Tusk najwyraźniej uważa, że jeśli ma władzę, większość parlamentarną i przychylność części mediów, to może wszystko. Nawet wtedy, gdy stawką stają się autorytet instytucji państwowych, stabilność prawa. Tylko, że
Konstytucja nie jest własnością Tuska.
Sejm też nie jest prywatnym folwarkiem koalicji rządzącej, a Trybunał Konstytucyjny nie może stać się kolejnym politycznym łupem.

Spór o sędziów TK nie jest akademicką dyskusją dla prawników, którzy mogą bez końca przerzucać się interpretacjami. To fundamentalne pytanie o przyszłość Polski: czy w naszym państwie obowiązuje prawo, czy też jego znaczenie zależy od tego, kto akurat sprawuje władzę?

Sejm wybiera sędziów TK, ale nie oznacza to, że pozostałe organy państwa tracą swoje konstytucyjne kompetencje. Prezydent nie jest notariuszem, który ma bezrefleksyjnie zatwierdzać każdą decyzję rządzących. Spory dotyczące objęcia urzędu przez sędziów TK, znaczenia ślubowania i uprawnień poszczególnych organów muszą być rozstrzygane na podstawie Konstytucji i obowiązujących ustaw, a nie politycznych deklaracji czy wygodnych dla rządu opinii.

Szczególnego wyjaśnienia wymagają wszelkie wątpliwości dotyczące spełnienia ustawowych wymogów przez kandydatów. Dotyczy to również podnoszonych zastrzeżeń wobec Macieja Berka, w tym kwestii wymaganego stażu zawodowego radcy prawnego. Jeżeli przepisy wymagają dziesięciu lat stażu w pracy w zawodzie radcy prawnego, to trzeba jednoznacznie ustalić, czy kandydat spełnia ten warunek. Nie wystarczą polityczne zapewnienia. Liczą się dokumenty, przepisy i procedury. A Berek tych wymagań nie spełnia.
Jedno nie ulega wątpliwości: żadna władza nie ma prawa stawiać własnej woli ponad Konstytucją.

W sporze pojawia się również Komisja Wenecka, której opinie mogą być pomocne w ocenie rozwiązań prawnych. Trzeba jednak rozróżniać opinię ekspercką od wiążącego rozstrzygnięcia sądowego. Opinia Komisji Weneckiej sama w sobie nie jest wyrokiem polskiego sądu ani przepisem, który automatycznie zastępuje polską Konstytucję i ustawy.

Można się z nią zgadzać albo polemizować. Można analizować jej argumenty, ale nie wolno przedstawiać jej stanowiska tak, jakby samo wydanie opinii kończyło wszystkie spory prawne.

Polska jest suwerennym państwem. Nie niemieckim landem, nie protektoratem i nie terytorium, na którym można dowolnie zmieniać reguły w zależności od politycznych potrzeb.

Suwerenność nie oznacza przyzwolenia na łamanie prawa. Oznacza również, że polskie organy państwa muszą działać w granicach swoich kompetencji, a Konstytucja nie może być traktowana jak dokument, którego postanowienia obowiązują tylko wtedy, gdy są wygodne dla rządzących.

Jest jeszcze jeden problem, o którym trzeba mówić głośno. Kiedy wokół obozu władzy pojawiają się kontrowersje, skandale i pytania o odpowiedzialność ludzi związanych z rządem, zamiast konkretnych wyjaśnień społeczeństwo dostaje kolejne polityczne awantury. Gdy trzeba rozliczać obietnice, rozpoczyna się następna konfrontacja o instytucje państwa.

Czy każda z nich jest celową próbą odwrócenia uwagi? Nie da się tego dowieść bez konkretnych przesłanek. Trudno jednak nie zauważyć, że nieustanne podgrzewanie konfliktów skutecznie odciąga uwagę od spraw, za które rząd powinien odpowiadać.

A tych spraw jest aż nadto.
Gdzie są inwestycje, które miały napędzać polską gospodarkę? Co z Centralnym Portem Komunikacyjnym? Co z budową elektrowni jądrowej? Co ze służbą zdrowia, w której pacjenci i ich rodziny wciąż zderzają się z problemami organizacyjnymi i ograniczonym dostępem do diagnostyki?

W ostatni weekend pojawiły się doniesienia o śmierci trzyletniego dziecka w szpitalu pod Warszawą, w związku z problemami dotyczącymi wykonania badań diagnostycznych. Taki jest stan służby zdrowia pod tymi rządami.Żadna polityczna wojna nie może przesłaniać pytania, czy państwo właściwie wypełnia swoje podstawowe obowiązki wobec obywateli.

Państwa nie rozwija się awanturami, nie buduje konferencjami prasowymi i nie wzmacnia przez nieustanne podważanie zaufania do jego instytucji. Państwo buduje się odpowiedzialnością, sprawnością i konkretnymi rezultatami.

INWESTORZY POTRZEBUJĄ PRAWA, A NIE POLITYCZNEGO RODEO

Gospodarka nie działa na zasadzie politycznych zaklęć. Inwestor, który zamierza ulokować w Polsce setki milionów czy miliardy złotych, musi wiedzieć, jakie reguły będą obowiązywały za pięć, dziesięć czy piętnaście lat. Potrzebuje stabilnego prawa, sprawnych sądów, przewidywalnej administracji i pewności, że zmiana rządu nie oznacza wywrócenia całego porządku prawnego.
Jeżeli wokół najważniejszych instytucji trwa nieustanna walka, a kolejne decyzje stają się przedmiotem politycznych konfrontacji, ryzyko inwestycyjne rośnie. Kapitał kieruje się rachunkiem ekonomicznym. Jeśli warunki prowadzenia działalności stają się nieprzewidywalne, inwestor wybiera inny kraj.

Za polityczną nieodpowiedzialność Tuska płacą zwykli Polacy. Mniejszymi inwestycjami, utraconymi miejscami pracy i wolniejszym rozwojem gospodarczym.
Nie wiem, jak daleko posunie się Tusk w sporze o Trybunał ani jakie będą wszystkie konsekwencje jego decyzji. Jednego jestem jednak pewien: prezydent Karol Nawrocki nie może traktować obowiązku stania na straży Konstytucji jak pustego hasła. Musi ostro zareagować, by chronić porządek ustrojowy państwa. Dość już tej bandy.
Tusk powinien pamiętać o tym, że mandat wyborczy nie jest zgodą na wszystko, a większość parlamentarna nie daje prawa do dowolnego interpretowania Konstytucji.
Polacy też nie mogą być bierni.Jeżeli widzą zagrożenie dla praworządności, nie akceptują sposobu sprawowania władzy i domagają się rozliczenia obietnic, mają pełne prawo wyjść na ulice.

Nie chodzi o destabilizowanie państwa. Chodzi o to, by nie pozwolić, żeby państwo było destabilizowane, niszczone przez polityczną nieodpowiedzialność Tuska.