Jakiś Włoch wymyślił maseczkę, która zmienia kolor, gdy jest nazbyt używana.
Z pewnością to rozwiązanie przydałoby się w Polsce. Będąc w miejscach publicznych zauważam, że ludzie przed wejściem do nich szukają gorączkowo po kieszeniach ubrania, w torbach i torebkach kagańca na twarz. I skądś go wyciągają. I wygląda jak w tej piosence: brudny, niedomyty, pełen pyłu i nawet resztek jedzenia. I wkładają na twarz.
Pomijając ewidentne zagrożenie bakteryjne takiego kagańca, bo przecież z wydychanym powietrzem coś na tych maseczkach jednak zostaje – OD ŚRODKA (DLA NIEWIEDZĄCYCH PRZYPOMINAM – każdy wirus jest co najmniej 10 do 100 razy mniejszy od bakterii). I to „coś” podlega jakimś biologicznym, chemicznym reakcjom – najczęściej jednak niekorzystnym dla człowieka – o czym świadczy choćby jakiś nieprzyjemny z tego zapach.
Ale jednak ludzie wciągają „to” na twarz: bo tak każe władza, nie chcą się z nadgorliwymi stróżami prawa użerać i nie chcą się też kłócić z osobami wypełniającymi ten bezmyślny obowiązek. Spróbuj tylko nie „wdziać” tego kagańca na twarz w miejscu publicznym – co najwyżej spotka cię odraza i uśmiech politowania.
Dlatego pomysł tego Włocha – o ile wejdzie w życie – uważam za bardzo skuteczny dla wyeliminowania „maseczkowego” obowiązku. Bo jak się okaże, że trzeba będzie co najmniej 10 razy dziennie ubierać te maseczki, to uderzy to mocno po kieszeniach ludzi.
By było jasne. Nie jestem przeciwnikiem zakładania maseczek na twarz – zwłaszcza w okresie grzewczym w Wadowicach i innych miastach. Pył zawieszony, którego niemal widać gołym okiem jest o wiele większy niż wirusy i z pewnością maseczki tu się przydają. Świadczy o tym choćby zmiana koloru maseczki – OD ZEWNĄTRZ.
No i na koniec jeszcze jeden maseczkowy problem. Tym razem z USA. Naukowcy (???) kiedyś zajmowali się wyimaginowanymi problemami i się z nich z tego powodu wyśmiewano. Dziś w przypadku koronawirusa liczba takich ustaleń jest równie wielka jak tych mówiących o „piórku anioła”, który przyśnił się świętemu Jozefowi).
Tym razem amerykańscy uznali, że noszenie maseczki umożliwia skrócenie dystansu społecznego. Czy to oznacza wg ich logiki, że koronawirus stał się cięższy po przejściu przez maseczkę i już nie leci dalej, tylko upada po przebyciu odległości dajmy na to 50 cm?? Ale co gorsza – z tej logiki może wynikać, że nadal on pozostaje w ciele osoby wydychającej.
Autor: dr hab. Józef Brynkus, prof. UP Kraków
Pracownik Katedry Edukacji Historycznej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Pochodzi z rodu górali podhalańskich i orawskich. Polski historyk i nauczyciel akademicki, profesor UP Kraków, poseł na Sejm VIII kadencji.
pelna zgodnosc, z tym idiotyzmem trzeba walczyc dla dobra naszych dzierci.