Wierszem prawie tuwimowym spisana.

Stoi na stacji lokomotywa,
ciężka, pisowska i pot z niej spływa,
poselska oliwa,

Wagony do niej podoczepiali,
wielkie, ciężkie, z żelaza i stali.
a w nich, kwiat PiSu po oczach wali,
na ratunek spieszą, kumplowi od Moskali

W lokomotywie, sam prezes twardo stoi
i wielkim dzwonem na trwogę dzwoni,
bo w niedzielę, bratanki mogą obalić Orbana,
i skończy się ziobrowy azyl,
zostanie tylko rana,
po dzielnym szeryfie co kulom się nie kłaniał,
i z wdzięczności, że go przyjął, Orbanowi w pas się kłaniał.

Kaczyńskiemu towarzyszy, Błaszczak, palacz zły i spocony,
który pod nosem, o Tusku, mamrocze androny.
Pozostali, w wagonach, węgrzynem się raczą, te dzielne chwaty,
którego im Orban wysłał, boć Fideszu braty.

A kiedy, Orban lanie, od Tiszy, po dupie dostanie,
z wdzięczności, przytulą, uciszając jego gorzkie lamentowanie.