Jest pierwszy odcinek „Operacji kryptonim „Holub””. Strona robocza i tylko do tej powieści w odcinkach. Zrobiona na szybko.

Proszę Państwa, nikt nie musi czytać tej powieści. Po co więc nabijać się? Nie podoba się to nie. Po co niszczyć? To nie jest soap opera. Nikt też nie musi płacić za to. Rozdziałów będzie około 30 i tylko jedna seria, bo „zabiję” głównych bohaterów w dość okrutny sposób.

Nie rozumiem złośliwości i hejtu. Kto nie chce niech nie czyta.

OPERACJA KRYPTONIM „HOLUB”

Rozdział 1

W piciu wódki wcale nie chodzi o wytrzymałość, ale o regenerację. Upijałem się dość szybko, to znaczy wchodziłem na rausz po kilku szklankach i rausz ten trwał dość długo, a w pewnym momencie zasypiałem jak kamień na jakieś dwie godziny, po czym wstawałem i zaczynałem od początku. Musiałem tylko wypić z litr wody. W wydziale nazywali mnie „Wańka-wstańka”. „Oficer operacyjny pije do szóstej, a od piątej realizuje zadania operacyjne” – odpowiadałem. Właśnie po kolejnej ostrej imprezie przyszedłem do pracy, zaopatrzony w litrową „Colę” i dwie butelki „Żywca”. Wody „Żywiec”. Zawsze przychodziłem wcześniej o jakieś półtorej godziny. Odkąd rozwiodłem się i miałem święty spokój, zamieszkałem na MK na placu Unii. Dom traktowałem jak hotel i większość dnia spędzałem w biurze. Powinienem rozwieść się wcześniej albo ożenić z kimś innym, lecz facet w wieku 24 lat jest kompletnym idiotą i myśli organem przeznaczonym do czegoś innego. Potem wpada w codzienność, a gdy zmądrzeje jest już za późno. W dodatku praca, która zabiera ci wszystko z życiem rodzinnym na czele. Na szczęście obudziłem się szybko i nareszcie byłem sam. Wyłącznie sam. Nikt nie zawracał mi głowy. Miałem swoje książki i płyty i nie musiałem udawać szczęśliwego, bo byłem szczęśliwy. Kobiet unikałem jak ognia i traktowałem wyjątkowo uprzejmie oraz oficjalnie. W pracy odzywałem się do nich wyłącznie w sprawach służbowych i nie reagowałem na ich „tokowanie”. Najpierw uznały mnie za pedała, potem za impotenta, a w końcu dały mi święty spokój. Podobnie było poza biurem. Po rozwodzie nie miałem żadnej koleżanki. W ten sposób unikałem szeregu kłopotów i uciszałem biologię. Zacząłem w poprzednim systemie w technice, potem w wywiadzie, a po zmianie już nie szpiegowałem, a łapałem szpiegów.

Kochałem tę pracę, ale nie cierpiałem tego urzędu, tych pokoi, sekretariatów, schodów i wind, wiecznie zabieganych biurokratów, drżących o swoje stołki. Starałem się przebywać w urzędzie jak najkrócej, a pracować w kontrwywiadzie. Było to trudne, lecz możliwe. Trzeba było tylko mieć plan, a moim planem stało się robienie planów, które pozwalały mi pracować, a nie urzędniczyć. Odbijało się to oczywiście na mojej karierze, bo doszedłem jedynie do majora i starszego specjalisty. O wyższe stanowiska należało walczyć w urzędzie, a ja wolałem łapać szpiegów niż szpiegować w biurze. Figurantów zawsze miałem w rozpracowywanych obiektach, a nie w pokojach kolegów z pracy. Tych zresztą, kolegów, miałem niewielu i takich samych jak ja: nienawidzących urzędu i zakochanych w tej pracy. Pochodzili głównie z nowych czasów i także przegrywali w starciu ze starymi biurokratami. Nie chcieli wejść w ten „kociokwik”, nie brali przykładu ze swoich znajomych, jeszcze z podziemia, więc lądowali jak ja. Podrzędne stanowiska sfrustrowanych patriotów. Nie rozumieli, jaką wolność daje moje podejście do tego świata. Tak! Byłem wolny, ponieważ nikt na mnie nie dybał, kierownictwo potrzebowało sukcesów, a ja pisałem plany, które pozwalały im wypinać piersi do odznaczeń, awansować oraz „robić politykę”. Ja zaś, zadowalałem się okruchami z pańskiego stołu. Szefowie przyzwyczaili się do mnie, nie wtrącali się zbytnio, zatwierdzali, a ja robiłem to, co chciałem robić. To był mój sposób na przetrwanie. Nikt ze „starych esbeków” tego nie rozumiał i też nie traktował mnie poważnie. Też chcieli przetrwać, lecz wybrali urząd, a nie kontrwywiad. Ja też byłem starym esbekiem, chociaż do 15 lat w służbach brakowało mi jeszcze roku. Mną jednak nie „grano”. Może dlatego, że każdemu nowemu szefowi szybko uświadamiałem, gdzie mam stanowiska i co mnie interesuje tak naprawdę. Pamiętam, jak po 1990 roku, jeden z nowych szefów zapytał mnie czym interesuję się w pracy. „Dychotomią pomiędzy formą, a treścią oraz nałożeniem triady heglowskiej na rozwój stosunków społecznych, a także transcendentalnym podejściem Kanta do kwestii absolutu” – odpowiedziałem. Chciał mnie wyrzucić, ale poszedłem „na przykrycie”. Potem poszedłem sobie w ogóle, by po kilku miesiącach wrócić w zupełnie inne miejsce, w którym dano mi spokój i zaakceptowano moje fiksacje i idiosynkrazje. W ten sposób z Wydziału XI Departamentu I SB MSW PRL, poprzez Wydział Antyterrorystyczny Zarządu Wywiadu UOP, znalazłem się w Wydziale Wschodnim Zarządu Kontrwywiadu UOP, w którym pracowałem od sześciu lat, zajmując się operacjami „dziwnymi i niekonwencjonalnymi”. Szukałem szpiegów poza rezydenturami krajów byłego ZSRS, nielegałów i pozaplacówkowej infrastruktury wywiadowczej. Dodatkowo knułem, inspirowałem i dezinformowałem, czyli tworzyłem operacje ofensywne, by rozwalić przeciwnika.

Przestałem myśleć o głupotach i zająłem się papierami, które zabrałem od dyżurnego. Szefowie pozwolili mi czytać codzienne materiały „Betki” i Techniki, które dostawał Zespół Placówkowy. Przejrzałem więc, komunikaty z PZ, ruch dyplomatów nie odbiegał od normy, w „telefonach” również rutyna. Nuda! Moi figuranci unikali na ogół placówki, tak, jak ja unikałem kobiet, lecz nie znaczy to, że placówka nie kontaktowała się z nimi. Moim zadaniem, było wyłapać ich, zneutralizować i naprawić szkody. Czasem wygrywałem, czasem nie. Jak w sporcie.

Wstałem, zabrałem papiery i poszedłem do pokoju naprzeciwko sekretariatu. Mój pokój był od razu za śluzą. Musiałem więc przejść przez cały wydział, zajmujący dwadzieścia pięć pokoi w korytarzu w kształcie litery „L”, na czwartym piętrze w bloku „A”. Okna wychodziły na duży dziedziniec lub – jak moje – na ulicę Rakowiecką.

W Zespole Placówkowym siedział wyraźnie zmęczony Andrzej Filler, kierownik zespołu. Wczoraj był chyba z nami, lecz zgubił się gdzieś po drodze wyznaczanej kolejnymi knajpami.

– Cześć! – powiedziałem i położyłem mu papiery na biurku.
– Ty masz zdrowie! – wychrypiał – Jest coś ciekawego?
-Nic. Jak zwykle. Po cholerę PZ na Belwederskiej? Na wprost głównej bramy? Tam stoją tylko nasi policjanci, a Ruskie w ogóle tej bramy nie używają.
– Ilość się liczy. A jak przyjdzie jakiś oferent? – Andrzej spojrzał na mnie udręczonym wzrokiem.
– To i tak go nie wpuszczą, albo odeślą do wejścia od Instytutu. Szkoda forsy na to. Próbowaliście przebrać „Beciarzy” za policjantów?
– Marudzisz! Betka się nie zgadza. Boją się dekonspiracji, a wiesz ilu mają wywiadowców. Kilku.
– Urzędników niech przebiorą. Tych mają za dużo!
– Ba! – zaśmiał się Andrzej.
– Cześć Andrzejku! Może kawy? O, witam panie majorze! – za plecami usłyszałem szczebiot Aliny, sekretarki naczelnika, co oznaczało, że i on zaraz przyjdzie.
– Dzień Dobry pani! – powiedziałem, patrząc nad nią i wyszedłem na korytarz. Wyczułem jej dezaprobatę. Przecież nie zwróciłem na nią żadnej uwagi, a savoir vivre wydziału wymagał uśmiechu i dopieszczania jej słowem. Tylko słowem, bo naczelnik dopieszczał ją regularnie. Czasem w gabinecie.

Szybko wróciłem do siebie, by nie „nadziać” się na szefa. Jacek Dolecki był kolegą Mateusza Powały, dyrektora Kontrwywiadu. Mateusza znałem od samego początku UOP. Przyszedł do gdańskiej delegatury prosto z podziemia. Nie ustawił się do „starych” wrogo, przynajmniej nie do wszystkich. Uczył się szybko i chętnie tej pracy. Zrobiliśmy kilka spraw, on został naczelnikiem w Gdańsku, a potem, po pogonieniu SLD, AWS zrobił go dyrektorem ZK UOP. To była bardzo dobra decyzja. Niestety, Mateusz ściągnął z wywiadu swojego kolegę ze szkoły i postawił go na czele Wydziału Wschodniego. Jacek był wspaniałym urzędnikiem, ale tylko urzędnikiem. Od początku nie lubiliśmy się i Mateusz musiał mu coś powiedzieć, bo Dolecki starał się nie wtrącać do mnie. Usiłował raz, na samym początku. Zaczął się mądrzyć przy jednej ze spraw. Do pewnego momentu potakiwałem, potem zacząłem ziewać, w końcu wstałem i wyszedłem. „Gdzie Pan idzie? Jeszcze nie skończyłem!” – usłyszałem za plecami. „Ratować to, co się da, zanim Pan wszystko spieprzy.” – odpowiedziałem spokojnie i poszedłem do siebie. Koledzy opowiadali mi później, że Jacuś dostał szału, wrzeszczał, groził, a w końcu zaczął coś mówić o dyscyplinarce i esbekach, po czym wywalił wszystkich z gabinetu i pobiegł do dyrektora. Nie wiem o czym rozmawiali, ale jakąś godzinę później naczelnik zapukał do mnie do pokoju. Wszedł z uśmiechem na twarzy, powiedział coś o nerwowej pracy i zapewnił, że uznaje moją fachowość, tylko prosi o to, bym publicznie nie kwestionował jego autorytetu. Wzruszyłem ramionami, powiedziałem, że już nie będę ziewał i przeszliśmy na „ty”. Potem zadzwonił Mateusz i prosił, bym nie denerwował się naczelnikiem, bo „on musi się dużo nauczyć”. Już nie spytałem „po coś go wziął?”, tylko stwierdziłem, że „nie mam czasu na bzdury, bo figuranci czekają”. Od tej pory miałem spokój. Wiedziałem, że Jacek tylko czeka, by mnie załatwić. Nikomu nie przebaczał. Nie wiedział tylko tego, że dla mnie przyszłość, to kolejna sprawa, która zawsze trwa ograniczony czas. Gdy spraw nie będzie, czas się skończy, a z nim przyszłość.

Wróciłem do pokoju i zająłem się prasą, gdy zadzwonił telefon. Sekretariat dyrektora. Nie odebrałem. Niech sobie dzwoni. Jeśli coś ważnego, to i tak dyrekcja sama się odezwie. Poza tym nie lubiłem sekretarki Mateusza, która „wiedziała wszystko” i ciągle plotkowała. Telefon zadzwonił jeszcze kilka razy i umilkł. Po dziesięciu minutach do pokoju wszedł Mateusz.

Więcej możecie Państwo przeczytać na stronie powieści w odcinkach pt. Sprawa kryptonim „Holub” czytaj TUTAJ.