Chińska ofensywa samochodowa w Polsce. Rok 2024 będzie można uznać za przełomowy – chińskie pojazdy wychodzą z niszy rynkowych „ciekawostek”. Zaproponowana oferta wydaje się bardzo interesująca biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny – są to bowiem samochody adresowane do mniej zamożnej części społeczeństwa, która było ostatnio właściwie pozbawiona wyboru.

Oczywiście – dopiero czas pokaże, na ile chińskie samochody są trwałe oraz jaki poziom serwisu i dostępności części zamiennych ich producenci są w stanie zaoferować, ale – pierwsze koty za płoty.

Mam znajomych, którzy denerwują się, że Izera jest projektem opartym o chińską platformę, ale ja tych obaw nie podzielam. To nie Polska doprowadziła do wzrostu Chin do poziomu potęgi śmiało konkurującej z markami zachodnimi. To nie Polska lokowała w Chinach najnowsze technologie wytwórcze i to nie Polska sprzedała im swoich przemysłowych liderów – zrobili to Niemcy, Amerykanie, Francuzi i Anglicy.

Kiedy Niemcy sprzedali w 2016 r. Chińczykom prawdziwego potentata w sektorze robotów przemysłowych, firmę Kuka, było już pozamiatane – roboty tej firmy, to podstawa, na której stoi współczesnych przemysł samochodowy. Było już wyłącznie kwestią czasu, kiedy dysponujące tą technologią Chiny rozbudują własne moce wytwórcze w standardzie nie odbiegającym od tego, co mają do zaoferowania firmy zachodnie. Wylewanie dziś łez, że tanie chińskie marki „zabijają” europejski przemysł samochodowy wydaje mi się w tej sytuacji żenujące. Elity krajów Zachodu przez długie dekady bez skrupułów wykorzystywały możliwości handlu z Chinami kompletnie ignorując coraz wyraźnie rysujące się zagrożenia. Zachowywały się tak, jakby chciały równocześnie zjeść ciastko, ale nadal je mieć. A teraz jest larum i pretensje co poniektórych do Izery.

Sorry Gregory – Polska nie jest i jeszcze długo nie będzie graczem, który ma wpływ na procesy globalne. Najmądrzejsze, co można w naszej sytuacji robić, to oportunistycznie „łapać się” na każdą możliwą okazję, która daje kasę i zatrudnienie.

Z resztą – prasa donosi, że z zamiarem zakupu chińskiej platformy samochodów elektrycznych nosi się nie kto inny, ale sama Grupa Volkswagena a konkretnie Audi. Niemcy rozmawiają z Chińczykami o kupnie chińskiej firmy IM Motors wraz z prawami do marki L7, gdyż sami mają problemy z opracowaniem własnej, konkurencyjnej na chińskim rynku oferty.

Platforma, to jak gdyby koncepcja konstrukcyjna pozwalająca na montowanie kluczowych elementów pojazdu w ustandaryzowany sposób, co pozwala producentom skupić się na wyposażeniu i kwestiach estetycznych już bez kłopotania się o to, jak zamontować silnik, skrzynię biegów resory, kolumnę kierownicy, baterię i inne tego typu moduły. Współczesne platformy są tak sprytnie pomyślane, że pozwalają nawet na wydłużanie/skracanie pojazdu w określonych granicach, dzięki czemu na bazie jednej platformy można produkować kilka nieco różniących się wymiarami modeli.

Jeśli zatem do transakcji dojdzie – chińska platforma stanie się szybko podstawą oferty niemieckich samochodów z tego segmentu także na rynku europejskim – wynika to z prostego rachunku kosztów. A zatem – skoro Niemcy nie mają oporów przed współpracą z Chinami, to dlaczego znacznie od nich gospodarczo mniejsza Polska miałaby się wahać? Chiński dżin został już wypuszczony z butelki ponownie w niej zamknąć raczej go się nie da. Pozostaje dostosować się lub podzielić świat na izolowane strefy wpływów. O tym ostatnim to nie Polska będzie decydować – decyzje musiałyby zapaść w dużo większym gronie a póki co na to się nie zanosi. Skoro tak – nie musimy się tym, póki co, kłopotać.

Czytaj więcej.