Relacja z końca głośnego procesu. Czy opinia publiczna pozna taśmy Mlekovity? Paweł Miter wygrywa z prokuraturą i Mlekovitą kilkuletnią batalię sądową. – Pełne zwycięstwo prawne i wizerunkowe, to była walka o wiarygodność i nazwisko, opinia publiczna powinna poznać teraz taśmy Mlekovity – mówił po wygranej Miter, dziękując adwokatowi Karolowi Rusinowi za współpracę i sukces.
Były dziennikarz – obecnie prawnik Paweł Miter – wygrał głośne starcie z prokuraturą i mleczarskim gigantem Mlekovita. To przy wątku dotyczącym jego osoby prokuratura i służby rozpracowujące go poniosły spektakularną porażkę. Sąd wytknął im właśnie całkowity brak podstaw do oskarżenia Mitera wskazując, że prokuratura opierała się na domysłach. Taka ocena działań prokuratury, to jedna z najostrzejszych ocen, jaka może być wystawiona prokuraturze przez sąd. W państwie prawa, oskarżenie oparte na domysłach jest niedopuszczalne. Jeśli sąd wskazuje na brak istnienia jakichkolwiek dowodów, to z punktu widzenia sztuki prawniczej oznacza to jedno, prokurator popełnił kardynalny błąd, a sprawa przeciwko takiej osobie w ogóle nie powinna trafić na wokandę.
– Nie ma ani jednego dowodu wskazującego na winę Pawła Mitera – stwierdził sędzia Tomasz Borowczak, który oczyścił go ze wszystkich stawianych mu zarzutów. – Żaden dowód nie wskazywał na to, aby Paweł Miter pozostawał w jakiejkolwiek zmowie. Nie świadczą o tym żadne zarejestrowane rozmowy i wiadomości. Nie świadczy też o tym samo zachowanie Pawła Mitera, które polegało na wyłącznym wykonywaniu przez niego obowiązków zawodowych, a w zebranym materiale nie ma dowodów świadczących przeciwko Pawłowi Miterowi – mówił sędzia Tomasz Borowczak. Takie miażdżące uzasadnienie, to nic innego, jak otwarcie Miterowi drogi do odszkodowania i zadośćuczynienia, co zresztą zapowiedział, jeśli wyrok się uprawomocni.
To nie jest zwykłe uniewinnienie z braku wystarczających dowodów, czy też słabych dowodów na podstawie których sąd nie mógł jednoznacznie stwierdzić czyjejś winy, bo takie uniewinnienia z powodu niewystarczających dowodów się zdarzają. W przypadku Mitera jest to kategoryczne uniewinnienie z powodu braku jakichkolwiek dowodów. Tę sprawę należy rozpatrywać, jako podręcznikowy przykład nadużycia władzy przez prokuraturę, gdzie prokurator wykazał się wyjątkowo złą wolą i niekompetencją niosąc do sądu oskarżenie wobec człowieka nie mając żadnych dowodów wskazujących na jego winę, czy bezprawne zachowanie.
Przypomnijmy, Miterowi prokuratura z czasów Zbigniewa Ziobry zarzucała działanie w grupie przestępczej chcącej od Mlekovity 4 miliony złotych za niepublikowanie kompromitujących giganta mleczarskiego taśm. To jedno z najpoważniejszych oskarżeń, które jeśli nie jest poparte dowodami, może zrujnować człowiekowi życie.
Po tym wyroku ogromny kłopot może mieć także sama Mlekovita, bo jakby tego było mało, sąd wcale nie wykluczył tego, że w firmie nie dochodziło do antydatowania, a taka wersja forsowana była przez prokuraturę Zbigniewa Ziobry, prawicowe media oraz samą Mlekovite.
Sąd bezlitosny dla prokuratury i służb. Błędy w „prokuratorskiej kuchni”
Sędzia Tomasz Borowczak podczas uzasadniania wyroku krytykował i kwestionował kluczowe dla wyjaśnienia sprawy działania prokuratury i służb. Najpoważniejszy zarzut sędziego dotyczył tego, że prokuratura nie zbadała w sposób wyczerpujący, czy u mleczarskiego giganta faktycznie nie dochodziło do antydatowania.
Zignorowanie kluczowych dowodów, gdy wybuchła afera, mogących świadczyć o antydatowaniu sąd określił, jako sytuację „zdumiewającą” i zaskakującą ponieważ prokurator Łukasz Stanke (autor aktu oskarżenia – red.)) zignorował zeznania niektórych magazynierów, którzy podawali konkretne daty i godziny oraz wskazywały na osoby odpowiedzialne za ten proceder. Kolejnym zarzutem sądu do działań prokuratora był brak zabezpieczenia monitoringu zakładowego. Prokurator prowadzący śledztwo nie podjął na czas stosownych decyzji procesowych, aby zgromadzić istotny materiał dowodowy dla wątku antydatowania.
Ponadto sąd odrzucił tezę prokuratora, jakoby, oskarżone osoby wprowadzały Mlekovite w błąd za sprawą „sfałszowanych nagrań”. Sąd wskazał bowiem, że nagrań nie zbadano na etapie śledztwa, a poczynione w procesie ustalenia wykazały poważne zaniedbania, sąd wskazał też, że jeden z pracowników firmy dysponował nagraniami monitoringu firmy, na którym widać, jak brygadzistka Ewa K., dokonuje ingerencji w etykiety produktów. Dla sądu było niezrozumiałe, dlaczego prokuratura dała wiarę tłumaczeniom firmy o rzekomo zepsutym systemie chłodniczym, przez co zniszczeniu ulec miały etykiety. Sąd podkreślał, że nie przedstawiono na to żadnych dowodów i dokumentów, tak w postępowaniu prokuratorskim jak i w postępowaniu przed sądem, a sama procedura zmiany etykiet na hurtowni jest obwarowana określonymi rygorami i wymogami w przypadku, gdy ulegną one zniszczeniu, czy zawilgoceniu. Mlekovita ani prokuratura nie wykazały przed sądem swoich twierdzeń w sposób wiarygodny i wystarczający. To właśnie dlatego wyrok nie jest korzystny dla samej Mlekovity, ponieważ sąd nie rozwiał ponad wszelką wątpliwość, że do antydatowania nie dochodziło. Można stwierdzić nawet, że sąd uzasadniając wyrok dużą część ustnego uzasadnienia poświęcił na błędy w prokuratorskiej kuchni przy prowadzeniu śledztwa w sprawie antydatowania u mleczarskiego giganta.
Umorzenie śledztwa było przedwczesne
Ponadto sędzia Tomasz Borowczak wskazał na przedwczesną decyzję o umorzeniu wątku antydatowania. – Sąd nie jest związany postanowieniem prokuratury, która przedwcześnie umorzyła ten wątek – referował uzasadnienie sędzia i dodał, że jako sąd jest zdumiony decyzją prokuratury z tamtego okresu. Sędzia Borowczak uzasadniał, że nie zweryfikowano zeznań niektórych świadków mimo, że pojawiały się w nich informacje o tym, że brygadzistka Ewa K. z hurtowni Mlekovity w Kościanie mogła dokonywać ingerencji w etykiety lub daty produktów oraz, że mogła wydawać w tym zakresie polecenia podległym jej osobom. Sędzia wskazał przy tym na zmiany zeznań niektórych osób już na etapie procesu, a zmiany tych zeznań zdaniem sędziego Borowczaka stały w oczywistej sprzeczności do przyjętej przedwcześnie przez prokuraturę wersji, która była korzystna dla Mlekovity.
Jednym z poważniejszych zarzutów sędziego Borowczaka wobec prokuratury było też to, że czynności przesłuchań pracowników Mlekovity dokonywano w obecności szefostwa firmy, co mogło zdaniem sądu rzutować na treść zeznań, a przede wszystkim ich swobodę. – Czy pracownik zeznający w obecności szefostwa firmy powie coś o nieprawidłowościach, czy nie? – pytał retorycznie sędzia Borowczak, który nie umiał zrozumieć, dlaczego prokurator pozwolił na przesłuchania w obecności Adrianny Sapińskiej prawej ręki prezesa Dariusza Sapińskiego. Zdaniem sędziego taka sytuacja w kontekście śledztwa dotyczącego możliwości antydatowania była poważnym błędem. W pewnym momencie ogrom tych błędów i zaniedbań sędzia Borowczak skwitował słowami, że była to „komedia”. Z kolei samo zachowanie Ewy K. oraz Mirosława K. (tego ostatniego prezes Mlekovity Dariusz Sapiński wysłał do zrobienia „porządku” w hurtowni Mlekovity w Kościanie, gdy wybuchła afera) określił mianem działań, jak w słynnej polskiej komedii, przyznając jednocześnie rację obronie, która podczas mów końcowych nawiązywała do słynnej polskiej komedii, w której na cześć prezesa śpiewano „łubudubu, łubudubu niech nam żyje prezes naszego klubu”. Sąd dwukrotnie podkreślał cytując słowa samego prezesa Mlekovity, że Mirosław K. to „silna jednostka”, która miała zrobić porządek w Kościanie po tym, gdy do szefostwa dotarły informacje o możliwych nieprawidłowościach. Zdaniem sądu nikt okoliczności z tej wersji nieprawidłowości nie zbadał w sposób należyty.
Proces, jak amerykański thriller prawniczy
Ten proces miał wszystko: wielkie pieniądze, znane nazwiska, wsparcie znanych prawników, brudne zagrywki PR-owe, zaangażowanie specsłużb i spektakularny finał, który miażdży intrygę przeciwko Pawłowi Miterowi, który w sprawie mleczarskiego giganta prowadził zakrojone śledztwo. I to on był dla Mlekovity i prokuratury największym zagrożeniem w tamtym czasie. To jego praca mogła wywrócić ustalenia prokuratury do góry nogami, gdyby ujawnił swoje ustalenia w tamtym czasie. Niestety na kilka dni przed tym do Mitera weszły służby i prokurator Łukasz Stanke. Dwukrotnie przeszukano jego wrocławskie mieszkanie, jedno z przeszukań odbyło się w nocy pod nadzorem samego prokuratora Stanke. Miter potem komentował, że nigdy z czymś takim się nie spotkał, aby prokurator prowadził czynności przeszukania w porze nocnej.
Sam proces już na etapie sądowym wyglądał jak z najlepszych amerykańskich thrillerów prawniczych. Obfitował w niezwykłe zwroty akcji, zaskakujące „oferty” i mocne wystąpienia na sali sądowej. W procesie przewijała się prawnicza śmietanka. Oprócz wspomnianego wyżej adwokat Karola Rusina, Mlekovita oraz prezes Dariusz Sapiński miał po swojej stronie w pewnym momencie aż pięciu prawników. Profesor Maciej Gutowski, Piotr Binas (zasiada w komisji śledczej badającej Pegasusa). Czynni na sali byli także radca prawny Adam Kostecki, Agnieszka Jagodzińska oraz adwokat Marcin Dominiczak i Paweł Grondal, czy słynny Maciej Zaborowski, kojarzony od dawna ze Zbigniewem Ziobro. Ten ostatni zawsze wysyłał na sprawę prawnika ze swojej kancelarii. Miter uważał, że Zaborowski boi się pojawić osobiście na sali, bo wtedy złoży wniosek o jego wyłącznie. Z procesu wyłaniał się zresztą mocny konflikt między Miterem, a Zaborowskim. Pójść miało o to, że Zaborowski miał do niego dzwonić i zachęcać go do spotkania, Miter jednak odmówił, prosząc, aby nie powoływał się na znajomość z nim przed Mlekovitą. Podobno z tej rozmowy jest rozmowa, która miała być przedłożona sądowi, gdyby na sali zjawił się osobiście Maciej Zaborowski. Miter od tamtej pory publicznie wytyka wszystkie przegrane sprawy Zaborowskiemu i to, że był w bliskich relacjach z ludźmi ówczesnej władzy. Miter kilkukrotnie podawał też, że wszelkie potyczki w sądzie kancelaria Zaborowskiego z nim przegrywała, w ostateczności sprawę cywilną Mlekovity przeciwko Miterowi wrocławski sąd umorzył z winy mleczarskiego giganta.
