PROLOG: Wprowadzenie Trzaskowskiego przywróciło polityce dramat

Ralph Dahrendorf postawił tezę, że „polityka powinna być zimna”. Jednocześnie ten sam socjolog, wraz z Lewisem Coserem i innymi, stworzył funkcjonalną teorię konfliktu. Głównym założeniem tego paradygmatu socjologicznego jest pogląd, iż w pewnych warunkach konflikt może być funkcjonalny, może wzmacniać działania adaptacyjne oraz służyć innowacjom. Z punktu widzenia grupy, konflikt zwiększa przejrzystość systemu, sprawia, choć to zjawisko pozorne, że scena staje się bardziej czytelna, centralizuje strukturę członków danej organizacji, a także zmniejsza skłonność do poczynań dewiacyjnych i mobilizuje, uwypukla hierarchię w grupie.

Ludzie są tak poznawczo skonstruowani, iż lepiej rozumieją to co przedstawione jest w opozycji. Kontrast zwiększa wyraźność obrazu. Dlatego emocje są niezbędne, aby odczytać rzeczywistość – nie tylko polityczną, ale w ogóle, rzeczywistość. Już Friedrich Nietzsche twierdził, iż ludzie łatwiej dochodzą do prawdy poprzez dramat, uważał, że zawsze wybiorą mit przed logosem, drogę dionizyjską, opartą na ekstazie, a nie apolińską, odwołującą się do racjonalizmu i porządku.

Marin Heidegger uważał, że do poznania prawdy potrzebne jest upojenie.

Tę myśl kontynuowali hiszpańscy filozofowie poezji: Miguel Unamuno, Jose Ortega y Gasset i Maria Zambrano.

Unamuno oraz filozofka z Malagi głosili, że tragizm jest zawsze uprzedni wobec porządku czysto teoretycznego, twierdzili, że tragiczna rzeczywistość poprzedza rzeczywistość noematyczną.

Dlatego najbardziej popularnym sportem jest piłka nożna, gdyż ona gwarantuje dramat i emocje; albo sporty gdzie leje się krew.

Ludzie chcą dramatu, bo on ułatwia zrozumienie. Bez emocji, bez namiętności, bez tragizmu, bez opozycji i przeciwieństw, rzeczywistość – zwłaszcza współczesna, złożona strukturalnie – jest niezrozumiała.

Zamiana Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego było kluczowym momentem trwającej kampanii prezydenckiej oraz jednym z kluczowych momentów polskiej polityki ostatnich 30. lat, gdyż zapewniło polityce dramat i emocje, odbudowało podział oraz konflikt.

Oto wielki paradoks współczesności: na politykę z emocjami ludzie narzekają, jednak polityki bez emocji w ogóle nie rozumieją.

Czy Andrzej Duda może zwyciężyć już w pierwszej turze?

Teza, że urzędujący prezydent, kandydat Prawa i Sprawiedliwości, Andrzej Duda, mógłby uzyskać reelekcję już w pierwszej turze była bardzo popularna jeszcze na klika tygodnie przed wyborami; wierzyli w nią nie tylko ludzie z bezpośredniego zaplecza obecnego prezydenta, członkowie jego sztabu wyborczego, powiązani z nim eksperci i spin-doktorzy, ludzie reprezentujący aktyw członkowski PiS, ale również wielu, wydawałoby się niezależnych czy neutralnych, ekspertów, komentatorów, publicystów, dziennikarzy.

Wskazywały na to liczne sondaże opinii publicznej, badania demoskopijne, analizy politologiczne, a także opinie przytłaczającej większości znawców materii politycznej w Polsce. Gdy zbliżał się pierwszy termin planowanej pierwszej tury wyborów prezydenckich, czyli 10 maja 2020 roku, przekonanie, że Andrzej Duda zwycięży w wyborach już w pierwszej turze, było powszechne.

Tymczasem, trzeba sobie powiedzieć jasno i wprost: to był mit, jeden ze stereotypów obecnych w polskiej polityce. Na uzyskanie przez aktualnego prezydenta reelekcji już w pierwszej turze nigdy nie było szans: ani pięć lat temu, ani trzy lata temu, ani przed rokiem, ani pół roku temu, ani trzy miesiące temu, oraz ani miesiąc temu.

Uwarunkowania strukturalne, układ sił pomiędzy przestrzenią prowincjonalną (w którą wchodzą wieś i małe ośrodki miejskie), a także przestrzenią metropolitarną, absolutnie przekreślały ewentualność, aby Andrzej Duda mógł wygrać wybory prezydenckie już w pierwszej turze.

Obszarem na którym następuje największa frekwencja głosowania na PiS, można użyć też bardziej zrozumiałego terminu – solidarność głosowania – jest polska wieś. Losy wszystkich wygranych PiS oraz kandydatów reprezentujących tę partię rozstrzygały się zawsze na tym terenie. Dla PiS wymiar ten pełnił funkcję swoistego wyborczego bastionu. Przewaga zdobywana na wsi powodowała, że w miastach, nawet przy stosunkowo dużym poparciu, strat do PiS nie można było odrobić.

Arytmetyka zawsze wykluczała możliwość uzyskania reelekcji przez Andrzeja Dudę już w pierwszej turze. Aby urzędujący prezydent mógł zwyciężyć w pierwszej turze, czyli uzyskać wymagane do tego 50 proc. poparcia plus głos jednego wyborcy ponad kryterium połowy, musiałby w swej bazie, na podstawowym terytorium wyborczym – polskiej wsi – uzyskać pułap 79 proc. poparcia.

Taka skala poparcie jest niemożliwa.

Aby zilustrować sytuację bardziej empirycznie i obrazowo należy uwypuklić okoliczność, że otrzymanie poparcia na poziomie 79 proc. głosów mieszkańców wsi, oznacza w liczbach bezwzględnych zdobycie 5 544 880 głosów (już w pierwszej turze).

Aby unaocznić to jeszcze bardziej i przemówić do wyobraźni czytelników niniejszej analizy należy podać fakt, że oznacza to konieczność uzyskania poparcia o wolumenie 790 tys. na jeden milion głosujących mieszkańców polskiej wsi; 79/100 i prawie 8 głosów na dziesięciu głosujących mieszkańców wsi.

Taka skala poparcia, nawet wziąwszy pod uwagę założenie, że wieś jest kluczowym, podstawowym, i docelowym terytorium wyborczym PiS, jest niemożliwa do osiągnięcia w warunkach pierwszej tury wyborów.

Przeczy temu również obserwacja historyczna. Nie tylko PiS, ale w szerszym ujęciu również cały obóz konserwatywny, nigdy, w żadnych wyborach, nie przekroczył progu 50 proc. poparcia. Nie można uznać za taki moment wyborów prezydenckich z 2005 oraz 2015 roku, kiedy kandydaci PiS, odpowiednio: Lech Kaczyński i Andrzej Duda, przekroczyli pułap osiągnięcia poparcia połowy wyborców biorących udział w głosowaniu (54,04 i 51,55), gdyż w obydwu przypadkach sytuacja tego rodzaju miała miejsce w drugiej turze wyborów, zaś druga tura nie jest reprezentatywna czy jest mało reprezentatywna z punktu widzenia głosowania pozytywnego (głosowania „na tak”; „za”)

Z perspektywy głosowania pozytywnego reprezentatywna jest pierwsza tura wyborów prezydenckich, wybory parlamentarne (ale nie we wszystkich przypadkach), wybory europejskie, wybory samorządowe, itd.

W żadnych z wymienionych wyborów PiS nie przekroczył pułapu poparcie 50 proc. Najbliżej tej granicy był podczas wyborów do Europarlamentu, w maju 2019 roku, gdy uzyskał rezultat 45,38 proc. Odbyło się to przy niskiej – w porównaniu z wyborami prezydenckimi czy parlamentarnymi – frekwencji ogólnej, która ukształtowała się w skali kraju na 45,68 proc. i przy bardzo dużej mobilizacji zwolenników PiS (mobilizacja na wsi była wyższa o 200 proc. niż w poprzednich wyborach europejskich; zaś mobilizacja w mieście okazała się większa jedynie o 66 proc. niż w poprzednich wyborach do Europarlamentu.

