Wywiad z byłym wiceministerem obrony narodowej, działaczem opozycji antykomunistycznej, którego próbowano zniszczyć w III RP przy pomocy służb i prokuratury jest w obecnej sytuacji szczególnie aktualny. – „O polskim wymiarze sprawiedliwości, sprawach ciągnących się przed sądami przez długie lata, prokuraturze działającej na zlecenie i o tym, jak łatwo jest zniszczyć człowieka” – mówi prof. Romuald Szeremietiew w rozmowie z Dorotą Kowalską. – „W PRL skazano mnie na 5 lat więzienia za „obalanie ustroju. W III RP chciano mnie skazać na 10 lat więzienia za korupcję. W Polsce po 1989 roku te same wyroki/orzeczenia sądów są chwalone lub potępiane zależnie od tego do jakiego walczącego obozu politycznego przynależy dany podsądny. Wymiar sprawiedliwości w III RP jest czymś w rodzaju rosyjskiej ruletki” – podkreśla były wiceminister obrony narodowej.

Wywiad dla POLSKA THE TIMES z 26 MAJA 2014 roku, ale jakże dzisiaj aktualny.

Dorota Kowalska: Czuje się Pan przegrany?
Romuald Szeremietiew: Nie.

Pokrzywdzony?
To złe słowo. Takie żałosne.

To jakie jest dobre słowo?
Chyba raczej doświadczony, ciężko doświadczony. Tak bym powiedział. Byłem też w życiu doświadczany wielokroć, na różne sposoby. Ojca zabrali mi Sowieci, gdy miałem dwa tygodnie, wychowałem się bez niego. To bardzo ciężkie doświadczenie dla dziecka. Dalej była kwestia znalezienia swojego miejsca w PRL, a więc sprawa studiów, w ogóle nauki – nie wszystko było proste i jasne. W nietypowych trudnych warunkach zdobywałem stopnie naukowe. Obok tego doświadczenie związane z działalnością niezależną w Polsce Ludowej: represje, „zwiedzanie” aresztów milicyjnych, przesłuchania przez SB, proces i kilkuletni pobyt w więzieniu. Kolejnym doświadczeniem była praca na stanowiskach ministerialnych w MON. Wreszcie pamiętne oskarżenia, najpierw w mediach, a potem przez prokuraturę, o korupcję. W PRL skazano mnie na 5 lat więzienia za „obalanie ustroju”.

Miał Pan świadomość, to 13 lat temu, że tak łatwo zniszczyć człowieka?
To nie jest nic nowego. Od zawsze tak było, że ludzi niewygodnych zwalczano, także za pomocą kłamstw i paszkwili. Tyle tylko, że dziś siła rażenia kłamstwa nagłośnionego medialnie jest druzgocąca. Jeśli jednak coś mnie zaskoczyło, to rozmach kampanii prowadzonej przeciwko mnie. Dziwiło mnie, że media bezkrytycznie publikują jakieś niesprawdzone plotki, uznają mnie winnym. Człowiek sam wie najlepiej, czy złego coś zrobił, czy też nie. Wiedziałem, że jestem niewinny.

Mówi Pan o kłamstwach i paszkwilach, sam tworzył Pan wtedy klasę polityczną…
…nie miałem w tym żadnego udziału. Należałem od lat do tak zwanych oszołomów, którzy nie akceptowali rozwiązań okrągłostołowych, czyli nie ja tworzyłem ową klasę polityczną.

Ale był Pan w polityce!
Tak, byłem i miałem świadomość, że w polityce często dzieją się też brzydkie rzeczy.

I godził się Pan na to?
Co miałbym zrobić? Krytykowałem zawsze patologie, ale od objęcia stanowiska w MON w 1997 roku modernizowałem armię, usprawniałem system zakupów uzbrojenia, budowałem wojska obrony terytorialnej. Nie miałem czasu na zajmowanie się, kto i komu robi coś brzydkiego.

A słyszał Pan o konkretnych spiskach? Albo o sytuacjach, kiedy politycy naciskali na wymiar sprawiedliwości?
O konkretnych przypadkach nacisków na sądy nie słyszałem. Ale zdawałem sobie sprawę, że takie sytuacje mogą mieć miejsce i zapewne miały.

Musiało zaboleć: minister z tak piękną kartą, a tu nagle oskarżenia o korupcję!
Fałszywy hańbiący zarzut postawiony publicznie musi boleć. A biorąc pod uwagę, co w życiu robiłem, oskarżenie popełnienia jakiegoś takiego szmatławego przestępstwa, bo przecież zarzucano mi, że za tanio kupiłem samochód, bolało jeszcze bardziej. Ta żałosna bzdura przekreślała cały mój życiowy dorobek. Byłem tuż po uzyskaniu stopnia doktora habilitowanego nauk wojskowych, a więc jeśli idzie o kwalifikacje, nie miałem wśród polityków zajmujących się wojskiem równego sobie. Do dziś nie było wśród cywilnych ministrów obrony nikogo z moimi kwalifikacjami. Miałem plany i wizję budowania obronności, modernizacji i rozbudowy armii.

I nagle, w najmniej spodziewanym momencie – koniec kariery!
Można by nawet powiedzieć – haniebny koniec! Sam zawsze twierdziłem, że sprawy bezpieczeństwa narodowego trzeba wyjmować z politycznych kontekstów. Dlatego przychodząc do MON, uważałem, że nie powinienem angażować się w polityczne spory i nie powinienem prowadzić politycznych gier, jako minister obrony powinienem trzymać się od tego z daleka. Mówiłem, że jak się mieszka w domu, to bez względu na to, czy się lubi sąsiada zza ściany, czy nie, kiedy dach przecieknie, będzie się lało na głowę i jemu, i mnie. Mówiłem kolegom: zajmuję się tym dachem i dajcie mi spokój z waszymi sporami. Wszystkim nam powinno przecież zależeć, aby Polska miała silną armię i była bezpieczna. I w tej sytuacji nagle dostałem pałką po głowie!

Wkurzył się Pan? Załamał? A może wstąpił w Pana duch walki?
Nie zamierzałem kapitulować, ale walczyć też było ciężko. Nagle dookoła zrobiła się próżnia. Byłem znajomym wszystkich z tzw. świecznika, np. Dorna, Grasia, Jurka, Kaczyńskiego, Kwaśniewskiego, Millera, Niesiołowskiego, Pawlaka, Tuska. Przez fakt, że byłem w rządzie, w Sejmie, w polityce w sposób naturalny powstały te znajomości. I oto ukazuje się artykuł w gazecie, a znajomi wyparowują. Dzwonię do kogoś, a telefon prywatny nie odpowiada, jego sekretarka mówi, że szef właśnie wyszedł i że oddzwoni. Już wiem, że nie oddzwoni.

Ale chyba nie był Pan zaskoczony?

W żadnym wypadku. Wiem, że w życiu ma się przyjaciół i ma się koniunkturalnych przyjaciół, czyli takich, którzy przyjaciół udają. A jak się straci pozycję, wpływy, to „przyjaźń” się kończy. Tak było zawsze. Takie jest życie. Tyle tylko, że z niektórymi z tych znajomych wydawało mi się, że byłem naprawdę zaprzyjaźniony i okazało się, że ta przyjaźń nie wytrzymała tej próby. Ale były też zaskoczenia w drugą stronę – moi byli wojskowi podwładni nie odwrócili się. Wszyscy nadal utrzymywali ze mną kontakt, nawet narażając się nowym przełożonym w MON.

Żaden z Pana kolegów polityków nie zadzwonił?

Zapewne wielu uwierzyło, że gazeta podała prawdę. Była to zresztą nowa sytuacja. Chyba pierwszy raz odkryto taką „wielką korupcję”. Potem mieliśmy różne afery, z najważniejszą Rywina, ale w 2001 roku to była pierwsza taka sytuacja: ukazuje się wielki tekst, znane nazwisko, afera „największa w historii MON”. Nie wiadomo, co strasznego jeszcze się ujawni. Pojawiła się opinia, że jestem tzw. silną osobą, a minister obrony nie był w stanie mnie, wiceministra, kontrolować. Sugerowano nawet, że tak naprawdę to ja kierowałem resortem. Byłem uznawany za mocno trzymającego podporządkowany pion MON. W ciągu kilku lat rzeczywiście wypracowałem sytuację, w której na stanowiskach w podległych mi departamentach pracowali profesjonalni ludzie. Miałem do nich pełne zaufanie. Pojawiały się nawet bezskuteczne próby wyjmowania mi tych osób. Mogło więc istnieć przekonanie, że stworzyłem jakieś własne imperium w resorcie i robiłem tam nie wiadomo co, a teraz minister jako przełożony będzie za to odpowiadał. Wystraszył się też premier Buzek, który mnie na stanowisko powoływał. Więc skoro była taka afera, to lepiej było nie obnosić się ze znajomością z aferzystą. W każdym razie polityczni znajomi nie dzwonili z wyrazami wsparcia.

Było Panu przykro z tego powodu?

Dlaczego miałoby być przykro? Nie, to nie te kategorie.

A jakie?

Była złość, że tak niewiele trzeba, aby człowieka zniszczyć. Strasznie mało. Było rozczarowanie, bo swoim życiem dowiodłem, że nie mam tzw. lepkich rąk, nie zabiegałem o własne korzyści, a wystarczył jeden oskarżycielski artykuł, aby tak wielu uznało mnie za winnego. Słyszałem nawet opinie: „Szeremietiew spaprał sobie taki piękny życiorys”. Miałem też bardzo trudny moment, gdy 10 listopada 2001 roku dowiedziałem się, że na polecenie, jak mi powiedziano, Leszka Millera, który był już premierem, prokuratura rozpoczęła śledztwo przeciwko mnie – wcześniej było w sprawie. A 11 listopada zawsze na domu wywieszamy flagę narodową. Miałem wiec problem: wywieszać czy nie? To jeszcze moja Polska czy już nie?

I co Panu wyszło?

Wywiesiliśmy flagę. Ale musiałem stoczyć z samym sobą wewnętrzną walkę.

I wciąż się Pan nie poddawał?

No nie. Przez pewien czas zresztą myślałem, że wszystko pójdzie szybko. Bo jakiż to problem sprawdzić, ile jest wart mój samochód, jeśli taki zarzut się pojawia. Bierzemy eksperta od samochodów, on go wycenia i mamy czarno na białym – czy zapłaciłem tyle, ile trzeba, czy nie. Poza tym wydawało mi się, że w interesie państwa polskiego jest, aby sprawę szybko wyjaśnić. Poszedł sygnał o skorumpowanym ministrze nie tylko do polskiego społeczeństwa, ale i w świat. Z racji zajmowanego stanowiska w resorcie obrony pełniłem też pewne funkcje w NATO. W strukturze sojuszu zajmującej się uzbrojeniem i infrastrukturą byłem jednym z narodowych dyrektorów ds. uzbrojenia. Uczestniczyłem w bardzo ważnych naradach. Znałem informacje najwyższego stopnia tajności. I naraz koledzy z NATO dowiadują się, że jestem przestępcą. Uważałem więc, że w interesie państwa jest zrobić wszystko, aby sprawę pilnie wyjaśnić. Żonie mówiłem: „Nie martw się, pół roku i będzie po wszystkim”.

Martwiła się prawie dziewięć lat, bo prawie dekadę biegał Pan po sądach!

Rozpoczęto zdaje się dwadzieścia parę śledztw w związku z korupcją w MON. Wszystkie one zostały umorzone ze względu na brak dowodów na popełnienie przestępstwa. Natomiast w dwóch przypisano mi przestępstwo i skierowano akty oskarżenia. W obu tych sprawach po latach okazało się, że byłem niewinny. Ale zanim to się stało, kilka lat trwało śledztwo. Potem akta sprawy długo leżały w sądach. A następnie toczył się niespieszny proces: dwóch świadków na miesiąc, a kilkudziesięciu było zgłoszonych przez prokuraturę. W trakcie procesu pani sędzia poszła na urlop macierzyński. Ogłoszono przerwę. Bałem się nawet, że wznowiony proces będzie się toczył od początku. Ale ktoś poszedł po rozum do głowy. Pani sędzia wróciła i proces ruszył bez wznawiania postępowania od początku. Wszystko to jednak trwało wiele lat. Straciłem bezpowrotnie najlepszy zawodowo okres w moim życiu. Miałem doświadczenie, zdobyłem kompetencje, mogłem wiele zrobić w sprawach obronnych, a znalazłem się na aucie.

Zostańmy jednak chwilę przy wymiarze sprawiedliwości: jak Pan ocenia prokuratorów, z którymi się Pan spotkał?

Poza nielicznymi wyjątkami byli to ludzie co najmniej bez wyobraźni. Jeżeli nie tacy, co wprost wykonują czyjeś polecenia. Na przykład kluczowy element zarzutu korupcyjnego jeden z prokuratorów prowadzących śledztwo uznał za nieprawdziwy. Wówczas jego przełożony odwołał go ze śledztwa. Następnie powołał innego prokuratora i zarzut przywrócono. A w sądzie okazało się, że był nieprawdziwy. Co mam myśleć o prokuraturze?

Ale wielokrotnie rozmawiał Pan z prokuratorami. Miał Pan wrażenie, że naprzeciwko siedzą osoby, które Pana słuchają?

Miałem wrażenie, że naprzeciwko mnie siedzą osoby, które są pod jakimś przymusem.

To znaczy?

To znaczy, że mimo wszystko muszą stworzyć akt oskarżenia.

Nawet na siłę?

Tak. Czasami wyczuwałem sympatię, tak jakby prokurator czuł, że nie siedzi przed nim łobuz, może człowiek, który popełnił jakiś błąd, ale nie przestępca. Nie miało to jednak większego znaczenia w toczącym się postępowaniu.

Miał Pan przekonanie, że prokuratura działa na zlecenie?

Tak, jestem przekonany, że w moim przypadku działała na zlecenie.

Polityczne?

Ludzie wydający takie zlecenie musieli mieć wysokie umocowania polityczne. Odwołanie mnie ze stanowiska miało miejsce w bardzo konkretnej, specyficznej sytuacji: przeprowadzaliśmy w MON wielkie przetargi i ja za to odpowiadałem. Było wiadome, że te przetargi potrafię przeprowadzić. Komuś bardzo zależało, żebym ich nie robił.

Czyli, Pana zdaniem, prokuratura ulega naciskom?

W mojej sprawie na pewno. Nic przecież nie stało na przeszkodzie, aby ustalić prawdę na etapie postępowania prokuratorskiego. Urząd skarbowy w stosunkowo krótkim czasie stwierdził, że dysponowałem legalnymi dochodami. Innymi słowy, to co zrobił sąd na rozprawie, mogła z łatwością wcześniej ustalić prokuratura. Nie trzeba nadzwyczajnej przenikliwości, aby odpowiedzieć sobie, czemu tego nie zrobiła. Wówczas nie byłoby przecież żadnych procesów sądowych.

Ile Pan wydał na adwokatów?

Trochę wydałem…

Trochę to ile? Tysiące złotych. Równowartość niezłego samochodu?

Bez wątpienia kupiłbym za to samochód. Szczęśliwie bronił mnie mecenas, mój przyjaciel. On wkładał w moją obronę całe serce, nie pytając, ile zapłacę. Płaciłem tylko minimalne koszty związane z jego pracą. To jednak trwało kilka lat, więc trochę się uzbierało.

Gdyby musiał Pan płacić normalne stawki…

To miałbym finansowo bardzo trudną sytuację.

A sąd? Już Pan tłumaczył, czemu to trwało tak długo, ale dziewięć lat postępowania, to nie do pomyślenia w cywilizowanym świecie.

Wyglądało, że sądy grają na zwłokę. Im dłużej trwało to postępowanie, tym bardziej było prawdopodobne, że zarzuty mogą się przedawnić. Wtedy moi wrogowie mogliby mówić: „Był winien, ale udało mu się!”. Domagałem się, żeby przyśpieszyć postępowanie. Pisałem monity do ministra, odpisywano, że minister nie może niczego sądowi nakazać. Pisałem do prezesa sądu, odpisywał, że taki jest harmonogram posiedzeń sądu. Inna rzecz: „najpoważniejszą aferę korupcyjną” rozpatrywała pani asesor z sądu rejonowego. Plus dwie panie ławniczki. Skład orzekający w miarę trwania procesu nabierał przekonania, że jestem niewinny, ale zanim do tego doszło, minęło wiele czasu.

Poddaje Pan w wątpliwość pojęcie niezawisłości sądu?

Mam tu pewne podejrzenie. Wyrok, który zapadł, uniewinniał mnie od wszystkich, poza jednym, zarzutów. Pani sędzia uznała, że byłem winien złamania ustawy o ochronie informacji niejawnych, ponieważ mój współpracownik nie miał ważnego dopuszczenia do tajnych dokumentów. Wyjaśniałem sądowi, że to nie było w zakresie moich obowiązków. Za to odpowiadały służby podlegające bezpośrednio ministrowi obrony, nie mnie. Ale mimo to sąd skazał mnie na 3 tys. zł grzywny za to „niedopilnowanie”. Odwołałem się od wyroku, odwołanie rozpatrywał inny sędzia – stwierdził, że mam rację, i mnie uni