We wczesnych latach 90. ubiegłego stulecia zdobyłem patent młodszego ratownika, a następnie ratownika wodnego. W tym drugim przypadku pojawiła się przeszkoda formalna polegająca na tym, że teoretycznie powinienem był zyskać inny patent związany z wodą. A że od Cieszyna do najbliższego dużego akwenu było na tyle daleko, że po zjedzeniu bułki, człowiek robił się głodny w połowie drogi, skończyło się na wiosłowaniu w oczku wodnym u jednego zaprzyjaźnionego członka WOPR. Oczko wodne było może dwa razy większe od samej łódki. To tak jakby pić wódkę z naparstka przez cały wieczór i się nie upić, bo trzeźwienie jest szybsze od upajania. Ale dało to podstawę do zaliczenia.
Jako ratownik wodny miałem władzę nad młodszymi ratownikami. Tylko nie wiem po co. Na kąpielisku przy Alei Łyska pracowała nas czwórka. Gdy zaczynałem, za tzw. starego basenu była przepiękna skocznia: 3, 5 i 10 metrowa. Ta dziesiątka była ostatecznie jedenastką. Zmierzyliśmy sznurkiem. W niecce basenu była zielono-szara breja udająca wodę. Ludzie jednak nie narzekali, bo po wyjściu z niej można było wziąć prysznic.
Władza ratownika wodnego WOPR objawiała się głównie w tym, że to on decydował kto może wejść na 10 m i skoczyć. Gdy takowy otrzymał moje zezwolenie wchodził na wieżę, a ja długim gwizdem wstrzymywałem ruch na skoczniami 3 i 5 m. I wtedy wszyscy gapili się na tego, który skacze z zapytaniem czy wypłynie. Z zasady wypływał.
Gospodarzem basenu, który tam mieszkał była Pan Józek. Dużo pił, ale nie dziwię mu się. Mieć na karku taki wielki akwen i być trzeźwym niepodobna. Józek jak dostawał cynk, że Sanepid jedzie miał w zapasie taką dużą beczkę z jakąś chemią. Gdy ją wylewał do basenu to zielono-szara breja przeistaczała się w krystalicznie czystą wodę, a cały szlam spoczywał na dnie. Józek miał swój system dawkowania tej substancji. Przechylał beczkę i liczył tzw. gul-gule. Dwadzieścia na duży basen, dwanaście na mały.
Na basenie, tuż obok niecki basenu rosła choinka. Naliczyłem chyba z dwadzieścia osób, które dosiadały się do nas i twierdziły, że to on/a posadzili to drzewo w latach sześćdziesiątych. Ostatecznie nie wiem, kto naprawdę je posadził, a może wyrosło jako samosiejka?
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz