O „wyspach szczęśliwych”, o pobycie w USA i (socjalistycznej) ojczyźnie – z Artystą ponad czasowym, Mistrzem piosenki i pogodnym człowiekiem dającym wytchnienie nawet w czasach (covidowego) „aresztu domowego” EDWARDEM HULEWICZEM rozmawia Jacek Włodarczyk.

Poprosiłem naszego gościa- Mistrza Estrady i Polskiej Piosenki – Edwarda Hulewicza o życzenia dla Pań:

Drogie, Szanowne Panie. W Dniu Waszego Święta niech wszystkie troski prysną precz, niech zabłyśnie słońce w Waszych myślach i sercu, niech wokół Was panuje spokój, miłość i oddanie. Niech się spełnią marzenia, a w domach Waszych niech króluje tylko radość i zadowolenie z siebie i swoich najbliższych.

Edward Hulewicz foto:archiwum Artysty.

Jacek Jaszczur: Współpracował Pan z największymi. Kogo wspomina Pan a z kim współpracuje najwięcej Pan w obecnym czasie. Bardzo ciekawią mnie anegdoty. Jaki kontakt miał Pan z kompozytorami i autorami tekstów Antonim Kopffem, Katarzyną Gaertner, Andrzejem Kreczmarem, Jonaszem Koftą, Krzysztofem Cwynarem czy Ryszardem Poznakowskim?

Edward Hulewicz: Jeszcze należałoby dodać z Jarkiem Kukulskim, Włodkiem Nahornym itd. Z większością z nich, jak Nahorny, Kukulski, Kopff, Kasia Gaertner, czy Rysiek Poznakowski przez lata przyjaźniłem się, a z niektórymi przyjaźń trwa do dziś. Zresztą tamte czasy to okres, kiedy przyjaźń miedzy artystami była rzeczą powszechną, nie było tej dzikiej rywalizacji zwanej dziś wyścigiem szczurów.
Znajomości i przyjaźnie nie ograniczały się do czasu pracy, bywaliśmy u siebie w domach, wspólnie biesiadowaliśmy i spędzaliśmy czas wolny. Od kilku lat współpracuję najczęściej z Adamem Rup, moim zdaniem najlepszym kompozytorem, bardziej znanym na terenie Niemiec niż u nas, autorem takich utworów jak „Bo życie jedno mam”, „Rock Cafe” itd. a także producentem moich najnowszych płyt.

Czy uważa Pan, ze to ważne by „tekściarz” i kompozytor wiedzieli dla jakiego Artysty tworzą? W końcu to Artysta jest interpretatorem i twórcą duszy utworu?

– Powiedziałbym: powinni wiedzieć dla kogo tworzą, to podstawowy warunek, bowiem końcowy efekt dzieła zależy od wykonawcy. Dzisiaj wprawdzie na ten – że końcowy efekt pracuje jeszcze elektronika, która jest w stanie z zupełnego beztalencia zrobić Marię Callas i w wielu wypadkach tak się dzieje. Znam takie przypadki osobiście i Wy też znacie, tylko, że znacie jedynie efekt końcowy, a nie „proces twórczy”.

Jak wspomina Pan wielkie trasy koncertowe, które w dzisiejszych czasach zyskały by ogromny rozgłos. Trasy np. po ZSRR, Mongolii, Kanadzie, Czechosłowacji i całej Europie ? A pobyt w Stanach Zjednoczonych – był Pan już nie tylko gwiazdą w Polsce ale i w USA. Czy jakieś miejsce zapadło Panu w pamięć szczególnie?

– To obszerny temat. W byłym ZSRR byłem na tournee 5 razy, za każdymrazem po 3 miesiące, najczęściej przedłużane o kolejne trzy – taka kiedyś była forma współpracy z rosyjskim Gostkoncertem, bo taki obszar objechać, konieczne było minimum kilka miesięcy. Tak więc gdybym policzył czas mojego pobytu w Azji, wyszłoby około trzech lat.

Zjeździłem cały obszar tego wielkiego kraju od Mińska po Władywostok z Mongolią włącznie, zaliczając różne kultury, klimaty, egzotyczne kraje i ich krańcowo różne zwyczaje. Bywało, że w ciągu jednego dnia wsiadaliśmy do samolotu w kraju, gdzie temperatura wynosiła 30 stopni ciepła, a pod wieczór wysiadaliśmy na lotnisku, gdzie termometry wskazywały minus 25 stopni mrozu.

      Do USA pojechałem na kilkutygodniowy kontrakt, a zostałem tam przez parę lat. Ale na Amerykę wymyśliłem swój sposób: Nie siedziałem tam przez cały czas, skazując się – jak to niektórzy koledzy z branży – na prace poza artystyczne. Kiedy kończył się kontrakt, wyjeżdżałem zapewniając sobie prawo powrotu i jechałem za zarobione pieniądze na swoje „wyspy szczęśliwe” – jak ja je nazywam, czyli do krajów antyku: Grecji, Italii, Egiptu bo to są okolice, gdzie naprawdę jestem szczęśliwy. Po kilku miesiącach wracałem, by zarobić na kolejny wyjazd i tak w kółko.


Edward Hulewicz foto: Beata Starczewska,CC-BY-SA-3.0

Posiada Pan niezwykły głos ale jeszcze coś – coś co ja nazywam „ nerwem muzycznym”. Wspaniałe frazowanie i „feeling” atmosfery… czyli tak po polsku czuje Pan klimat i nastrój chwili. To bardzo rzadka zdolność często udawana przez osoby występujące na scenie. Proszę opowiedzieć o tych momentach gdy do Pana „To” przychodzi?

– „To” nie przychodzi, to – jak kiedyś powiedziała moja przyjaciółka Helena Vondrackowa: „…to se ma, nebo se ne ma”. Muzykalność i swoistą wrażliwość muzyczną ma się z genami, lub jak kto woli jako dar natury, poparte oczywiście wieloma latami pracy i doświadczenia scenicznego. Konieczne jest przed występem, czego uczyli mnie moi nauczyciele – odpowiednie skupienie, co skutecznie praktykuję w ten sposób, że wyłączam się na około godzinę przed koncertem i nie ma do mnie dostępu, co wiedzą i przestrzegają moi współpracownicy.

Jestem Łodzianinem i w moim rodzinnym mieście bardzo pozytywnie wspomina się programy swego czasu produkowane w Łódzkim Ośrodku Telewizji. Był Pan obok Anny Jantar moją ulubioną Gwiazdą. Jak Pan wspomina te programy – może Pan opowie jakieś anegdoty?
Jak wspomina Pan stolicę Polskiego kina – filmu. Łódź przez Jana Machulskiego nazwaną HollyŁódź ?

– Z pewnego szczególnego powodu Łodzi nie wspominam najlepiej, bo jako młody adept sztuki, wymarzyłem sobie zawód artystyczny i po skończeniu liceum pojechałem do łódzkiej filmówki zdawać do szkoły teatralnej. Młody, niedoświadczony i absolutnie zielony, chłopiec z małego miasteczka, bez żadnego poparcia, znajomości, układów, czy stosunków, co jest podstawą w takiej sytuacji, a tu widzę wymakijażowane pannice najczęściej jakieś pociotki znanych aktorów, powiązanych czy to rodzinnie, czy z ich protekcją. Efekt: zdałem, ale… z braku miejsc. I chyba dobrze, bo „poszedłem w muzykę” i bardzo sobie to teraz chwalę.

      Później, jak już Pan wspomniał, wielokrotnie zapraszano mnie do łódzkiej telewizji, a z państwem profesorami z Akademii Teatralnej niejednokrotnie występowałem na różnych scenach, czy zawierałem przyjaźnie. Łódź bardzo lubię, mam tam wielu przyjaciół, często zdarza mi się tam bywać, teraz jest to piękne miasto, a szczególnie reprezentacyjna ulica Piotrkowska.

Spytałem o Łódź a teraz drugie ważne dla mnie miasto – więc pytanie nieco prywatne 🙂 Panie Edwardzie jak kojarzy się Panu Kraków?

– To miasto szczególne, to nasza historia, to Panteon naszych królów. Tak jak Warszawę określiłbym biurem naszego kraju, tak Kraków naszym teatrem, świątynią czy wernisażem.

Czy jest miejsce w Polsce lub na świecie, które szczególnie Pan ukochał?

– Dużym sentymentem darzę miasto mojego dzieciństwa. Kwidzyn to moje gniazdo z którego wyfrunąłem w świat. I wracam nie tylko myślą ale w każde święta do domu rodzinnego, po odpoczynek, po spokój i odcięcie się od kieratu dnia codziennego.

Edward Hulewicz – archiwum Artysty.

Wydaje się być Pan człowiekiem otwartym, pogodnym, pozytywnym – czy nie płaci Pan za to czasem wysokiej ceny? Czy ludzie tego nie
wykorzystują? Został Pan wybrany przez Polaków „Pogodnym Człowiekiem Roku 2020” w plebiscycie Radia Pogoda. Był to dla Polaków trudny rok a Pan zdobył ten tytuł pomimo tego co wydarzyło się 2020.

– Nie wydaję się, tylko nim jestem. Bo jakże może być inaczej, kiedy kocha się życie, świat, ludzi i poza tym uprawia się zawód, który jest jednocześnie moim hobby. To wyróżnienie ogromnie sobie chwalę, bo dokonało się to drogą głosowania i choć jesteśmy w czasach „aresztu domowego”, że o pracy na scenie mowy nie ma, za czym tęsknią nie tylko artyści, ale i publiczność i to oni właśnie głosowali.
      Czy inni to wykorzystują? Raczej nie, bo spotykam się z życzliwością, częstym uśmiechem na ulicy czy pozdrowieniem. Jedynie czasami zdarza się, że tchórze ukryci za anonimowością w Internecie dają upust swojej nijakości, frustracji, że niczego w życiu nie dokonali i boli ich to, że inni do czegoś doszli.

Sukces ostatnich sezonów „Sanatorium Miłości” otworzył kolejne drzwi – a Pan chyba emocjami i swoją energią otwiera każde drzwi do ludzkich serc. Jak Pan podchodzi do tego telewizyjnego projektu. Czy są plany na inne programy w telewizji z udziałem Edwarda Hulewicza ? Wydaje mi się, że Pańska werwa i zmysł do estrady i występów na srebrnym ekranie powinien zostać zagospodarowany ! Pamiętając programy „na żywo” z Pańskim udziałem posiada Pan niezbędne doświadczenie oraz moc przebijania się przez ekran do widzów.

– Wie Pan jak to jest, jak powiada ludowe porzekadło: „Na pstrym koniu pańska łaska jeździ”. Jesteśmy uzależnieni od łaski panów producentów, wydawców, redaktorów itp i najlepiej jest należeć do – jak się to mówi w naszym środowisku czyjejś tzw. „stajni”. Ja nie należę do żadnej, ale mimo to propozycje z którejś ze stacji telewizyjnych nie są rzadkością. Parę dni temu nagrałem półgodzinny materiał do popularnego i lubianego programu rozrywkowego „Top szoł” na kanale Superstacja. O wywiadach do różnego rodzaju kolorowych czasopism już nie wspomnę, bo w paru z nich np. w „Życiu na gorąco” już czeka na wydanie. Serial „Sanatorium miłości”, to tasiemiec, który, jak się zapowiada potrwa jeszcze parę lat i bardzo się z tego cieszę, bo moja piosenka „Bo życie jedno mam” jako muzyczny motyw przewodni serialu rozbrzmiewa, choć we fragmencie na początku każdego odcinka.

Wracając do tematów kinowych to czym było doświadczenie „Rytm Carnaval” w „Wodzireju” Feliksa Falka ? Jak wyglądała praca na planie ?

– Praca w filmie to – przynajmniej w naszej kinematografii, gehenna czekania. Wprawdzie pod tym względem marnotrawienia czasu, sprzętu i pieniędzy nieco się poprawiło, ale moje ówczesne doświadczenie, to zaprzeczenie tego wszystkiego. Już samo zaproszenie mnie do udziału w tym filmem, to tajemnicza do pewnego czasu rozgrywka pewnych wpływowych osób, czego nie rozwinę, bo to nieciekawe, niehonorowe i w ogóle dno.

Ale wracając do planu filmowego, tu bezustanny harmider, bałagan, ciągle czegoś brakuje, nie dowieźli, zabrakło, słowem kolejny przestój. Zdenerwowany reżyser w swym szale twórczym biega wrzeszcząc bezustannie, tworzy nerwową atmosferę, pogłębiając stres wykończonych, siedzących i czekających w napięciu na swoje wejście wykonawców. Makijaże na naszych twarzach pod wpływem gorąca bijącego od potężnych reflektorów powoli rozpływają się tworząc zabawne bruzdy. Makijażystki biegają co chwile nakładając na twarze kolejne warstwy breji, co po pewnym czasie nadaje twarzom nie oczekiwany wdzięk amanta, a przeciwnie zabawnego klauna. Tak więc po wielogodzinnym wyczekiwaniu wychodzi się na swoją kwestię na plan kompletnie wykończony, spocony od powszechnie panującego gorąca, z wymuszonym uśmiechem, na nie swojej twarzy.

W efekcie film okazał się tzw. „pułkownikiem”, to znaczy skazanym przez władze ludowe na wiele lat leżenia na pułkach, bo okazał się zbyt jak na owe czasy śmiałym.

Czy nie miał Pan problemów w związku z pobytem w USA? Chodzi o ówczesną władzę w Polsce? Dla młodzieży są to niezrozumiałe problemy ale niestety nawet Tacy Artyści jak Pan potrafili mieć kuriozalne sytuacje z Polskimi władzami. Czy udało się tego Panu uniknąć? Czy istnieje może jakaś anegdota związana z tą sferą?

– Może oszczędzę tu czytelnikowi opisu masy zabiegów – zdaje się, że przytaczałem już je przy podobnej okazji, poprzedzających to epokowe wydarzenie, kłopotów, załatwiań, biegania po urzędach, biurach paszportowych, wdzięczenia się do urzędniczek, dawania nieodzownych prezentów, czyli całej tej ekwilibrystyki jaką zmuszony jest wyczyniać każdy obywatel PRL-u, mający ambicje bywania za granicą. Całość pierwszego mojego pobytu w Ameryce dość obszernie opisałem w mojej książce, może tylko przytoczę opis moje