W obydwu przykładach przekroczenia przez PiS pułapu 50 proc. poparcia w drugiej turze wyborów prezydenckich, która jak wspomniano powyżej nie jest reprezentatywna dla głosowania pozytywnego, PiS osiągał korzystne rezultaty w sytuacji relatywnie niskiej frekwencji (odpowiednio: 50,99 i 55,34) oraz wysokiej mobilizacji własnych zwolenników, przy jednoczesnej demobilizacji, a także dekonsolidacji wyborców i polityków obozu liberalnego.

Można wskazać mentalne przyczyny tej demobilizacji: W roku 2005 wyborcy liberalni, centrowi, oraz lewicowi byli sfrustrowani: po pierwsze absencją Włodzimierza Cimoszewicza w wyborach prezydenckich; a po drugie wcześniejszą porażką Platformy Obywatelskiej w wyborach parlamentarnych (nastąpiła bowiem koniunkcja wyborów; obydwa wybory – parlamentarne i prezydenckie – nałożyły się na siebie).

Już sam fakt, że wyborcy musieli w krótkim odstępie czasowym iść do wyborów trzy razy, wpływał na wyborców demobilizująco, a porażka sił liberalnych i lewicowych (PO oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej), tylko – emocjonalnie – pogłębiło ten stan.

W drugim przypadku, w roku 2015, na demobilizację wpływ miał fakt ośmioletniego okresu rządów koalicji PO i PSL, wyjazdu Donalda Tuska do Brukseli, który objął funkcję przewodniczącego rady europejskiej, jak również afery, który wybuchły w przestrzeni politycznej PO na rok przed wyborami.

Jednak, jak widać, nawet w kulminacyjnych okresach reprezentatywnego poparcia dla PiS oraz jego kandydatów, formacja ta nigdy nie była w stanie przekroczyć progu 50 proc. Nie udało się to również nigdy szeroko rozumianemu obozowi konserwatywnemu.

Jedynym przypadkiem, w którym pułap uzyskania poparcia połowy głosujących, został przekroczony, były wybory prezydenckie w 2000 roku, kiedy kandydat Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ubiegający się wówczas o reelekcję Aleksander Kwaśniewski, osiągnął rezultat 53,90, przy wysokiej frekwencji 61,12.

Analiza strukturalna (zasobów poparcia w relacji: wieś – małe miasta – średnie miasta – wielkie miasta, a więc ujmując rzecz w uproszczeniu: przestrzeni prowincjonalnej do metropolitarnej) jasno pokazuje, że zwycięstwo Andrzeja Dudu w żadnym momencie jego kadencji nie było możliwe, gdyż próg poparcia połowy wyborców uczestniczących w wyborach jest dla PiS, kandydatów PiS, oraz całego, szeroko rozumianego, obozu konserwatywnego – nie do osiągnięcia. Tezę tę potwierdza również w sposób empiryczny obserwacja historyczna.

Tymczasem, w toku kampanii wyborczej, przed wyborami prezydenckimi zaplanowanymi na 10 maja 2020 roku, które zostały unieważnione przez Państwową Komisję Wyborczą, pojawiały się pomiary socjometryczne dające urzędującemu prezydentowi, Andrzejowi Dudzie, poparcie nawet na poziomie bliskim 60 proc.

Realność tych sondaży jest łatwa do zweryfikowania. Gdyby bowiem rzeczywiste poparcie dla Andrzeja Dudy miało się kształtować na poziomie 60 proc. i wyższym, zestawiając poziom rzekomego ogólnokrajowego poparcia do podstawowej (bastion) przestrzeni poparcia PiS, Andrzej Duda musiałby uzyskiwać na terenach wiejskich 9,9 a w niektórych przypadkach nawet 11 głosów na 10 głosujących wyborców z przestrzeni wiejskiej.

Taka sytuacje jest oczywiście niemożliwa, absurdalna i falsyfikuje założenie, że Andrzej Duda mógłby kiedykolwiek zwyciężyć w pierwszej turze.

Kryteria poparcia (mechanizmy głosowania)

Akt głosowania jest determinowany przez dwa zasadnicze mechanizmy: 1) kryterium sympatii (wyboru emocjonalnego) oraz 2) kryterium analizy (głosowania emocjonalnego. Głosowanie na konkretny obiekt polityczny (uczestnika gry wyborczej: partię polityczną bądź kandydata) jest zawsze funkcją tych dwóch czynników. Ich wpływ ma jednak różną skalę. Gdy wzrasta znaczenie pierwszego ze wskazanych powyżej czynników – emocjonalnego, a zatem kryterium sympatii – zwiększą się pluralizm całej struktury wyborczej i głosy rozpraszają się na kilku kandydatów; gdy zaś do głosu w większym stopniu dochodzi druga determinanta – kryterium analizy, czyli głosowanie racjonalne – struktura wyborcza ulega pogłębieniu polaryzacji i wówczas poparcie koncentruję się wokół dwóch, góra trzech kandydatów.

Przesunięcie mechanizmu głosowania z obszaru emocjonalnego w kierunku racjonalnego, czy nazywając go w inny sposób – pragmatycznego, wiąże się z domniemaniem skuteczności głosowania („skutecznej” inwestycji w postaci oddanego głosu); jednakże głosowanie pragmatyczne, racjonalne wiąże się bardzo często z głosowaniem emocjonalnym, a ujmując problem precyzyjnie z odwróceniem walencji głosowania emocjonalnego, w taki sposób, że emocja sympatii zostaje zastąpiona przez emocję awersji.

Głosowanie wg kryterium sympatii, jedynie nieco wzmocnione przez racjonalne kryterium analizy, to zawsze głosowanie pozytywne („na tak”), gdy zaś przewagę zyskuje kryterium analizy, związane ze oceną skuteczności oddanego głosu, wówczas głosowanie przybiera format negatywny („na nie”), stając się głosowaniem przeciwko obiektowi politycznemu, którego chcemy pozbawić władzy albo nie dopuścić do przejęcia władzy.

Kluczową emocją w głosowaniu racjonalnym jest często nie sympatia lecz awersja.

W głosowaniu przebiegającym w formule kryterium sympatii popieramy ten obiekt, który ma największe szansę na osiągnięcie zamierzonego celu (zdobycie władzy lub wejście do parlamentu) spośród tych obiektów/graczy, które lubimy; tymczasem głosowanie determinowane przez kryterium analizy (z dużą przewagą czynników pragmatycznych i racjonalnych), paradoksalnie często wzmacnia motyw awersji, i polega na afirmacji negatywnej, czyli głosowaniu „na nie” albo na zasadzie tzw. mniejszego zła.

Głosowanie racjonalne sięgając do ilustracji lub alegorii można przedstawić za pomocą „tamy” bądź „wału przeciwpowodziowego”; wyborcy chcą bardziej zaprzeczyć komuś niż afirmować kogoś – głosują, aby nie dopuścić określonego obiektu politycznego do przejęcia władzy.

Wzrost kryterium analizy przekształca przebieg kryterium sympatii: z sympatii w kierunku awersji, radykalnie zwiększając w akcie głosowania udział negatywnych emocji i wzmacnia polityczną polaryzację sceny wyborczej.

W odróżnieniu od wyborów parlamentarnych, (zwłaszcza do Sejmu), w wyborach prezydenckich inaczej ustawione są progi strukturalne związane ze skutecznością wykorzystania szans głosowania. W wyborach do Sejmu obowiązuje ordynacja proporcjonalna, co powoduje, iż pojęcie zwycięstwa jest dużo bardziej zniuansowane i może odnosić się do kilku politycznych podmiotów; w wyborach do Sejmu zwycięzców może być kilku.

Wybory prezydenckie funkcjonują wg ordynacji większościowej, w związku z czym stopień zniuansowania oraz dywersyfikacji pojęcia zwycięstwa, jest dużo mniejszy; praktycznie w wyborach prezydenckich zwycięzca może być tylko jeden.

W wyborach do Sejmu istnieją dwa podstawowe progi strukturalne postrzegania szans skuteczności głosowania: 1) zwycięstwa w wyborach; 2) wejścia do Sejmu, czyli przekroczenia progu 5 proc. dla partii politycznych oraz 7 dla koalicji wyborczych. W wyborach prezydenckich występuję jeden – kluczowy – próg strukturalny postrzegania szans skuteczności głosowania: szansa na osiągnięcie zwycięstwa w wyborach prezydenckich.

Drugi próg strukturalny postrzegania szans w wyborach prezydenckich jest ważny, ale nie kluczowy, oznacza: wejście do drugiej tury.

Te progi determinują, określają oczekiwania wyborców i wpływają na percepcję sceny wyborczej, co z kolei wpływa na rozkład głosów podczas wyborów: w wyborach do Sejmu zainteresowanie wyborców ogniskuje się wokół pięciu czasami nawet sześciu partii politycznych; w wyborach prezydenckich: wokół trzech, zaś w nielicznych sytuacjach: wokół czterech kandydatów.

Wszystkie wymienione powyżej zmienne stanowią, iż wybory prezydenckie mają dużo bardziej przejrzysty charakter – w kontekście percepcji politycznej – niż wybory do Sejmu i koncentrują się wokół dwóch, góra trzech kandydatów. Najczęściej dwóch głównych kandydatów nadaje ton kampanii wyborczej, natomiast trzeci pretendent odgrywa istotną, czasami (tak jak Paweł Kukiz w 2015 roku, czy Andrzej Lepper 10 lat wcześniej) kluczową rolę.

Z powodu innych progów strukturalnych postrzegania skuteczności głosowania, a co za tym idzie inaczej kształtowanych oczekiwań wyborców oraz zwiększenia znaczenia racjonalnego kryterium analizy – wybory prezydenckie w dużo większym stopniu konsolidują wyborców wokół dwóch, góra trzech kluczowych graczy, niż wybory parlamentarne (wybory do Sejmu).

Co pokazują doświadczenia historyczne?

Analiza historyczna ostatnich 30 lat potwierdza, że wybory prezydenckie w dużo większym stopniu konsolidują wyborców wokół dwóch/trzech najistotniejszych kandydatów, przy czym czołowa dwójka pretendentów zyskuje nad pozostałymi wyraźną, najczęściej 15-20 proc. przewagę, w taki sposób, a to przekłada się również na percepcję wyborczą i rozkład głosów, że kandydat nr 3 w finale pierwszej tury nie ma już szans na wejście do drugiej tury wyborów prezydenckich.

Liczy się jedynie dwóch pretendentów, natomiast trzeci kandydat (czasami również czwarty) odgrywa ważną, nierzadko rozstrzygającą rolę, w kontekście rozstrzygnięć drugiej tury wyborów prezydenckich.

W historii wszystkich przeprowadzonych w Polsce wyborów prezydenckich tylko raz poparcie dla dwóch czołowych kandydatów, w pierwszej turze, było mniejsze niż 68 proc.; stało się tak podczas pierwszych wyborów, na początku transformacji, w 1990 roku. We wszystkich pozostałych razach poparcie wyborcze dla dwóch głównych pretendentów było wyższe niż 68 proc., zaś w dwóch sytuacjach przekroczyło poziom 70 proc. (w roku 2000 i 2010), a w roku 2010 zbliżyło się nawet do 80 proc.

Jednocześnie jedynie w dwóch przypadkach kandydat numer 2 osiągnął rezultat poniżej 30 proc.; miało to miejsce w roku 1990, w trakcie pierwszych wyborów, oraz w roku 2000, kiedy prezydent Aleksander Kwaśniewski wywalczył reelekcję już w pierwszej turze. Obydwa przypadki są jednak niereprezentatywne, niemiarodajne, gdyż za pierwszym razem, w roku 1990, Polscy dopiero uczyli się głosować, poziom socjalizacji politycznej, był niski; natomiast za drugim razem, w roku 2000, wybory prezydenckie zostały rozstrzygnięte już w pierwszej turze.

Poza rokiem 1995 głosowanie konsolidowało się wokół trzech pierwszych kandydatów, oczywiście z dużo większym nasileniem na dwóch głównych. Później, pod progiem trzech pierwszych kandydatów następowało rozproszenie głosów.

Tylko raz, poparcie dla trzech pierwszych kandydatów było niższe niż 80 proc.; miało to miejsce w 1995 roku, gdy pierwsza trójka skonsolidowała łącznie 77,44 proc. (wtedy właśnie istotną rolę odegrał również czwarty kandydat – Jan Olszewski). We wszystkich pozostałych razach poparci dla pierwszej trójki wyszło poza granice 80 proc., zaś w dwóch ostatnich przypadkach (lata 2010 i 2015) oscylowało wokół 90 proc.

