów, jechać do Polski i kupić za nie jedzenie dla jednostki. Sierżant pojechał na bazar. „Sprzedawał” w cenie jeden granat za „worek kartofli”. Udało mu się „opylić” jeden, gdy go policjanci „zwinęli”. Pokazał komu, klient był jednym z okolicznych mieszkańców i jeszcze handlował „prosto z wozu”, tak, że „broń” udało się odzyskać.

W trakcie rozmowy, Grisza wyjaśnił nam, iż „Jelcyn nie dba o wojsko”. Po wycofaniu z NRD wszystkich zakwaterowali w ogromnych namiotach. Szeregowcy, podoficerowie i oficerowie z rodzinami tłoczyli się razem, jak w obozie dla uchodźców. Tylko „generalicja ma mieszkania”. Oprócz jego oddziału, są tam jednostki z Węgier, Czechosłowacji i część z Polski. Nikt im nie płaci, a wojsko chce jeść, stąd też „sołdaty” często jeżdżą do nas po prowiant. dalej dokładnie podał personalia dowódców, historię swojej służby, opisał pobyt w NRD. Klął przy tym jak cholera, nie zostawiając suchej nitki na władzy radzieckiej i rosyjskiej. Prosty facet. Nie było sensu go werbować. Poza tym musielibyśmy stworzyć legendę i przejąć granaty, a nie mieliśmy tylu ziemniaków i nie chciało nam się szukać ich po nocy.

Zarekwirowaliśmy wiadro, wystawiliśmy mu – na jego prośbę – pokwitowanie z pieczątkami komendy policji i podpisami z „sufitu”. Potem odwieźliśmy go do miejscowości, w której był bazar. Tam stał jego „gaz” na numerach AR, jeszcze z NRD. Wsadziliśmy go do auta razem z workiem kartofli, uprzedziliśmy, że „na drugi raz tak miło nie będzie” i pojechał „gazem” do siebie.

Potem zacząłem sprawdzać sytuacje wojska w Kaliningradzie. Grisza mówił prawdę. Nie wiedział tylko, że władze centralne Rosji i administracja Obwodu szuka w Polsce firm, które zbudowałyby osiedla dla żołnierzy. Inwestycje finansowane byłyby z pieniędzy „europejskich” i amerykańskich, udzielanych Rosji w ramach tzw. pomocy restrukturyzacyjnej. U nas, jak zwykle, nikt nie zwrócił na to uwagi. Nie ma szpiega, nie ma sprawy. W interes, też jak zwykle, weszli Niemcy.