Czwarty rozdział „Holuba”. Mam tremę, bo…sami zobaczycie. Tylko nie śmiejcie się! Jak zwykle proszę o ocenę.

Sprawa kryptonim „Holub” to dla mnie książka eksperyment. Pisze ją na bieżąco i sam nie wiem, co będzie w następnym odcinku. To, pojawia się dopiero około czwartku. Chcę pokazać zarówno zimne i wyrachowane działanie służb specjalnych, dla których człowiek, to tylko narzędzie, jak i skontrastować to z emocjami jednostek ubabranych w instytucjonalną rzeczywistość. Moi bohaterowie, oboje, są skrzywieni i to widać. Kontrast czysto ludzkiej miłości z zimnym światem, gdzie jakiekolwiek uczucia są irracjonalne ma stworzyć swoistą schizofrenię, której ulegnie Yveta i Piotr. Nie wiem jeszcze jak skończy się to wszystko, ale raczej nie happy endem. Sceny operacyjne mieszam ze scenami wprost z „Harlequina”. Dlaczego nie? Oprócz tego spodziewajcie brutalności nawet w uczuciach. Oni żyja w bardzo brutalnym świecie, w którym by przetrwać muszą stłumić własną wrażliwość i delikatność.

Chcę też wykorzystać opisy sytuacji operacyjnych w celu ilustracji ich uczuć do siebie, rozwoju tych uczuć przy jednoczesnej ostrożności. W końcu co jest na świecie najważniejsze? Czy być Człowiekiem, czy tylko automatem? Może nie odpowiem wprost i może to będzie wynikać z książki.

OPERACJA KRYPTONIM „HOLUB”

Rozdział 4

Spałem szesnaście godzin. W sobotę wstałem akurat tak, by zdążyć na jedenastą do pracy. Umówiłem się z Mateuszem i nie wypadało się spóźniać, skoro dyrektor poświęca wolny dzień. Ostatecznie to ja wymusiłem spotkanie. Chciałem omówić z nim zasady dalszych moich działań z Czechami. Pobyt w Pradze wyjaśnił mi wiele, ale i zmusił do przeprowadzenia pewnych zmian.

Ubrałem się szybko. Padało jak cholera, więc wciągnąłem swoją „US Army” i pobiegłem do biura. Wpadłem do siebie do pokoju i szybko napisałem krótki raport. Wsadziłem go w niebieskie okładki, po czym poleciałem do gabinetu dyrektora.  Powała już był i czekał na mnie. Zaproponował mi kawę albo herbatę, lecz ja wziąłem sobie Colę z jego lodówki.

– Jak było w Czechach? – spytał.

– Konkretnie. – odpowiedziałem – W poniedziałek dostaniesz raport. Chodzi mi o coś zupełnie innego. Ty znasz wszystkie implikacje tej sprawy? – to było stwierdzenie, a nie pytanie.

– Taak. – powiedział przeciągle Mateusz – Zaczynam się bać. – to było do mnie.

– Znasz czy nie?

– Przecież już wiesz, że znam.

– Mateusz! – nabrałem powietrza do płuc – Wiesz jaki jestem i czego się po mnie spodziewać. Wiesz też, że zrobię wszystko, by każda sprawa wyszła. Nie obchodzi mnie, za kogo mnie uważacie, ty i Jacek. Nie jest nawet mi przykro, że twój kumpel przekazał swoją ocenę obcej służbie. Wisi mi to. Mogę dla was być pierdzielony komuch, wstrętny esbek i Bóg wie jeszcze co. Spokojnie! Wiem, że ty tak nie myślisz i nie mówiłeś tego. Słowa jednak padły i na szczęście Chral w nie nie uwierzył. Zostawmy to jednak. Dość historii!

– Skoro tyle wiesz, to zdajesz sobie sprawę, że tylko ty możesz w tym być. – wtrącił Powała – Chral i jego szef mają wielu znajomych w Polsce i to bardzo ważnych znajomych. Ja też uważam, że jesteś dobrym wyborem do tego, a Jacek…

– Jest głupi – przerwałem, a dyrektor westchnął na te słowa – i nie to jest ważne.

– A co?

– Drugie dno, o którym podobno ci mówiono.

– Kret. – Mateusz spojrzał na mnie uważnie – Podejrzewasz…

– Nikogo nie podejrzewam! – znów przerwałem – Uważam jednak, że nikogo nie można wykluczyć, nawet ciebie i mnie, chociaż to mało prawdopodobne. Dlatego trzeba do minimum ograniczyć zainteresowanie „biurw” moją osobą. Trzeba im coś dać na mnie, co skieruje ich na inne tory.

– Miło mi, że mnie prawie nie podejrzewasz. – Mateusz wcale nie mówił tego ironicznie – Jak sobie wyobrażasz zastopowanie plotek o sobie?  Przecież widać, że robisz coś dla mnie. Już doszły do mnie słuchy z korytarza. Jacek też nie pomaga, chociaż stara się nic nie mówić.

– Ale pyta innych, gdzie jestem, co robię i z kim rozmawiam. – tym razem ja wtrąciłem.

– Właśnie! Nie mogę mu nic wytłumaczyć, a wtajemniczać we wszystko nie chcę.

– Musisz go zdjąć ze mnie.

– W jaki sposób? – Powała wzruszył ramionami – On też jest nieźle ustawiony. Zresztą wysłałem go na dwa tygodnie do Stanów na kurs i masz przynajmniej w tym czasie trochę spokoju.

– To dobrze! – powiedziałem – To pomoże mi w teatrzyku, który wszyscy musimy odegrać. Jak go nie będzie, to uwierzy w plotki i relacji „życzliwych”. Typowa „biurwowska” inspiracja.

– Jakiego teatrzyku? – zdziwił się Mateusz – O czym ty, do cholery, mówisz?

– Przeczytaj. – podałem mu napisany przed niespełna kwadransem raport.

Był to raport o zwolnienie ze służby. Powała przeczytał go dwukrotnie.

– Co to za bzdury!? – był zły – Co tobie znowu odbiło?

– Czytajcie, dyrektorze, uważnie! – uspokoiłem go – Gdzie tu jest data?

Dopiero teraz zauważył, że nie wstawiłem dat, a na drugiej kartce, którą można odłączyć od raportu, napisałem coś w rodzaju kolejnego kwitu, który był moim zobowiązaniem, iż raport o zwolnienie będzie zastosowany po realizacji sprawy kryptonim „Holub”. Nie było to zgodne z instrukcją, ale Mateusz wiedział, że dotrzymuję swoich zobowiązań.

– Zależy mi na tej sprawie, Mateusz – mówiłem dalej – Zrobię wszystko, by wyszła, nawet, gdybym musiał sam się podstawić. Musimy zabezpieczyć działania przed tym całym „biurem”. Przecież widzę, że zgadzasz się ze mną, sam tego chcesz, lecz nie powiesz tego otwarcie. Mnie wolno. Ty jesteś dyrektorem i tkwisz w tej karuzeli. To nie przygana. To tylko ocena rzeczywistości. W każdej służbie jest tak samo, tylko w innych szanują oficerów frontowych. – zaśmiałem się na koniec.

– Co miałeś z Chralem w latach osiemdziesiątych? – zapytał.

– Nie wiem, nie pamiętam, nie chcę wiedzieć, nie chcę pamiętać! – prawie krzyknąłem.

– Nie mogło być nic złego dla ciebie, – upierał się Powała – bo Chral wypowiadał się o tobie w samych superlatywach. Wczoraj dzwonił do mnie i powiedział, że nie mylił się co do ciebie.

– Nie wiem, Mateusz, nie wiem. – spojrzałem na niego błagalnie – Daj już spokój. Nie wiem co napisała czeska bezpieka, bo Chral to utajnił i nie chciał pokazać. Bez tego wszystko co powiem, będzie tylko i wyłącznie legendą, próbą usprawiedliwienia, a ja nie chcę już się usprawiedliwiać. Mam dość! Zajmijmy się lepiej teraźniejszością!

– No dobrze! – dyrektor odpuścił w końcu – Jaki to ma być teatrzyk i co ty chcesz zrobić?

– Nie ja. Ty. – ujrzałem zdziwienie Mateusza. – Zawiesisz mnie w przyszły piątek i przeniesiesz do dyspozycji kadr.

– Co?

– W poniedziałek napiszę raport i pojadę w delegację. Do czwartku znajdę odpowiednie źródło, centrala przejmie je, a ja zajmę się przygotowaniami i szkoleniem klienta. W piątek wrócę z delegacji, dam ci raport, potem upiję się i nawymyślam twojej sekretarce i tobie. Wtedy każesz mnie zbadać alkomatem i przeniesiesz do dyspozycji kadr, pozbawisz dodatku i uzależnisz mój powrót od świadectwa o skończonej kuracji odwykowej.

– No odwykówka, by się przydała nie tylko tobie. – nie mógł powstrzymać się od złośliwostki.

– Chcesz mnie zabić? – roześmiałem się.

– Nigdy w życiu! – też się uśmiechnął – Jak ty to sobie wyobrażasz? Dalsze działanie po tym piątku? Przecież będziesz musiał sprawdzać, będziesz potrzebował całej techniki.

– Właśnie! – zgodziłem się – Dlatego musi w tej sprawie być jeszcze ktoś. I tak bym cię prosił o przydzielenie mi jednej osoby, bo sam nie dam rady wszystkiego ogarnąć. Szkolenia, realizacja, biurokracja, sprawdzenia. Nie roztroję się. W dodatku zabezpieczanie i legendowanie! Sam nie dam rady. Potrzebuję kogoś, kto będzie także łącznikiem pomiędzy mną, „wywalonym”, a tobą, czyli centralą. Pogramy wszyscy. Teatr na całego. Wiedzieć o tym będziesz ty, ja i „ten trzeci”.

– To ma sens. – Powała pokiwał głową – Musisz mieć do mnie duże zaufanie. Przecież to rozmowa tylko między nami i mogę wykorzystać twój teatr przeciwko tobie.

– Mateusz! – uśmiechnąłem się – Oczywiście, że możesz, ale ja jestem ryzykantem. Może naiwnym, ale ryzykantem. Komuś, poza tym trzeba wierzyć! Nie bój się, nie zabezpieczyłem się w żaden sposób. Jeśli to ma wyjść, to muszę zaryzykować.

