Wczorajszy wieczór zdominowany przez śmierć dwóch polskich obywateli w wyniku ataku rakietowego był pokazem nieodpowiedzialności mediów, części polityków oraz tzw. ekspertów, którzy oskarżyli o to Rosję. Jeszcze zanim powołane do tego służby zbadały dokładnie sprawę. Niepotwierdzona informacja o rzekomym sprawstwie Rosjan podana przez agencję AP uruchomiła falę spekulacji, komentarzy, opinii wywołując nastrój paniki u sporej części Polaków.

Zamieszanie zaczęło się od jej depeszy, która odpowiedzialnością za śmierć dwóch polskich obywateli w Przewodowie spowodowanej atakiem rakietowym obarczyła wojska rosyjskie. Zaraz po niej ruszyła fala komentarzy polityków, ekspertów i dziennikarzy, którzy prześcigali się w propozycjach jak powinny na to zareagować: NATO, Polska, USA et cetera. Od zerwania stosunków dyplomatycznych z Rosją do bardziej stanowczych reakcji. Powiało grozą i III wojną światową. Tylko nieliczni, zapewne bardziej odpowiedzialni, wskazywali, że jest jeszcze za wcześnie na wskazywanie winnego bo sprawa dopiero zaczęła być badana przez odpowiednie służby. Nie pomagały apele władz by nie popadać w panikę. Pożyteczni idioci, którzy wiedzą lepiej swoimi spekulacjami tylko podgrzewali atmosferę. 

Dziś ta sama agencja, powołując się na trzy anonimowe źródła w amerykańskich władza podała, że to jednak nie Rosjanie, ale Ukraińcy wystrzelili te rakiety, które miały trafić w rosyjskie pociski, ale omyłkowo spadły na Polskę.  Czyli jak w dowcipie o Radiu Erewań znanym w czasach PRL, w którym słuchacz tego radia pyta – „czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody?”. Radio Erewań odpowiada – „tak, to prawda, ale nie samochody tylko rowery i nie na Placu Czerwonym tylko na Dworcu Warszawskim i nie dają, ale kradną”. 

Już na studiach dziennikarskich uczy się jego adeptów  o odpowiedzialności za słowo. By sprawdzać informacje w przynajmniej dwóch niezależnych źródłach. By nie ulegać pokusie ścigania się z konkurencją, ale poczekać na potwierdzenie opisywanych wydarzeń. Niby wszyscy to wiedzą, ale od czasu do czasu, nawet poważnym mediom zdarza się przekłamanie, które – jak przypadku nieszczęsnej depeszy AP – uruchamia ciąg trudnych do przewidzenia zdarzeń. Tak jak to miało wczoraj miejsce w Polsce. Polska jest sojusznikiem Ukrainy w tej wojnie, a przy tym, jest państwem frontowym narażonym bezpośrednio na możliwe jej skutki. Dlatego tak ważne jest zachowanie przez media i polityków rozwagi i odpowiedzialności bo o rosyjską prowokację łatwo. Rosja jest w nich wyspecjalizowana.

Dezinformacja, sianie zamętu to element wojny, którą prowadzi z państwami wspierającymi Ukrainę. By podważać zaufanie obywateli do swoich władz, sterować nastrojami opinii publicznej tak jak to miało miejsce w  wyborach prezydenckich w USA. Podważać wiarygodność sojuszników. Wojna toczy się nie tylko na polach i w miastach na Ukrainie, ale także w umysłach. Nie wolno pozwolić, by wygrał w niej Putin. 

Antoni StyrczulaAutor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl