Niby poważni ludzie. Wykształceni. Inteligentni.

A kiedy pojawia się przemoc wobec ukraińskich dzieci, zamiast ją jednoznacznie potępić, zaczynają ją usprawiedliwiać: „sami są sobie winni”, „to reakcja na…”, „a co z Wołyniem?”, „a Ukraińcy robili…”.

I właśnie to jest najbardziej niepokojące.

Bo prawda jest taka, że przemoc Polaków wobec Ukraińców i Ukraińców wobec Polaków jest dziś statystycznie zjawiskiem marginalnym.

Problemem nie jest więc to, że nagle Polacy masowo biją Ukraińców albo Ukraińcy masowo atakują Polaków.

Problemem jest poklask dla takich zachowań i próby ich usprawiedliwiania.

A historia już pokazała, do czego może prowadzić takie myślenie.

Przecież banderowska przemoc również do dzisiaj jest przez niektórych usprawiedliwiana. Zbrodnie przedstawia się jako „walkę narodowowyzwoleńczą”, ofiary jako „wrogów”, a mordy jako „tragiczną konieczność”.

Tak samo zaczyna się każde zepsucie moralnych hamulców.

Najpierw jest:
„Dobrze mu tak”.

Potem:
„Sam jest sobie winien”.

A na końcu:
„W takich warunkach nie było innego wyjścia”.

Tak tłumaczono już niejeden koszmar w historii.

Dlatego nie interesuje mnie, czy ktoś jest za Ukrainą, przeciw Ukrainie, za rządem w Kijowie czy przeciw niemu.

Możesz nienawidzić polityki ukraińskich władz. Możesz domagać się prawdy o Wołyniu. Możesz krytykować ukraiński nacjonalizm.

Ale jeżeli zaczynasz usprawiedliwiać przemoc wobec ukraińskich dzieci tylko dlatego, że są ukraińskie, to przekraczasz granicę.

I dokładnie tak samo, jeśli ktoś usprawiedliwia przemoc wobec Polaków dlatego, że są Polakami.

Bo przemoc jest problemem. Ale jeszcze większym problemem jest społeczeństwo, które zaczyna jej przyklaskiwać.

To może się bardzo źle skończyć.