Adwokat Mitera, dr Karol Rusin odgrywał bardzo kluczową rolę w procesie. To jego strategia procesowa doprowadziła do pełnego sukcesu prawnego i wizerunkowego. Sam Miter publicznie podkreślił, że Rusin „od samego początku wywracał ten proces do góry nogami” i „na każdej sprawie dokonywał przemodelowania stron tego procesu”. W procesie z tak poważną kwalifikacją i oskarżeniami z reguły to obrona obala wiarygodność kluczowych świadków prokuratury. W tym procesie od początku było inaczej. Ten proces wymykał się klasycznym regułom procesu karnego
Od pierwszych godzin adwokat Karol Rusin odnosił sukcesy w wątku Mitera. Pierwszym było zablokowanie aresztu. Co nie było łatwe i oczywiste, bo zarzuty tego kalibru najczęściej na posiedzeniach aresztowych kończą się stosowaniem aresztu. Potem było już tylko gorzej dla mleczarskiego giganta.
Taktyką w Mlekovite
Gdy proces ruszył, taktycznie już na samym początku „ugrano” jawność procesu, przez co media mogły relacjonować proces. Miter na pierwszej rozprawie poszedł na całość i złożył wniosek o wyłączenie jawności procesu. Prawnicy Mlekovity oraz prokurator myśląc najpewniej, że Miter obawia się swojej kompromitacji i nie ma nic na swoją obronę oprotestowali ten wniosek i wnosili o pełną jawność, myśląc, że uda im się skompromitować Mitera, skoro ten wnosi o wyłączenie jawności. Sędzia odrzucił wniosek Mitera. Ale zeznania Mitera szybko dały do zrozumienia Mlekovicie i jej prawnikom, że posiada on obszerny materiał na swoją obronę z nagraniami włącznie. Prawnicy mleczarskiego giganta niejako w panice chcieli zablokować jawność i tym razem to oni wnieśli wniosek o wyłącznie jawności. Co ciekawe do wniosku przyłączył się prokurator Łukasz Stanke. Sędzia Tomasz Borowczak zrobił wtedy pierwszy wytyk prokuratorowi, aby ten wyjaśnił sądowi i stronom, dlaczego nagle chce wyłączenia jawności procesu, skoro wcześniej, jako oskarżyciel publiczny był za jawnością procesu. Prokurator pokrętnie tłumaczył swoją zmianę decyzji. Wtedy do akcji wkroczył adwokat Karol Rusin, który wskazywał na brak konsekwencji samej Mlekovity i przekonał sędziego Borowczaka, że proces musi być jawny, choćby z uwagi na istotny interes publiczny. Sąd w pełni przychylił się do stanowiska adwokata i pozostawił jawność procesu do końca jego trwania. Dopiero potem, już w trakcie procesu Miter przyznał, że była to ich taktyka procesowa na zmylenie przeciwnika.
Pierwsze rozprawy były gorzkim sygnałem dla Mlekovity, że ten proces nie będzie dla nich łatwy, mimo całej armii prawników. Kolejnym zaskakującym aktem tego procesu było to, że mleczarski gigant złożył wniosek o mediacje. Miter wniosek odrzucił, sąd nie miał wyjścia i musiał uznać decyzję Mitera na tamtym etapie.
