Żyjemy w niespokojnych czasach, gdy polska niepodległość, jawi się jako wartość szczególna, choć wbrew przewidywaniom liberalnego F. Fukuyamy o końcu historii, niestety nie dana nam raz na zawsze. Agresywne posunięcia neoimperialistycznej rosyjskiej satrapii stanowią zagrożenie egzystencjalne. Natomiast miękkie, systematyczne, bardziej finezyjne ograniczanie polskiej suwerenności i narzucanie dominacji gospodarczej przez Niemcy pod pozorem zmierzającej do centralizacji UE, choć w żadnej mierze nieporównywalne z bestialstwem Rosji, również wystawiają naszą niezależność państwową na próbę.

Wśród płaszczyzn bezpieczeństwa wspólnoty państwowej, jako niemniej istotne od bezpieczeństwa militarnego, żywnościowego czy energetycznego, powinno być zawsze traktowane bezpieczeństwo informacyjne – odporność na hybrydowe działania wymierzone w spójność, efektywność i sprawczość aparatu państwowego oraz utożsamianie się narodu ze strukturą administracji publicznej zorganizowanej w formie państwa. Wbrew cynicznie fałszywym twierdzeniom ultraliberałów, kapitał ma narodowość i nigdy obce media nie przyjmą prymatu polskiej racji stanu w newralgicznych sytuacjach, gdy precyzja i ton w przekazie będą szczególnie istotne (np. wojna za naszą granicą, głęboki światowy kryzys ekonomiczny, klęski pogodowe, zamachy terrorystyczny).

Państwa Europy zachodniej, bezpodstawnie przyjmujące miano „starych demokracji” (gdy we Francji władca absolutny mógł bez wyroku sądu ściąć przeciwnika politycznego, szlachta polska była chroniona przywilejami nietykalności osobistej i majątkowej; gdy na terenie dzisiejszych Niemiec dziesiątki tysięcy ludzi ginęło w wojnach religijnych, w Polsce panowała na mocy aktu konfederacji warszawskiej tolerancja religijna, itd.), potrafiły zadbać o ten atrybut suwerenności.

We Francji ustawa audiowizualna z 1986 („prawo Leotarda”) przewiduje, iż obcy kapitał w radiu, serwisie online i telewizji nie może przekraczać 20%. Regulacje nie dotyczą spółek należących (przynajmniej w 80 proc.) do nadawców publicznych w państwach członkowskich Rady Europy. Wciąż jednak odnoszą się do nich liczne wewnętrzne przepisy antykoncentracyjne, m.in. brak możliwości posiadania więcej niż 49 proc. udziałów w spółce, a także przepisy przeciwdziałające koncentracji krzyżowej (posiadania kilku form mediów równocześnie).

W Niemczech, choć ograniczenia formalnie są mniej restrykcyjne, to gdy np. w 2005r. brytyjsko-amerykański fundusz inwestycyjny Mecom, przyszedł z ofertą wykupienia czasopisma „Berliner Zeitung”, z solidarnym protestem wystąpiły ręka w rękę stowarzyszenia dziennikarskie i… politycy. Do transakcji nie doszło.

Oczywiście są państwa, które chronią swój rynek medialny w jeszcze większym stopniu, zarówno dzięki regulacjom prawnym, jak również nieoficjalnym przeświadczeniu całej klasy politycznej i aktorów życia publicznego, że interes narodowy wymaga rodzimego kapitału w mediach, odgrywających w demokracjach rolę niezmiernie ważną.

Ostatnie doniesienia prasy niemieckiej, że spółdzielczo-ekologiczny bank GLS wyemituje obligacje na 5 mln euro, by wspierać „wolne media”, m.in. w Polsce czy określenie, że sfinansowanie wykupu niemal połowy udziałów w Gremi Media (wydawca „Rzeczypospolitej”) przez holenderskie konsorcjum, ale ze środków kredytowych tegoż samego banku niemieckiego GLS, to kolejny dzwonek alarmowy! Może jeden z ostatnich! Repolonizacja mediów warunkiem sine qua non polskiej suwerenności!

Być może to głos wołającego na puszczy, ale z takim właśnie apelem, o dekoncentrację medialną, prowadzącą do repolonizacji, będę apelował. Gdybym zaś w przyszłości wszedł do poważnej polityki i miał jakikolwiek wpływ na strategiczne decyzje, to kwestia repolonizacji (obok reformy sądów czy zapory przed ideologizacją dzieci i młodzieży) byłaby dla mnie priorytetem.