Odkąd w Parku Pokoju pojawił się mały Słowak, zapanował w nim pewien taki niedookreślony i niewysłowiony niepokój. Stary Rumun nie mógł spokojnie zasnąć mimo, że przytulał się do swojej zminiaturyzowanej owieczki, zaś Węgier bez nogi nie potrafił się dostatecznie znieczulić palinką popijaną z plastikowej butelki po wodzie mineralnej celem zmylenia strażników miejskich. Kilka bezsennych nocy uświadomiło im, że obecność małego Słowaka, czy jak mawiał Węgier bez nogi – Słowioka, może mieć tu coś do rzeczy. Ta okoliczność zbliżyła ich do tego stopnia, że incydentalnie co prawda, ale czasem razem zasiadali na jednej ławce w celu omówienia problemu i wówczas stary Rumun częstował Węgra bez nogi wycofanymi już wraz z wejściem Rumunii do Unii legendarnymi papierosami „Carpatii”. Węgier bez nogo doznawał prawdziwej głupawki na widok tych papierosów. To były momenty takie, że roztkliwiwszy się Węgier zaczynał mamrotać coś po rumuńsku rozrzedzając zupełnie swój wielkomadziarski patriotyzm. Im więcej wypalał rumuńskich papierosów bez filtra, tym bardziej topniały w nim pokłady antyrumuńskiego szowinizmu. Wyraźnie uwielbiał te papierosy, czego na trzeźwo nie był w stanie przyznać. Ale stary Rumun go wcześniej rozgryzł. Wiedział wreszcie jak skutecznie zniweczyć wielkowęgierski nacjonalizm.
– Gdzie mały Słowak? – zapytał znienacka pracownik Muzeum Śląska Cieszyńśkiego. – Był tu przecież niedawno, co z nim zrobiliście? – zapytał podnosząc głos na starego Rumuna i Węgra bez nogi. – Jest nam potrzebny w muzeum.
– On tu przyjechał jeść śledzie – powiedział stary Rumun. Może jest w sklepie „Społem”? Na własne oczy widziałem, jak jednego popołudnia zjadł więcej śledzi niż sam waży. Ciekawe czy wszyscy Słowacy tacy są – zastanowił się głośno Rumun.
– Byłem w „Społem” – tam go nie ma – powiedział pracownik muzeum. – Gdzie go schowaliście? – zapytał chwytając za rękaw Węgra bez nogi. – No gdzie on jest do jasnej cholery?
– Uspokój się pan – powiedział stary Rumun – na pewno wróci. Słowacy zawsze wracają, nawet jak wyjadą na zawsze, to wracają. Mają silną potrzebę ugniazdowienia. Tak się to chyba fachowo określa w języku paraliteratury.
– Pewnie poszedł za Olzę, do Czechów – powiedział Węgier bez nogi. Ci już go odpowiednio naprostują, nawet nie zauważy a stanie się Czechosłowakiem. Czesi niejednego Słowaka sczechizowali. Co najmniej ćwierć miliona! – A biednego Štefanika, który mógłby okazać się mądrzejszym od Beneša, to zabili. Lepiej by im było w Koronie św. Stefana. Tysiąc lat z nami żyli i jakoś to było – smęcił Węgier.
Pracownik muzeum tymczasem zwinął się w pozycję embrionalną tuż pod pomnikiem Leopolda Szersznika i poprosił wcześniej Węgra i Rumuna, aby go obudzić, gdyby pojawi się mały Słowak. – Bo wiedzą panowie, ja niewiele śpię, 18 godzin na dobę pracuję w muzeum, większość czasu bez wynagrodzenia, potem wracam do domu, a tam dzieci płaczą. Od kilku lat nie śpię. Pozwolą zatem panowie, że tę delegację nieco prześpię, licząc na waszą wyrozumiałość.
– Śpij pan – powiedział stary Rumun nakrywając pracownika muzeum grubym wełnianym płaszczem. – I tu łyk palinki na dobre spanie – dołączył się Węgier bez nogi w trosce o człowieka, którego dopiero co poznali.
– Niech żyją śledzie, Słowacja jedzie! – nagle pojawił się mały Słowak. Śledź – Słowak – Śledziona – zaczął wykrzykiwać absurdalne hasła. – Bez śledzi nie ma spowiedzi – intonował melodię wymyślaną na poczekaniu. Widać było gołym okiem, że coś jest z małym Słowakiem nie tak.
– Przedawkował śledzie – powiedział nieoczekiwanie starzec siedzący na ławce w parku. – Też tak kiedyś miałem. Chyba w 1974 roku. Jak się najadłem śledzi za pierwszą swoją wypłatę, to podobnie bredziłem. Trzeba na śledzie uważać. Śledzioholizm to straszna choroba. W porę wyhamowałem – powiedział staruszek. – Teraz to od czasu do czasu tylko, ale ostrożnie, bo śledziopęd w każdej chwili może zadziałać, uaktywnić się.
– Panie Słowaku, panie Słowaku – z drzwi sklepu społem wołała korpulentna sprzedawczyni z działu rybnego. – Niech pan do nas wróci, mamy teraz żywe śledzie, te dopiero zawrócą panu w głowie. Specjalnie z Gdyni wczoraj zamówiliśmy. Niepatroszone wcale. Pociągiem chłodnią. Jechał nocą, żeby się nie wycieplił zanadto. To wszystko dla pana, kochany Słowaku – krzyczała ekspedientka wymachując chustą.
– Żyjemy tu od kilku miesięcy jak obcy i niechciani, tworzymy literacki klimat Parku Pokoju, a tu nagle okazuje się, że taki bosy Słowak, którego jedyną zaletą jest zjadanie w krótkim czasie niezmierzonych ilości śledzia, doprowadza lokalną społeczność do orgazmu. Człowiek tyle się uczył, dokształcał i jak krew w piach. Cholerny słowacki celebrytyzm – żachnął się Węgier bez nogi.
– Taki już nas los – powiedział od niechcenia stary Rumun dla uspokojenia sytuacji, a jednocześnie delektował się umiarkowaną przyjaźnią z Węgrem bez nogi, która jakkolwiek była epizodyczna, efemeryczna i utylitarna, to na swój sposób cieszyła Rumuna i Węgra wprawiała w pewne takie zakłopotanie.
Nad ranem obydwie strony, w celu utrwalenia pokoju w Parku Pokoju postanowiły uroczyście o rozbiorze śpiącego jeszcze Słowaka na dwie części. Górną część od pępka w górę wziął Węgier bez nogi przysięgając uroczyście, że dokona zjednoczenia całej Słowacji, dolną część wziął stary Rumun przysięgając również, że zjednoczy całą Słowację. Obydwa zjednoczenia z oczywistych względów się wzajemnie wykluczały, ale jednocześnie były na tyle fantazyjne, że trudno było je przystopować. Tym sposobem dokonał się symboliczny rozbiór Słowaka w Parku Pokoju.

Zostaw komentarz