– Powiedzieć Jackowi o tym raporcie? Oczywiście o pierwszej jego części. – spytał dyrektor, a ja wiedziałem, że on raczej mnie nie oszuka, chyba, że go do tego zmuszą.

– Powiedz. – to wzmocni legendę.

– Mógłbym cię przenieść na „enkę”, albo oddelegować gdziekolwiek.

– I zawiadomić wszystkich, że coś robię. To nie przejdzie dyrektorze.

– Stracisz forsę.

– Uzupełnisz wydatkami operacyjnymi. Przejmiemy agenta z terenu i łącznik będzie oficjalnie wydawał na niego. Za resztę płacą Czesi.

– Właśnie! Co im powiemy?

– Nic. Mam twoje zezwolenie na bezpośrednie kontakty z Czechami? Oczywiście będę pisał raport z każdego kontaktu. Jacek im pewnie powie, ale ty wyjaśnij sam Chralowi, że to moja gra.

– Dobrze. – zgodził się Mateusz – napisz to wszystko w raporcie z rozmów w Pradze.

– Wszystko? Teatr też?

– Tak. Tylko do mnie i przynieś mi sprawę. Ja będę ją miał u siebie. Widzisz? Sam stworzę ci zabezpieczenie.

Pomyślałem, że to będzie także zabezpieczenie i dla niego, gdy sprawa nie wyjdzie, to zrzuci na mnie, a jeśli wyjdzie, to dadzą mu order i generała. Stanie się towarem eksportowym.

– Zaraz ci przyniosę. – poleciałem do siebie i po chwili oddałem mu teczkę.

– W poniedziałek łącznik przyniesie ci materiały na Ruska. Daj mi je od razu, bo muszę poszukać go w Polsce, to znaczy jego śladów i ująć w raporcie.

– Oczywiście! – przytaknął Powała – Gramy od piątku.

– Została jeszcze jedna sprawa. – powiedziałem.

– Tak. Kogo chcesz na łącznika? – domyślił się.

– Wiktora, a kogo się spodziewałeś?

– Nikogo innego – uśmiechnął się – Sam go wprowadzisz?

– Tak i najchętniej już dziś, by w tygodniu wyglądało wszystko naturalnie. Nie mam telefonu do niego, niestety.

– Ja mam. – Mateusz wyjął swoją komórkę i połączył się z jakimś numerem – „Wiktor? Poczekaj, daję ci Piotrka” – powiedział do słuchawki i podał mi aparat.

– Cześć Wiktor – powiedziałem – Masz dziś czas?

– Sobota, kurwa, sobota. – usłyszałem ze słuchawki.

– Ważne, kurwa, bardzo ważne. – odparowałem – Nie cierpiące zwłok.

– O, to jest kilka zwłok? – ucieszył się – Dobra. Po południu.

Umówiliśmy się o osiemnastej w „Paranie” na Marszałkowskiej.

– Załatwione. – powiedziałem, oddając dyrektorowi telefon.

– Tylko nie przesadźcie dziś! – ostrzegł mnie Powała – W poniedziałek czekam na raport.

– Oczywiście. Tylko Wiktora nie kontaktuj z Czechami. Za dużo nas będzie.

– Masz rację! Wystarczysz ty sam. Po co dekonspirować jeszcze jednego.

Pożegnaliśmy się. Wróciłem do domu. Miałem jeszcze kilka godzin czasu do spotkania z Wiktorem. W poniedziałek napiszę raport. Szczegółowy raport, co nie oznacza, że wszystkie szczegóły wymienię. Podobnie jak ze spotkaniami z Yvetą. Będą raporty, chociaż nie ze wszystkich kontaktów. Wiedziałem też, że moje „zawieszenie” jest początkiem zdobywania ziemi niczyjej. Tylko, gdy ją zdobędę, nie będzie już ona „niczyja”. Nie obchodziło mnie to teraz.

W „Paranie” byłem kilka minut po szóstej. Wiktor siedział przy stole pod tylną ścianą i gapił się w telewizor, dudniący z przeciwległego końca. Przed nim stały dwie wypite „pięćdziesiątki”. Wybrał oczywiście salę dla palących, pełną graczy na wyścigach. Przy stoliku pod telewizorem siedziało kilku policjantów z Wilczej. Dwóch znałem, skinąłem im głową i podszedłem do baru. Barmankę pamiętałem z dawnych lat. Była kelnerką w „Cristalu”. Zamówiłem dwa schabowe z dodatkami oraz dwie półlitrówki. Wódkę wziąłem ze sobą i podszedłem do Wiktora.

– Cześć! Litr na trzech jest wystarczający, gdy dwóch nie przyjdzie – powiedziałem stawiając butelki na stole. Za chwilę kelnerka przyniosła „zapojkę”, to znaczy wodę dla Wiktora i Colę dla mnie.

– Cześć! – odpowiedział Wiktor – To mam sobie pójść?

– Trzecią kupimy, jak zrobimy te dwie i będzie nas stać na kolejną. – zaśmiałem się. – Dzwonił do ciebie Mateusz?

– Dzwonił. – Wiktor skinął głową i nalał po kieliszku – Coś ty wymyślił? Dyrekcja była podekscytowana, jakby się najarała czegoś.

– Spokojnie. Zaraz ci opowiem. – poczekałem, aż kelnerka przyniesie talerze i jedząc opowiedziałem wszystko Remilowi. No! Może nie wszystko. Pominąłem oczywiście główną ideę sprawy, koncentrując się na szukaniu kreta. Uczuliłem go na każdego, kto zacznie mnie szukać, pytać o mnie i sprawdzać to „zawieszenie”.

– Będziemy kontaktować się u mnie w domu, albo przez telefon. Ten oddam, bo mnie rozliczysz, a kupimy nowy. Ty dbasz o finanse i ogarniasz centralę, a ja działam na zewnątrz. Mateusz wie o wszystkim. Wszystko zresztą napiszę mu w poniedziałek w raporcie. Tej sprawy nie ma! Pamiętaj! Nie ma! Dla nikogo!

– Jacuś niech się pierdoli! – zgodził się Wiktor – Cały tydzień pytał o ciebie, o twoje sprawy, czy wiem, co piszesz i do kogo.

– Pogoniłeś go?

– Nie ja! Mateusz! W końcu poszedłem do niego i powiedziałem mu, że albo mnie przeniesie do IIA, albo powie Jacusiowi, by dał mi pracować.

– Trzeźwy byłeś? – zapytałem naiwnie.

– Jak cholera! – zaperzył się Wiktor – Nie zdążyłem wypić obiadu!

Roześmieliśmy się i dalej ustalaliśmy szczegóły. Nawet nie zauważyliśmy, jak wykończyliśmy obie butelki i zamówiliśmy trzecią. Zacząłem mieć kłopoty z wymawianiem co trudniejszych słów, Wiktor też, więc trzeba było kończyć.

– Kurwa! – śmiał się Remil – W ten piątek to będzie cyrk. Dobrze tak tej kurwie, biurwa jebana! Gdybym nie znał Mateusza, to bym pomyślał, że ją…że ją,,,że ona go…że się rozweselają regularnie. Rządzi się, jakby mu…

– To mebel! – odbiło mi się – Meble się przesuwa, a nie posuwa. Posuwa, przesuwa, wysuwa, zasuwa…

– Jeden chuj! – podsumował Wiktor – Kobiety to…członki. Nie można używać brzydkich słów przy dzieciach. Robimy jeszcze jedną?

– Nie! Idziemy! Muszę iść do kibla! – wstałem za szybko i podłoga odjechała mi spod stóp, więc opadłem na blat stołu. Poczekałem, aż wróci posadzka i ostrożnie poszedłem do toalety. Nikogo w niej nie było, więc wyjąłem telefon i usiłowałem otworzyć go, wyjąć kartę i zmienić na inną. Nie mogłem tylko znaleźć tej innej, więc złożyłem aparat. Na szczęście działał, a ja trzymałem się mocno ściany i zdołałem zobaczyć godzinę. „Dwudziesta druga trzydzieści” – powiedziałem głośno do siebie. Puściłem się ściany i wolno, ale pewnie, choć ostrożnie stawiając kroki, wróciłem na salę. Wiktor siedział z odchyloną głową i chrapał. Byłem trzeźwiejszy.

– Ty! – szarpnąłem nim – Wiktor! Do której jest wieczór?

– Chyba do dziesiątej. – wybełkotał – A może i do dwunastej? Wieczór jest, póki nam się wieczór podoba, bo potem to już jest ciemna noc.

Otrząsnął się i wstał. Podtrzymując siebie nawzajem, wyszliśmy na Marszałkowską. Padało jak cholera, ale to nam nie przeszkadzało, a tylko otrzeźwiło trochę.

– Zarajamy! – zaproponował Wiktor – Ale nie to gówno!

Odepchnął moją rękę z wyciągniętą paczką „Marlboro” i zaczął gmerać w kieszeniach kurtki. Miał podobną do mnie, szaro-zieloną „US Army” z mnóstwem kieszeni. W końcu znalazł zmiętego skręta.

– Towar pierwsza klasa! – ucieszył się – IIA zwinęło ostatnio kilku handlarzy i dla znajomych zostało trochę. Daj ognia!

Przypaliłem mu. Nigdy nie lubiłem zielska, ale teraz wziąłem dwa machy. Wyciągnąłem telefon i zamówiłem taksówkę. Gdy przyjechała, wsadziłem Wiktora do środka i usiadłem obok niego.

– Dokąd jedziemy, panowie? – spytał taksówkarz.

– Tam! – machnął ręką Wiktor.

– Na Żoliborz? – denerwował się kierowca.

– Gdzie mieszkasz? – potrząsnąłem Wiktorem.

– Na pierwszym piętrze! – roześmiał się i w końcu podał adres.

Ruszyliśmy na Krasińskiego. Remil mieszkał koło Placu Wilsona. W taksówce chrapał trochę, ale spokojnie podjechaliśmy pod jego dom. Dałem taksówkarzowi stówę i poprosiłem, by poczekał na mnie. Nie ryzykowałem, bo wiedział kto bywa w „Paranie” i domyślał się, że może wieźć mafię lub policjantów, a nie chciał narażać się żadnej z tych organizacji.

Wyszliśmy z taksówki i chwiejąc się poszliśmy pod klatkę Wiktora.

