Na moich oczach toczy się wojna w środowisku ludzi zajmujących się wschodem. Niektórzy występują z otwartą przyłbicą, inni – szczują, sami publicznie nie zabierając głosu. Wojna idzie na całego, a linia frontu, ku uciesze rodzimych „Russland-Versteher”, podzieliła dotychczasowych sojuszników.

Osobiście od wielu już lat metody stosowane w tym gronie napawają mnie obrzydzeniem. Kumoterstwo, kolesiostwo, konformizm (iluż to teraz nowych pisowców się porobiło, choć co sprytniejsi są pisowcami dla pisowców, a antypisowcami, dla antypisowców), brak dyskusji, donosy, brak rozliczania ludzi z efektów ich działań, niszczenie za pomocą plotek (np. o związkach ze służbami – szczególnie chętnie propagowane przez ludzi mających takie związki), budowanie pozycji w oparciu o takie związki (a nie realne osiągnięcia), linczowanie zamiast krytyki, stosowanie plotki jako metody niszczenia ludzi (zamiast pokonywania ich na argumenty), ignorowanie (co ma w zamyśle powodować, że ludzie mogą co prawda zabierać głos, ale i tak nikt ich nie słucha), rozsiewanie pogłosek o lepkich łapkach (tu akurat miałem spokój, bo nigdy nie realizowałem żadnych „projektów”), wykluczanie z dyskusji (np. wykreślanie ludzi ze składów kolejnych konferencji i debat), debatowanie tylko z tymi, którzy mają takie same poglądy, pisanie mądrych opracowań, ale tak by na wszelki wypadek niewiele z nich wynikało, a już na pewno tak, by nie zawierały rekomendacji i prognozy.

Świadomie wycofałem się na pozycję publicystyczne, nie mając wiary ani nadmiernej ochoty na siedzenie w tym bagienku. Miałem ponadto przeświadczenie, że wszystko to, co opisałem powyżej spowoduje, że – niezależnie od tego, kto będzie rządził – i tak nic nam na wschodzie nie wyjdzie. Jedno jedyne, że niektórzy przy okazji tej kolejnej porażki lepiej lub gorzej zarabiali, a inni nie zarabiają nic (tu akurat też mam spokój, bo zarabiam gdzie indziej). Czasem zdarzało mi się co prawda tu czy ówdzie doradzić, ale po pierwsze pro publico bono, a po drugie – gdy się to zdarzało prosiłem wręcz by było to w trybie off the record.

Relacje z Ukrainą są coraz gorsze, reset z Białorusią, jak słyszę relacje z Narady Ambasadorów, określany jest nawet już wew. MSZ jako nieudany. Z Rosją też niczego nie umiemy załatwić. Środowisko zajmujące się wschodem , jak zawsze od 27 już lat, ma się świetnie.

Zbliża się setna rocznica Wyprawy Kijowskiej. Tym razem wyprawiliśmy się w zupełnie inny sposób, ale coś mi podpowiada, że rezultat będzie podobny. Inaczej być jednak nie może, bo trudno zwalczać sowietów, samymi sowietami (vide opis środowiska powyżej) będąc.

Chciałbym napisać „moja chata z kraja”, ale nie umiem. Za bardzo mi zależało.

————-

P.S. wpis jest nieco enigmatyczny, za co przepraszam, ale proszę też o zrozumienie, że innym być nie może.

Fot. Obraz „Wojna polsko-polska” Stanisława Tomalaka.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)