Ciekawym zwrotem akcji było przesłuchanie samego prezesa mleczarskiego giganta Dariusza Sapińskiego. Było oczywiste, że będzie musiał stanąć przed sądem. Ale nie było oczywiste, że kolejny raz zostanie wezwany do konfrontacji z dowodami, jakie niespodziewanie wyciągnął Miter i adwokat Karol Rusin. Takie działanie stanowiło element szerszego odwracania ról i uderzenia w wiarygodność samego prezesa Mlekovity. Pod salą sądową podczas przerw w wielogodzinnych rozprawach mówiło się, że adwokat Rusin w odrębnym przesłuchaniu zamierza konfrontować prezesa Mlekovity z rozmową, jaką ten odbył z Miterem. Nagranie to wskazywało, że prezes Sapiński chciał się dogadać i spotkać z Miterem „w cztery oczy” z czego ten nie skorzystał. Przesłuchanie Sapińskiego, które prowadził adwokat Karol Rusin było przyczyną dużej irytacji szefa mleczarskiego giganta, który dociskany przez Rusina pytaniami doprowadził do sytuacji w której Sapiński na sali sądowej zobowiązał swoich prawników do tego, aby zawarły z Miterm ugodę. Już po tym przesłuchaniu pod sądem Adrianna Sapińska podeszła do adwokata Rusina i przekazała mu słuchawkę telefonu, po drugiej stronie był prezes Mlekovity, który zapewnił, że chce podpisać ugodę.
Strach świadków
Chyba największym sukcesem adwokata Karola Rusina było rozbicie narracji o „krystalicznej Mlekovicie”. Pod salą sądową można było usłyszeć, że to jeden z większych sukcesów obrony. Do tej pory prokuratura i niektóre media budowały obraz Mlekovity, jako pokrzywdzonej. Rusin podczas prowadzenia przesłuchań pokazywał sądowi, że tak nie jest. Każde przesłuchanie prowadzone przez obrońcę Mitera było wywrotowe, a po niektórych świadkach widać było zmęczenie, gdy Rusin i Miter dociskali ich podczas przesłuchań. Podczas przesłuchania Adrianny Sapińskiej, Rusin wydusił z niej, że przeciwko Miterowi wynajęli agencję zajmująca się czarnym PR-em, że podejmowano starania blokujące jego śledztwo. Prezes mleczarskiego giganta stwierdził nawet odpowiadając na jedno z pytań, że Miter miał dużą wiedzę i oni nie wiedzieli skąd. Inne przesłuchanie z kolei prowadzone przez Rusina pokazało sądowi, jak wygląda dziennikarstwo w Polsce, zeznania jednego ze świadków w pewnym sensie porażające w wątku tego, jak blokowane są duże tematy i że wynajmowanie agencji od czarnego PR-u czy propozycję pieniędzy dla dziennikarzy są właściwie normą. Świadek ten potwierdził, że za Miterem wysyłano „psy gończe”, aby go dyskredytować i podważać jego wiarygodność i że robiono to, gdy nie chciał usiąść do stołu i rozmawiać z Mlekovitą. Świadek ten wskazywał, że Miter w pewnym momencie zaczął traktować sprawę bardzo osobiście po tym, jak wylewano na niego wiadra pomyj, a robili to „dziennikarze prawicowi”, którzy wcześniej byli kolegami Mitera.
Tajna ugoda i zadośćuczynienie
Największy cios Mlekovicie został wymierzony na jednej z ostatnich rozpraw. Sędziego i wszystkich na sali zaskoczyła informacja o zawartej z Pawłem Miterem tajnej ugodzie. Można było mieć wrażenie, że Miter i Rusin wyczekiwali na odpowiedni moment, aby zadać Mlekovicie ostateczny cios. Prowadzący proces, sędzia Tomasz Borowczak wezwał do stołu sędziowskiego Sapińską i Mitera pytając, czy ugoda została faktycznie zawarta i czy Miter otrzymał zadośćuczynienie. To była scena filmowa po której na sali zapadła cisza. Na sali zgromadzeni byli też aplikanci, bo proces cieszył się dużym zainteresowaniem i był komentowany w środowisku prawniczym. Ale to nie jedyne zaskoczenie podczas tamtej feralnej dla giganta mleczarskiego rozprawy.
Mlekovita „zatrudniła” służby
Na tej samej rozprawie padł wniosek, który wskazywał, że mleczarski gigant zatrudnił funkcjonariusza służby, która prowadziła śledztwo w tej sprawie. Doszło do tego dwa dni po odejściu tego funkcjonariusza ze służby. – Jak orzekam, nigdy nie zdarzyło się, aby funkcjonariusz prowadzący postępowanie, został następnie zatrudniony w spółce występującej w sprawie, jako pokrzywdzonej, tego rodzaju sytuacja, jak pracuje zdarzyła się po raz pierwszy – mówił sędzia Tomasz Borowczak, uzasadniając w ten sposób decyzję w której przychylił się do wniosku adwokata Karola Rusina i Pawła Mitera, aby wezwać przed sąd Radomira B. byłego funkcjonariusza CBŚP, który prowadził śledztwo w sprawie Mlekovity. Jak się dowiedzieliśmy pod salą sądową, w Mlekovicie znalazł zatrudnienie także siostra tego funkcjonariusza oraz jej partner.
Próba zniszczenia życia Zuzannie C. – J.
Oprócz Mitera, uniewinniona została także Zuzanna C. – J. zajmująca w Mlekovicie w okresie, gdy wybuchła afera menagerskie stanowisko. Sąd oczyścił ją z zarzutów dokładnie z takich samych powodów, co Mitera, wskazując na brak dowodów, aby popełniła względem swojego byłego pracodawcy jakiekolwiek przestępstwo. Sąd także w jej przypadku był bezlitosny oceniając działania Mlekovity i prokuratury. Sędzia Tomasz Borowczak wskazywał stanowczo, że to szefostwo Mlekovity wysyłało Zuzannę C. – J. do spotkań w kancelarii leszczyńskiej oraz kontaktów z Miterem celem zorientowania się, co poszczególne osoby i Miter wiedzą na temat nieprawidłowości w firmie, a następnie oskarżono ją o najpoważniejsze przestępstwo – udziału w grupie przestępczej oraz udostępnienia dokumentacji osobom trzecim. Sąd orzekł, że wszystko, co w tej sprawie robiła Zuzanna C. – J. wynikało z poleceń, jakie otrzymywała od szefostwa firmy i że działała z polecenia prezesa Mlekovity, mając na względzie ratowanie wizerunku szefostwa firmy w tamtym czasie.
Ogromną niewdzięcznością szefostwa Mlekovity wobec Zuzanny C. – J. było to, że przez lata była ona nagradzaną i szanowaną pracownicą mleczarskiego giganta, a podczas zeznań szefostwo firmy twierdziło, że było inaczej, czemu nie dał wiary sąd, bo jak wykazała też skutecznie obrona Zuzanny C. – J. otrzymywała ona nagrody finansowe za dobre i wzorowe wykonywanie swoich obowiązków. Zeznający w procesie świadkowie także wyrażali dobre zdanie o Zuzannie C. – J. jako ich przełożonej. Mowa obrończa radcy prawnego Adama Kosteckiego wnoszącego o pełne uniewinnienie jego klientki, obok mowy obrończej adwokata Karola Rusina była jedną z ostrzejszych mów podczas tego procesu, na co zwróciła uwagę jedna z lokalnych gazet. Próbowano zniszczyć jej życie – mówił już po wyroku Miter, który wcześniej w mowach końcowych przeprosił ją, że do niej w tamtym czasie zadzwonił. – Gdyby do niej nie zadzwonił podczas prowadzonego śledztwa ona nigdy nie miałaby tych problemów – tłumaczył poruszony mową obrończą Adama Kosteckiego. Na jednej ze spraw Rusin i Miter złożyli nagranie rozmowy, jaką Miter przeprowadził z Zuzanną C. – J. w tamtym okresie. Rozmowa pokazał sądowi, że Zuzanna C. – J. zachowywała się etycznie i uczciwie względem Mlekovity. Z tej rozmowy zrobiła notatkę i poinformował o niej szefostwo firmy. To wtedy zaczęło się wysyłanie Zuzanny C. – J. na spotkania, po czym firma i prokuratura postawiła jej potem zarzut o działanie w zmowie i na szkodę firmy – To najgorszy element tego fałszywego i bezpodstawnego oskarżenia tej sprawy zaraz po tym, co faktycznie wyrabiała w Mlekovicie z etykietami niejaka Ewa K., czyli potencjalna sprawczyni – mówi nam Miter i pozostali adwokaci pod salą po ogłoszeniu wyroku. – Sprawczyni możliwego procederu otrzymała parasol ochronny, została przeniesiona do zakładu firmy w Zakopanem, prokuratura dała wiarę w to, co zeznała, a kozłem ofiarnym zrobiono Zuzannę – mówili pod salą prawnicy.
Zuzanny C. – J. bronili radcowie prawni Agnieszka Jagodzińska oraz Adam Kostecki. Obrona w ich wykonaniu na sali była zbliżona do tej, którą prezentował adwokat Karol Rusin. Tych trzech prawników doskonale się uzupełniało wykazując sądowi przez cały czas trwania procesu, że ich klienci zostali do sprawy niejako „wrzuceni”, aby można było zrobić zarzut „grupy przestępczej”. Oczyszczoną ze wszystkich zarzutów Zuzannę C. – J. czeka teraz walka w sądzie cywilnym o odszkodowanie i niesłuszne zwolnienie z pracy, co w świetle uniewinnienia jej przez sędziego Tomasza Borowczaka wydaje się być formalnością do wygranej. Proces ten, jak usłyszeliśmy już trwa i na czas zakończonego właśnie procesu był zawieszony. Nie udało nam się ustalić, czy Zuzanna C. – J. i jej prawnicy zamierzają – tak jak Paweł Miter – po uprawomocnieniu się wyroku pozwać Skarb Państwa za niesłuszne oskarżenie i zatrzymanie, które doprowadziło między innymi do zniszczenia jej życia zawodowego. W tej sprawie wydaje się, że to nie będzie kwestia tego, czy państwo ma zapłacić, ale tego, ile państwo ma zapłacić za działanie prokuratury w sprawie, która zdaniem sędziego Tomasza Borowczaka pozbawiona była całkowitych podstaw do oskarżenia Zuzanny C. – J.
Surowe zakończenie
W sprawie na kary bezwzględnego więzienia skazani zostali dwaj pozostali z ławy oskarżonych – Marcin O. prawnik z Leszna oraz jego znajomy Przemysław S. magazynier Mlekovity (To on miał zarejestrować nieprawidłowości w Mlekovicie nagrywając swoim telefonem monitoring zakładowy i działania Ewy K.., która do dziś pracuje w Mlekovicie). Sąd uznał bowiem, że stosowali groźby bezprawne wobec Mlekovity i chcieli uzyskać pieniądze za niepublikowanie nagrań.

Fot. Adwokat Karol Rusin podczas kolejnego kilkugodzinnego przesłuchania prezesa Mlekovity Dariusza Sapińskiego. W tle widoczna Adrianna Sapińska i prokurator Łukasz Stanke.

Fot. Obrona. Adwokaci Piotr Binas, Karol Rusin, Marcin Dominiczak, Paweł Grondal oraz radca prawny Agnieszka Jagodzińska podczas odtwarzania nagrań z „działań” Ewy K. w hurtowni Mlekovity w Kościanie.
Zostaw komentarz