– Wypijemy rozchodniaczka? – zapytał mój towarzysz i wyjął z bocznej kieszeni półlitrówkę. Musiał kupić ją, gdy byłem w toalecie. Otworzył i podał mi. Wypiłem łyka z gwinta. Wiktor też.

– Daj już spokój! Masz dość! – zabrałem mu flaszkę i postawiłem pod klatką.

– Pierwsze piętro! – rozkazał Remil. – To będzie wspaniała sprawa – dodał całkiem trzeźwo i znów odleciał.

Przez chwilę usiłowaliśmy otworzyć drzwi do klatki kluczem. Wiktor nie chciał budzić żony domofonem. W końcu udało nam się znaleźć pasujący klucz i wtoczyliśmy się na schody. Weszliśmy na pierwsze piętro. Oparłem Wiktora o jego drzwi, wetknąłem mu w rękę klucze, a sam wycofałem się na pół piętro. Słyszałem, jak Remil klnie i szuka zamka. W pewnej chwili ujrzałem światło i łomot. Żona Wiktora otworzyła mu i wpadł do środka. Do przedpokoju.

= Aleś się załatwił! – usłyszałem damski głos.

– Kochanie! – Wiktor starał się mówić wyraźnie – Inni mężowie po pijanemu awanturują się i klną, a nawet biją. Ja idę spać!

– Bardzo dobrze, ale wczołgaj się do środka, bo masz nogi w progu i nie mogę zamknąć mieszkania. – Damski głos był mocno rozweselony.

Potem drzwi zamknęły się, zrobiło się ciemno i zszedłem na dół. Przed klatką podniosłem pozostawioną przeze mnie butelkę wódki, wypiłem łyka i wsiadłem do czekającej na mnie taksówki. „Stawki trzy.” – poprosiłem i znowu wypiłem łyka. Musiałem dodać sobie odwagi.

– Do której jest wieczór? – spytałem.

– Nie wiem. – odpowiedział taksówkarz – Jest wpół do pierwszej. To już noc.

– Nie! To chyba sobotni wieczór! – upierałem się.

– O, ten to już dawno się skończył! – śmiał się kierowca – Niech pan się nie martwi. Jak kocha to wybaczy i poczeka.

– Właśnie! Jak kocha. – powiedziałem smutno.

Za chwilę dojechaliśmy na Stawki. Dałem taksówkarzowi kolejną stówę, chciał mi wydać reszty, ale zdecydowanie odmówiłem i poszedłem przez trawnik obok bloku Yvety. Potknąłem się i wylądowałem w jakichś krzakach. Usiadłem na ziemi. Padało jak cholera, ale mnie to nie przeszkadzało. Wyjąłem telefon. Usiłowałem zdjąć tylną ściankę i zmienić SIM. Przypomniałem sobie, że najpierw muszę znaleźć drugiego SIMa. Schowałem aparat i zacząłem szukać. W końcu w wewnętrznej kieszeni wymacałem kartę. Nie mogłem jednak odsunąć suwaka, więc dałem spokój, rozpłakałem się na chwilę, zrobiło mi się wstyd, bo faceci, szczególnie z kontrwywiadu nie płaczą. Znowu wyjąłem telefon i spojrzałem na ekran. Zgasł. „Ciemno!” – pomyślałem – „To pewnie jest wieczór, bo wieczorami jest ciemno. W nocy też, ale ciemniej”. Postanowiłem zapalić. Przeszukałem kieszenie, znalazłem „Marlboro” i kawałek skręta. Przypomniałem sobie, że zabrałem go Wiktorowi pod „Paraną”. Zapaliłem jointa. Potem papierosa. Na koniec wypiłem porządnego łyka z butelki i wywaliłem ją w krzaki. Wstałem i trzymając się muru podszedłem do klatki, w której było mieszkanie Yvety. Rozejrzałem się jeszcze w około, bo uznałem, że koniecznie muszę mieć jakiś kwiatek. Nie wypada iść do kobiety bez kwiatka, tym bardziej, że to pierwsza wizyta. Nie zauważyłem jednak żadnego klombu. Zapaliłem kolejnego papierosa. Zaciągnąłem się mocno kilka razy. Siłą woli zmusiłem siebie do wyprostowania rzeczywistości. Ostrożnie, niemal pieszczotliwie wcisnąłem w domofonie cyfrę trzy i dwa. Zaświergotało jak w zegarku „Cassio”. Za chwilę usłyszałem znajomy głos:

– Kto tam?

– Miałem zadzwonić wieczorem, więc dzwonię. – starałem się mówić głośno, wolno i wyraźnie, i prawie mi się udało. Tylko ostatnie „dzwonię”, jakoś mi inaczej wyszło.

Przez chwilę w domofonie panowała głucha, torturująca mnie cisza. W końcu usłyszałem brzęczyk otwierający drzwi i głos:

– Drugie piętro. Tylko nie pobudź sąsiadów.

