Ze wspomnieniami jest jak z domową biblioteką, podchodzisz do półki i widzisz grzbiety książek z tytułami. Często niewiele ci one mówią o ich zawartości. Dopiero jak wyjmiesz ją i otworzysz, przekartkujesz, przeczytasz spis treści,  zaczyna się w twojej głowie pojawiać echo emocji i nastrojów jakiej towarzyszyły ci przy pierwszej lekturze. Jesteś już jednak starszy, może zmęczony życiem, bardziej doświadczony dlatego wiesz, że nie można wejść do tej samej wody. Uruchomić zachwytów, radości lub smutku, jakich wtedy doświadczałeś. Wspomnienia są zaledwie bladym odbiciem prawdziwych obrazów przeszłości zniekształconym przez wszystko co przeżyłeś do tej pory.

Pierwsze lata swego życia spędziłem w Wyrzysku. W poniemieckim domu przy ulicy Kościuszki 4. Mieszkaliśmy na mansardzie, w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią i dwiema komórkami. W jednej z nich, nieogrzewanej była ubikacja, zaś w drugiej, spiżarnia gdzie przechowywało się kamienny gar z kapustą kiszoną oraz przetwory owocowe lub warzywne, które babcia Marysia robiła zawsze latem. Słoiki z buraczkami konserwowanymi, kiszonymi ogórkami, dżemami i powidłami. U powały wisiały wędzone jesienią kiełbasy, boczek napełniające pomieszczenie przydymionym zapachem owocowych szczapek używanych do wędzenia. Przez długi czas nie mieliśmy, jak wszyscy, telewizora więc jedynymi atrakcjami dla dzieci były zabawy na podwórku, bez względu na porę roku oraz to co działo się na ulicy, przed domem. A działo się wiele. Zimą, przed domem parkował traktor, stary poniemiecki Lanz Buldog przypominający pierwsze parowe maszyny. Z ogromnym kołem zamachowym i kominem, z którego leciały iskry. By go uruchomić w czasie mrozu, traktorzysta rozpalał pod jego brzuchem nasączone benzyną szmaty by ciepło rozpuściło zgęstniałe paliwo. Ilekroć to robił cała dzieciarnia drżała ze strachu i emocji, że może to spowodować wybuch i oczyma wyobraźni widzieliśmy szczątki traktorzysty rozrzucone po ulicy. Odczuwaliśmy ulgę dopiero gdy szmaty się wypaliły i usłyszeliśmy charakterystyczne, głośne –„ tuk, tuk, tuk „. Znów się udało uruchomić, bez wypadku. 

Przez cały rok, przynajmniej kilka razy w miesiącu słyszeliśmy donośny baryton- „Noże, nożyczki ostrzę” należący do niewysokiego mężczyzny w charakterystycznym, czarnym kapeluszu, już mocno sfatygowanym. Jego nawoływanie przypominało inwokację bo pierwsze sylaby rozciągał bardzo długo, modulując przy tym w niepowtarzalny sposób, swój głos. Brzmiało to mniej więcej tak – „Noooże, noooożyczki, oooooostrzę”. Robił to zawsze w ten sam sposób więc stało się to jego znakiem rozpoznawczym i nawet, kiedy już go nie było echo jego głosu długo pobrzmiewało między domami i w zakamarkach szop na podwórzu. Był też kluczem do świata dziecięcej wyobraźni bo dla nas był czarownikiem, który w magiczny sposób przywracał nożom i nożyczkom utracona ostrość. Kiedy już uznał, że wszyscy lokatorzy domu dowiedzieli się o jego przybyciu rozstawiał na chodniku swój sprzęt do ostrzenia. Było to rowerowe koło osadzone w drewnianej, trójkątnej ramie, z kamienną tarczą do ostrzenia po jednej stronie, napędzane pedałami. Kiedy naciskał rytmicznie pedały, tarcza wirowała bardzo szybko. Przykładał wtedy do jej krawędzi ostrza przyniesionych noży, nożyczek, siekier i toporków, które przy zetknięciu wytwarzały snop iskier długi na dwa,, trzy metry. Im bardziej dociskał ostrze do koła tym więcej było iskier i dłuższa była ich smuga. Wszystkie dzieciaki z domu, które obserwowały to tajemnicze i głośne misterium były zafascynowane zarówno samym ostrzeniem jak i iskrami, które w zetknięciu z ziemią zamieniały się w metalowe opiłki. Ciekawiło nas czy iskry są gorące czy też chłodne jak te z „zimnych ogni” palonych na bożonarodzeniowej choince. Kiedy nasz nożycoręki  pochylał głowę by sprawdzić czy stal jest już wystarczająco ostra, co odważniejsi wkładali rękę w fontannę tryskającego, rozgrzanego metalu by po sekundzie ją wyciągnąć. Iskry były gorące i paliły skórę. Jednak żadne z dzieci nie przyznawało się do tego, że go bolało. Byłby to dyshonor i oznaka tchórzostwa. Kiedy któreś zareagowało głośnym sykiem, nasz nożycoręki odzywał się do niego z ledwo tłumioną irytacją – „A nie mówiłem wam, ze iskry parzą. Następnym razem tego nie róbcie.” Bez większych efektów. Kiedy się znów pojawił pojawiała się ta sama widownia spragniona mocniejszych wrażeń.

Fot. Dom rodzinny przy Kościuszki 4 w Wyrzysku.

Antoni StyrczulaAutor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl