Pociąg spóźniony 40 minut, czekamy…, czekamy…, oczywiście na stojąco, bo dworce polskie chroniąc pasażerów przed żulią polikwidowały… ławki dla podróżnych na peronach (sic!). 2 minuty po komunikacie o spóźnieniu – następny komunikat, pociąg spóźniony jednak tylko o 10 minut, czyli jest jakieś paliwo turborakietowe na stanie – 30 minut nadrobionych w 2 minuty, rewelacyjny wynik… Wigor niczym po 2ch zgrzewach Tygrysa, adrenalina rośnie…

Właśnie wyświetla się miły sercu komunikat, że wjeżdża na peron nasz dyliżans ukochany. Lud siłą rzeczy oczekujący w zniecierpliwieniu, rzuca się do przodu, w nadziei na rychłą akomodację. Kłębi, przepycha, przewala, miażdzy i turbuje. Wjeżdża pociąg… ale na Okęcie, więc do Miejscowości A to on dojedzie, ale via samolot chyba, część obcokrajowców wsiada… my ich stamtąd wyciągamy (ten polski romantyzm i poczucie solidarności w szkodzie), totalna dezorientacja… pociąg jeszcze przed chwilą przyspieszał, jak afrykańskie biegaczki o urodzie i hormonach facetów, czyli powinien właśnie mijać Byss w nadświetlnej… A tu nadchodzi grube rozczarowanie.

Uwaga! Jak możemy się domyślać, zabrakło paliwa bo pojawił się komunikat, że jednak żelazny smok spóźni się o 40 minut – i to wszystko, te zmiany, ot na przestrzeni 6 minut, jesteśmy wściekli… ale jest i katharsis, na sąsiedni peron dumnie wjeżdża pociąg spóźniony 6,5h… do tej samej miejscowości co nasz, czyli do A… czujemy się wyraźnie i po polsku lepsi, ale nie, to jednak nie ten, to dzika strzała do Łodzi, tamten właściwy i anonsowany na tablicy przyjedzie za kolejne 20 minut… ludzie kłębią się zdezorientowani, zerowa pomoc służb kolejowych, sprzeczne komunikaty mechanicznej Ivony w wersji pitu pitu 200x alfa beta gamma psi wyśpiewującej swe ptasie trele morele.

W końcu przybywa, upragniony… Ale ten na sąsiedni peron, biegnę… pytam, czy na bilet, na nasz bilet, w końcu późniejszy – przejechałbym do A… kolejarz mówi, i owszem, bo jest masę miejsc, w związku z jego 7h spóźnieniem, ale muszę to zrobić natychmiast, bo oni już odjeżdżają, biegnę z powrotem na sąsiedni peron, z żoną uzgadniamy, że z koncertowymi betami, nie zdążymy teleportować się między peronami, zwłaszcza, że tamten pojazd już zamknięty…
Ale nie, jednak czeka jeszcze 10 minut, po czym odjeżdża… nasz szczęśliwie spóźniony tylko 50 minut… pełne katharsis, bo mógł jak poprzednik – całe 7h…

W końcu wsiadamy… sprawdzamy na stronie komunikującej opóźnienia pociągów… ponoć ma nadrobić na trasie 37 minut… czyli spóźni się pewnie o jakąś godzinę i naście., dziesiąt minut… 

Polskie drogi… tzn. drogi – to był tylko bilet… i żona studiująca partytury na dworcu, a właściwie jej widok drogi… Haendel… bądź tu człowieku tranquillo przy Xerxesie.

Autor: Miłosz A. Lodowski
Urodzony w czasach późnego Gierka. Na tyle późno by nie doświadczyć zdobyczy realnego socjalizmu, na tyle wcześnie by je na zawsze zapamiętać. Krakowianin z Kazimierza na placówce imperialnej w Warszawie. Architekt, grafik, projektant, scenarzysta i innowacyjny rebeliant. Strona firmowa. W przeszłości Dyrektor Kreatywny Kampanii prezydenckiej Pawła Kukiza na Prezydenta RP. Szczęśliwie poza Ruchem K’15 od września 2015.