Wszedłem do klatki. Przez chwilę szukałem windy, a gdy ją znalazłem nie mogłem znaleźć klamki do niej. Okazało się, że to nowa winda i gdy nacisnąłem jakiś guzik w poszukiwaniu światła, coś ruszyło i za chwilę winda stanęła przede mną. Wszedłem do niej. Odliczyłem drugi guzik i nacisnąłem. Wjechałem na piętro, ale nie znalazłem mieszkania numer „32”. Palnąłem się w głowę. Przecież powinienem odliczyć dwa guziki, bo pierwszy był dla parteru. Znowu wsiadłem do windy. Odliczyłem kolejne dwa przyciski. Znalazłem się na trzecim piętrze, co zrozumiałem, gdy znów nie znalazłem mieszkania Yvety. Ponownie pomyliłem się w obliczeniach. Chciałem sobie dać spokój z windą i zejść po schodach, ale przypomniałem sobie o kwiatach. Na pierwszym piętrze na parapecie stały jakieś w doniczce. Zjechałem na parter, potem nacisnąłem guzik wyżej i znów byłem na pierwszym piętrze. Podkradłem się do parapetu i zabrałem doniczkę. Kwiatek był mały, lecz miałem nadzieję, że wyrośnie. Wróciłem do windy. „pierwszy guzik – parter, drugi guzik – pierwsze piętro, trzeci – drugie”. Ucieszyłem się i nacisnąłem przycisk. Za chwilę wysiadłem na właściwym piętrze. Rozejrzałem się i zobaczyłem Yvetę, stojącą w otwartych drzwiach mieszkania numer 32. Rękę z kwiatkiem schowałem za plecy i wolno, trzymając się linii prostej podszedłem do niej.

_ Pojeździłeś sobie windą! – stwierdziła cichym głosem.

– Nie mogłem znaleźć guzika! – poskarżyłem się.

– Na szczęście w końcu znalazłeś. – powiedziała wciągając mnie do środka i zamykając drzwi za mną.

– Mam dla ciebie kwiatka, bo nie można przyjść do kobiety jak cham, bez kwiatka. Miałem też butelkę, ale gdzieś zgubiłem. – oznajmiłem i wyciągnąłem do niej rękę z doniczką.

– Jaki śliczny! – roześmiała się Yveta i zabrała mi kwiatka– Coś ty z siebie zrobił?

– Trzeba go pod…pod, no, wodą go napełniać, to wyrośnie. – poradziłem.

– Dobrze. Jutro! Aleś się załatwił! Cały jesteś mokry. – cieszyła się, a przynajmniej mnie tak się wydawało, więc cieszyłem się wraz z nią.

– Pracowałem i omawiałem, ale to tajemnica. – wyjaśniłem i potknąłem się o podłogę, po czym wyłożyłem się jak długi w przedpokoju.

Usłyszałem głos Yvety, która mówiła coś po czesku. „Poslusznie hlasim!” – zameldowałem, a ów meldunek napełnił mieszkanie serdecznym, kobiecym śmiechem. Potem zachciało mi się mówić, więc mówiłem, mówiłem i mówiłem. Czasem tylko czułem, że ktoś pachnący ciągnie mnie za nogi, ręce, głowę, aż w końcu wypełnił mnie ten zapach, zrobiło mi się miękko i ciepło, i nic już więcej nie pamiętam, poza twarzą Yvety, patrzącą na mnie z uśmiechem, w którym błąkał się odcień troski.

Słońce oświetliło mi twarz i otworzyłem oczy. „Gdzie ja jestem?”. To mogła być pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, lecz ja wiedziałem, gdzie jestem. Najgorsza ze wszystkich myśli obudziła mnie zupełnie: „Co ja teraz mam zrobić? Jak wybrnąć z sytuacji?”. W dodatku, dręczył mnie strach, przeszywał całego bólem. Bałem się spotkania z Yvetą i tego, czego nie pamiętałem z wczorajszego wieczora i nocy. Zorientowałem się, że jestem tylko w majtkach. Rozejrzałem się po pokoju. Na stoliku pod oknem zobaczyłem rozłożone swoje dokumenty, pieniądze i telefon oraz nieszczęsną kartę SIM. Wszystko suszyło się na słońcu. Nigdzie nie znalazłem ubrania. „No, ładnie!” – skrzyczałem sam siebie w myślach – „Aleś narozrabiał!”. Nie chodziło mi o seks, bo wiedziałem, że nic się nie stało, bo bym pamiętał, a byłem tak pijany, że sam ledwo stałem. Powoli przypomniałem sobie jakieś upadki, trudności z doprowadzeniem siebie do pionu. „Nie! Żadnego seksu nie było!”. Zresztą, Yveta na pewno by na nic sobie nie pozwoliła, mnie też by nie pozwoliła. Byłem przecież zbyt pijany.

Rozmyślania przerwał mi dźwięk klucza w zamku. To musiała być Yveta. Usłyszałem jej kroki i schowałem się pod kołdrą. Poszła chyba do kuchni. Dobiegł do mnie szczęk naczyń. Wstałem cicho. Ani ubrania, ani butów! Nie będę przecież paradował przed nią w gaciach! Na fotelu obok stolika zauważyłem jakąś kapę albo zasłonę w kwiatki z frędzelkami. Owinąłem się nią i niczym rzymski senator poszedłem do kuchni, jak na ścięcie.

Yveta stała przy kuchni i smażyła jajecznicę.

– Dzień Dobry! – wyjąkałem cicho, prawie szeptem.

– A! Dobre rano! – odwróciła się, a czeski w jej ustach zabrzmiał dla mnie niczym muzyka. Wesoła i radosna muzyka.

– Wiesz, ja…- spojrzałem na nią wzrokiem pełnym pokornych przeprosin.

– Wiem! – uśmiechnęła się – Mógłbyś przestać gnieść mój obrus. – wskazała wzrokiem na mój strój.

– Przepraszam, ale nie mam…

– Nie wstydzę się mężczyzn w majtkach. – powiedziała wesoło. – A że mężczyźni, szczególnie jeden mężczyzna się wstydzi, to i dobrze. Musi być jakaś kara!

– O, rany! – westchnąłem.

– Poza tym do dzwonienia służy telefon, a nie domofon. Wieczór trwa do jedenastej, bo po dwunastej jest już noc. – drwiła ze mnie. – Musisz też zrobić prawo jazdy na windę.

– O której…- mówiłem prawie szeptem.

– O wpół do trzeciej i zasnąłeś o czwartej. I tak jesteś wytrzymały, bo dopiero dziewiąta, a ty wstałeś i chyba już jesteś trzeźwy. W miarę. – popatrzyła na mnie i zlitowała się – Weź sobie coś do picia z lodówki.

Wyjąłem wodę w litrowej butelce i wypiłem ją duszkiem. Chwyciłem się parapetu, bo wszystko zawirowało na chwilę, a gdy się uspokoiło alkohol przestał działać już na mnie.

Odwróciłem się od lodówki. Yveta stała tyłem do mnie i mieszała jajka na patelni. Przysunąłem się do niej. Objąłem ją i pocałowałem w kark. Potem wyszeptałem prosto do jej ucha: „Przepraszam! Odbiło mi!”. Nie odsunęła się. Zostawiła łyżkę na patelni i ręką pogłaskała mnie po policzku. Puściłem ją.

– Już dobrze, pijaku! – powiedziała ze śmiechem – Tylko, żeby mi to było ostatni raz. Jak chcesz się upić, to pij sam albo upijemy się razem.

– Musiałem przyjść! – tłumaczyłem się – Po prostu musiałem! Telefon mi się popsuł.

– Telefon jest dobry, a ty straciłeś prostą umiejętność używania prostych narzędzi, którą ma każda małpa człekokształtna z wyjątkiem mężczyzn po spożyciu.

– Masz rację! – znów przeprosiłem – Musiałem przyjść.

– Wiem! – powiedziała mocno – Teraz idź się wykąpać. Kupiłam ci szczoteczkę do zębów. W łazience jest ręcznik. Aha, użyj go zamiast obrusu. Jest duży. Twoje ubranie uprałam, bo było całe zabłocone. Pewnie jeszcze nie wyschło.

– Padało wczoraj strasznie. – usiłowałem się usprawiedliwić, ale spojrzała na mnie groźnie, więc wycofałem się do łazienki. Moje ciuchy schły na suszarce. Wykąpałem się szybko. „Kupiłam ci też dezodorant męski, więc zostaw mój!” – usłyszałem w porę, by nie popełnić pomyłki. Pod prysznicem uprałem sobie majtki, wyżąłem je mocno, pokręciłem nad głową i włożyłem mokre na siebie. Owinąłem się ręcznikiem, po czym wróciłem do kuchni, w której przy stole siedziała Yveta i czekała na mnie. Usiadłem Nałożyła mi jajecznicy, kazała wziąć chleb, pomidora i paprykę, bo „to potas, który sobie wypłukałem”, a potem nalała mi kawy. Posłusznie zjadłem.

– Byłaś rano w sklepie? – zapytałem bez sensu, ale chciałem przerwać milczenie.

– Aha! – pokiwała głową – Przy okazji odniosłam kwiatek sąsiadce.

– Jaki kwiatek?

– Ten w doniczce. Przecież nie można przychodzić do kobiety, szczególnie takiej, jak ja bez kwiatka, a wokół klombów nie ma, więc musiał być w doniczce. Stał na pierwszym piętrze i znalazłeś go, gdy podróżowałeś windą i zgubiłeś się w tej podróży.

– Rany Boskie! – westchnąłem i ukryłem twarz w dłoniach – Co jeszcze nawyprawiałem?

– Nic wielkiego. Pokazałeś mi jak żołnierze czołgają się pod okopy nieprzyjacielskie. Musiałam cię o to poprosić, bo nie chciałeś wstać z podłogi w przedpokoju, tylko powiedziałeś, że okopałeś się na pozycji obronnej. Namówiłam cię więc do ataku i przeczołgałeś się do sypialni, po czym zdobyłeś twierdzę łózko, mrucząc coś o makach.

– O, jejku! – mogłem tylko wzdychać – Chyba nie byłem…

– Nie byłeś. – przerwała – Byłeś nawet bardzo ugodowy, bo dałeś się rozebrać jeszcze przed zdobyciem łóżka. Mówiłeś, co prawda, o prawach człowieka do ubrania oraz o nietykalności oficera kontrwywiadu, ale pomagałeś mi, nie stawiając oporu. Poza tym gadałeś jak najęty.

– O czym? – spytałem przerażony.

– Ach! Czegóż to ja się nie dowiedziałam o kobietach! – roześmiała się w głos – Są takie wstrętne, że należy je wszystkie zapędzić do jakiegoś ośrodka i wypożyczać, kiedy przyjdzie ochota, bo tylko mężczyźni są coś warci. W ogóle prawdziwa miłość, to męska miłość, ale faceci ci się nie podobają, bo są obrzydliwi i nie możesz na nich patrzeć. Generalnie nagi mężczyzna wygląda obrzydliwie i przypomina obślizgłego jaszczura z wypustką. Chyba dobrze zrozumiałam, bo pytałam się ciebie o tą wypustkę kilka razy. Najciekawszy był, mówiłeś właśnie o kobietach, helikopter na biurku. Usiłowałam sobie to wyobrazić, ale nie udało mi się dotąd.

– Cholera! – czułem, że się czerwienię.

– Nie kląłeś w ogóle. I to było dla mnie zaskakujące. Mówiłeś też coś o ziemi niczyjej, która stanie się czyjąś, choć będzie niczyją, to jednak czyjąś, aż się pogubiłam czyja ta ziemia. Mówiłeś też wiersze po polsku i po angielsku. Usiłowałeś tmówić po czesku, ale nic ci z tego nie wychodziło. Potem zasnąłeś.

– I zająłem ci łózko. A ty? Przeze mnie nie wyspałaś się. Zaraz sobie pójdę i dam ci odpocząć. Ciuchy już podeschły, więc mogę je włożyć.

– To, że włożyłeś mokre majtki na siebie, nie oznacza bohaterstwa, ale głupotę. – spojrzała na mnie bardzo dziwnie i niepokojąco – Spałam obok ciebie i wyspałam się. Powiedziałeś coś jeszcze, ale nie powiem ci tego teraz.

– Co powiedziałem? – przestraszyłem się trochę.

– Nie o pracy! Nie obawiaj się. – pokręciła głową – Na to jesteś za dobry, Nawet po pijanemu tak kręcisz, że każdy dowie się tylko tyle, ile uznasz, że można mu powiedzieć. Nie pytałam cię. Powiedziałeś tylko, że porozmawiamy, jak wytrzeźwiejesz.

– Co jeszcze powiedziałem? – nie dawałem jej spokoju.

– Pozmywam. – wstała od stołu i zaczęła zbierać naczynia – Chcesz zapalić, to idź na balkon. Ach! Przecież nie wyjdziesz w tym ręczniku i mokrych majtkach. Stan w drzwiach i pal spokojnie.

Poszedłem do pokoju.

– Papierosy nie były mokre, a te skręty zostaw. Wypalimy jednego później! – dobiegł mnie głos Yvety, która tłumiła śmiech. „Cholera! Ale narozrabiałem! Musiałem wziąć od Wiktora więcej. To znaczy on musiał mieć z pół transportu” – pomyślałem.

Stanąłem w otwartych drzwiach balkonu i zapaliłem „Marlboro”. Myślałem o tym wszystkim. Byłem zły na siebie, ale czułem się jednocześnie szczęśliwy. Wszystko jest kwestią odwagi. Nawet, jeśli nie wiesz, że byłeś odważny, a właściwie wiesz, tylko potrzebujesz kopniaka. Nagle zdecydowałem się. Zgasiłem papierosa o balustradę, niedopałek wrzuciłem do pustej doniczki, zamknąłem balkon i szybko poszedłem do kuchni. Yveta wycierała patelnię.

– Chcesz jeszcze kawy? – odwróciła się do mnie i odłożyła naczynie oraz ściereczkę. Nalała mi filiżankę i postawiła na stole. Nie usiadła. Czekała.

– Co jeszcze powiedziałem? – zapytałem zdecydowanie.

– Nieważne. – pokręciła głową – Nic takiego. W dodatku pewnie źle zrozumiałam. Nie znam na tyle polskiego.

– Znasz! Co powiedziałem?

– Daj już spokój! – zdenerwowała się.

Podszedłem do niej i chwyciłem za ramiona. Popatrzyłem prosto w jej oczy. Byłem poważny. Śmiertelnie poważny.

– Yveta! – zacząłem cicho, wolno i tak delikatnie, jak tylko mogłem – Yveta! Przecież ja wiem, co powiedziałem ci w nocy. Popatrz na mnie. Powiem to raz jeszcze. Tym razem na trzeźwo, chociaż i wtedy wytrzeźwiałem na te kilkanaście sekund.

Podniosła głowę i spojrzała na mnie.

– Powtórz. – poprosiła.

– Powiedziałem, że jestem pijak, nie umiem okazywać uczuć, bywam strasznym egoistą, jestem zarozumiały i ekscentryczny, mam swoje przyzwyczajenia, ale musiałem do ciebie przyjść. Musiałem zaryzykować, wiedząc, że pakuję nas w ogromne kłopoty i wcale mnie to już nie przeraża i nie wścieka, że jest w tobie coś, co kazało mi obudzić cię w środku nocy. Musiałem, musiałem, musiałem. Musiałem, bo cię kocham. Kocham cię Yveto.

Zobaczyłem łzy w jej oczach i uśmiech ogromnej ulgi na twarzy.

Pomóż nam!

Więcej możecie Państwo przeczytać na stronie powieści w odcinkach pt. Sprawa kryptonim „Holub” czytaj TUTAJ.