Tato był zapalonym wędkarzem. Z tego co pamiętam, jak przez mgłę, prowadził jakąś sekcję młodzieżową Polskiego Związku Wędkarskiego w Cieszynie na Gułdowach. Zabierał mnie czasem ze sobą na łowienie ryb. Z początku na Gułdowy i na taki śmieszny zbiornik na granicy między Cieszynem a Puńcowem, na której stała stara, jeszcze z czasów austriackich knajpa „Pod Dębem” (z kręgielnią w starym stylu!). Tam chyba w ogóle nie było ryb, a jak były to jakieś takie słabe, ale była właśnie ta knajpa z wielkim ogródkiem. Tam po nieudanych łowach zbierali się wędkarze i świętowali to, co ułowili. W tym ogródku było za to mnóstwo ślimaków-winniczków. Zbierałem je dla zabawy w jedno miejsce, w czasie gdy tatko konsumował kolejny kufel piwa. Byłem takim – można powiedzieć – organizatorem ślimaczej zbiórki. Pewnego razu jeden nauczyciel z technikum rolniczego powiedział mi, że we Francji za ten zbiór otrzymałbym tyle pieniędzy, że mógłbym za nie kupić trzy resoraki w Pewexie. To przez lata pobudzało moją wyobraźnię. Razem z siostrą Alicja obliczaliśmy, ile miesięcznie moglibyśmy zarobić zbierając ślimaki w Cieszynie i wysyłając je nie wiadomo jakim sposobem do Francji.
Potem jeździliśmy już na Gułdowy, bo z tego zbiornika ostatecznie spuszczono wodę. Knajpa „Pod Dębem” też zresztą podupadła jak niemal wszystko w połowie lat 90. XX wieku. Przestała działać kręgielnia. Po raz pierwszy od 150 lat. Na Gułdowach, takim zadupiu między Cieszynem a Bażanowicami, były dwa stawy. Tato wręczył mi wówczas wędkę koloru brunatnego i nauczywszy mnie wcześniej zarzucać, stał przy mnie aż coś złapię. Nie musiał długo czekać, bo po ok. minucie nawinął mi się średniej wielkości karp. Początkowo podejrzewałem Tatę o wyreżyserowanie tej sytuacji, ale to chyba byłoby dość trudne. Nie mogłem zasnąć tamtego dnia, tak bardzo byłem podniecony złapaniem pierwszej wielkiej ryby! Kilkadziesiąt godzin wcześniej razem z Tatą ok. godz. 5 nad ranem szukaliśmy w ogródku przy internacie, gdzie był kierownikiem, dżdżownic. Tato twierdził, że te tzw. rosówki, czyli dżdżownice wychodzące z ziemi o świcie najlepiej smakują karpiom. To była prawda. Tato w wielu tematach miał rację.
Kilka lat później pojechaliśmy białym dużym fiatem 125p, Tatko, ja i dwóch jego kolegów, na stawy do legendarnej Pruchnej. Tam podobno ryby fruwały zamiast ptaków w powietrzu. Takiich był wielki rój, że nie mieścił się w wodzie. Prawdziwe rybie zagłębie. Już po niespełna godzinie złapałem pięknego dużego lina. Do tej pory mam jego obraz w pamięci bo mienił się on tysiącem barw, był najbardziej kolorową rybą jaką kiedykolwiek w życiu widziałem. To było jak sen, długo nie mogłem w to uwierzyć, tak piękna była to ryba. Jak wracaliśmy z Pruchnej do Cieszyna, to biały fiat wpadł do rowu. Wówczas to pierwszy raz w życiu przeżyłem wypadek drogowy. Rów był głęboki, więc dwa razy się obróciliśmy. Potem okazało się, że kierowca nie wytrzymał napięcia w czasie połowu ryb i resetował się alkoholem, który walnie przyczynił się do jego odwagi w prowadzeniu pojazdu mechanicznego. W życiu różnie bywa.
Nie zniechęcony do połowy ryb, jakiś czas potem pojechałem rowerem na Gułdowy i zakupiwszy sobie wcześniej w sklepie wędkarskim podbierak, zająłem strategiczną pozycję na przerębli między dwoma stawami w czasie gdy opuszczano wodę w obydwu akwenach. Ułowiłem wówczas w ciągu niespełna godziny chyba z dziesięć karpi. Byłem z siebie dumny dopóki jakiś nieznany mi facet złapał mnie za szyję i powłóczywszy mnie do leżącego obok roweru powiedział: ty gnojku jeden, gdyby nie twój tato, to zlałbym ci skórę tak, abyś do końca życia pamiętał, że nie kradnie się ryb. Osobiście nie odbierałem tego w kategoriach kradzieży, ale on tak…
W późniejszym czasie zaniechałem już łowienia ryb. Ale ten piękny lin wciąż pozostaje w mojej pamięci.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz