Polityka coraz częściej przypomina uliczny bazar. Dużo krzyku, wielkie słowa, półprawdy, manipulacje i przekonanie, że jeśli coś powtórzy się wystarczająco głośno, to w końcu zacznie uchodzić za prawdę. Tyle że czasami wystarczy odłożyć emocje na bok i spojrzeć na fakty. A przede wszystkim na liczby.
Ostatnio Marek Woch, lider Bezpartyjnych Samorządowców, wypowiadał się bardzo krytycznie o środowisku Mateusza Morawieckiego. Padały słowa o „rozłamowcach”, „zdrajcach”, pojawiały się również oceny dotyczące politycznej wybieralności ludzi, którzy zdecydowali się stworzyć własne środowisko.
No dobrze ,każdy może gadać, nawet głupoty. Ale może zamiast kolejnych politycznych etykiet zajrzyjmy do wyników wyborów.
Bo liczby mają jedną paskudną dla polityków właściwość. Nie da się ich zagadać i zagłuszyć potokiem słów.
Mateusz Morawiecki w wyborach do Sejmu w 2023 roku startował w okręgu nr 31, obejmującym Katowice. Otrzymał 117 064 głosów.
Piotr Müller, o którym również pojawiały się podobne oceny dotyczące jego politycznej pozycji, zdobył w tym samym wyborczym rozdaniu 72 813 głosów w okręgu słupskim. Czyli 117 i 72 tysiące.
To nie są lajki pod postem. To są głosy ludzi oddane przy urnach. Te osoby to jedne z ,,lokomotyw wyborczych, które ciągnęły wynik całego PiS.
A teraz spójrzmy na karierę wyborczą Marka Wocha.
W 2013 roku, gdy kandydował na wójta Kąkolewnicy, otrzymał 84 głosy. Rok później było ich 141, a w 2018 roku 170. Słownie: sto siedemdziesiąt.
Oczywiście sam fakt przegranych wyborów nie jest powodem do kpiny, choć się uśmiecham. W demokracji można kandydować i przegrywać. Taki jest jej sens.
Ale jest pewna zasadnicza różnica między przegraną w wyborach a pouczaniem innych o tym, kto jest wybieralny i kto ma mandat społeczny.
Zwłaszcza gdy późniejsze wyniki również pokazują skalę poparcia Wocha. W wyborach prezydenckich w 2025 roku otrzymał w całej Polsce 18 338 głosów, czyli zaledwie 0,09 proc. Kiepsko, nawet bardzo.Ale kiedy Woch
mówi o „rozłamowcach”, inni opowiadają zupełnie inną historię.
Jednym z nich jest Ryszard Terlecki.
Były wicemarszałek Sejmu, wieloletni polityk PiS, dziś związany z Rozwojem Plus, mówi o przyczynach rozpadu dotychczasowego układu wewnątrz PiS zupełnie inaczej niż hejterzy.
Terlecki twierdzi, że połączenie PiS ze środowiskiem Suwerennej Polski doprowadziło do przejęcia przez to środowisko części wizerunku i retoryki PiS.
Powiedział:
„Środowisko Suwerennej Polski dołączyło do PiS-u i w pewnym sensie przejęło wizerunek Prawa i Sprawiedliwości i jego retorykę”.
To jednak nie wszystko.
Według Terleckiego właśnie ta zmiana kierunku była jednym z powodów jego odejścia. Mówił, że nie chciał być w „trzeciej Konfederacji”. Jednocześnie twierdził, że grupa nazywana przez niego „maślarzami” chciała wypchnąć z PiS Mateusza Morawieckiego.
To jest relacja Terleckiego. Jego ocena wydarzeń.
Trudno jednak przejść obok niej obojętnie.
Bo oto z jednej strony słyszymy, że Morawiecki i jego ludzie są „rozłamowcami”.
Z drugiej strony człowiek, który przez lata był jednym z najważniejszych polityków PiS, mówi: chwila, sprawa wyglądała zupełnie inaczej.
Według jego relacji problem zaczął się wcześniej. Jego zdaniem środowisko związane ze Zbigniewem Ziobrą po wejściu do PiS zaczęło prowadzić polityczny spór i ostrą wewnętrzną walkę ze swoimi rywalami. Zamiast im dorównać, to ich zwalczali.A Morawiecki miał zostać wypychany z partii.
Terlecki mówił również, że uważa Morawieckiego za najpoważniejszego polityka po Jarosławie Kaczyńskim.
I nagle mamy więc dwie zupełnie różne opowieści o tym samym wydarzeniu.
W jednej są „rozłamowcy”, którzy mieli odejść i stworzyć własne środowisko.
W drugiej są ludzie, którzy twierdzą, że wcześniej sami zostali wypchnięci z partii, a jednym ze źródeł konfliktu było wejście do PiS środowiska Ziobry i jego wpływ na kierunek partii.
Gdzie leży prawda?
A może właściwsze jest jeszcze inne pytanie.
Czy w polityce ważniejsze od rzeczywistych wyników wyborczych stają się dzisiaj etykiety, którymi politycy opisują swoich przeciwników?
Bo można powiedzieć „rozłamowcy”.
Można powiedzieć „ziobryści”.
Można powiedzieć „przejęcie PiS”.
Można powiedzieć właściwie wszystko.
Tylko że na końcu, prędzej czy później, przychodzą wyborcy.
I wtedy polityczne opowieści zderzają się z liczbami.
A liczby, w przeciwieństwie do polityków, nie potrzebują konferencji prasowej, żeby powiedzieć, ile naprawdę znaczą i jaka jest ich waga.
A teraz mała polityczna prowokacja
Co będzie, jeżeli okaże się, że Rozwój Plus w przyszłych wyborach osiągnie wynik lepszy od PiS?
Co wtedy powiedzą ci, którzy dzisiaj nazywają ludzi Morawieckiego „rozłamowcami”?
Czy może wtedy zmieni się również język i opowieść o tym, kto miał rację?
Oczywiście nie wiemy, jaki będzie wynik przyszłych wyborów. I właśnie dlatego to pytanie jest ciekawe.
Bo polityka ma jedną piękną cechę: ostatecznie to nie komentatorzy, nie politycy i nie telewizyjne studia wystawiają rachunek.
Wystawiają go wyborcy.
A wtedy wszystkie dzisiejsze narracje zostaną skonfrontowane z jedną rzeczą, której nie da się zagadać.Z wynikiem wyborów.
Zostaw komentarz