Analiza strukturalna, w ramach której w pierwszej części wyborów prezydenckich (przed 10 maja 2020) dominowało kryterium sympatii, opierające akt głosowania na emocjach, zaś w drugiej części kampanii wyborczej (po 10 maja) nastąpiło istotne przesunięcie w kierunku kryterium analizy, aktywizujące w większym stopniu czynniki racjonalne, ale także emocje (negatywne), progi strukturalne postrzegania szans skuteczności głosowania, jak również analiza historyczna, każą postawić tezę, iż w pierwszej turze wyborów prezydenckich 2020 roku, dwóch pierwszych kandydatów przekroczy łącznie próg 68 proc., a kandydat numer 2 przekroczy granicę 30 proc. Jednocześnie może dojść do powtórki sytuacji z wyborów prezydenckich w 1995 roku, kiedy konsolidacja głosowania następowała wokół czterech (a nie jak zazwyczaj miało to miejsce w ramach polskich doświadczeń: trzech) kandydatów, i to właśnie ten czwarty pretendent może odegrać kluczową rolę, w kontekście perfuzji wyborczego poparcia w drugiej turze. *W roku 1995 wyborcy prawicowego kandydata, Jana Olszewskiego, zadecydowali, że prezydentem został Aleksander Kwaśniewski – wpłynęła na to ich absencja oraz głosowane taktyczne, połączone z emocjonalnym (niechęć do Wałęsy) w drugiej turze.

Przełomowe momenty pierwszej tury

Można wymienić dwa kluczowe momenty, które ukształtowały charakter wyborów prezydenckich w pierwszej turze. Moment pierwszy miał paradoksalnie miejsce na długo przed ogłoszeniem wyborów i można go ironicznie określić jako: powrót PSL-u na wieś. Z tego punktu widzenia, niesamowicie ważnym wydarzeniem były wybory do Parlamentu Europejskiego w maju 2019 roku. I tu pojawia się kolejny – paradoks – rozpad Koalicji Europejskiej, skupiającej siły centroprawicowe, centrowe, oraz lewicowe, był wydarzeniem bardzo niekorzystnym dla PiS, a także dla prezydenta Andrzeja Dudy. Formuła Koalicji Europejskiej nie tworzyła spójnej struktury, była antynomiczna kulturowo, światopoglądowo, ideologicznie. PSL wchodząc do KE jednocześnie opuścił polską wieś. Wyborcy ludowi nie głosowali na KE. W projekcie tym uczestniczyły ludowe PSL-owski elity, ale nie lud.

To spowodowała perfuzję głosów w wyborach europejskich z PSL do PiS. Wewnętrzne badania zlecone przez PSL pokazały, iż na wspólną federację KE zagłosowało jedynie 2 proc. sympatyków PSL; reszta oddała głos na PiS. Na terenach wiejskich poparcie dla PiS zaczęło osiągać rekordowe poziomy 700 tys. głosów na  jeden milion głosujących.

W tym miejscu należy jednak podkreślić, iż nawet ten kulminacyjny pułap poparcia – 700 tys. głosów na jeden milion głosujących na terenach wiejskich – nie wystarczał, aby Andrzej Duda mógł zwyciężyć w wyborach prezydenckich w pierwszej turze. Do tego potrzeba było zwiększenia skali poparcia dla urzędującego prezydenta o ok. 100 tys. na jeden milion głosujących, czyli łącznie na terenach wiejskich, aby zwyciężyć w pierwszej turze i tym samym zrekompensować straty w wielkich i średnich miastach, Andrzej Duda musiałby osiągać ok. 800 tys. głosów na jeden milion, a dokładnie 790 tys. przy założeniu, że frekwencja w skali całej Polski wyniosłaby 65 proc., i przy korzystnej frekwencji na wsi, w wysokości 57 proc.; przy niższej frekwencji na terenach wiejskich poparcie dla Andrzeja Dudy, aby zapewnić zwycięstwo w pierwszej turze, musiałoby wynosić znacznie powyżej 800 tys. głosujących na jeden milion, a nawet ok. 900 tys. na jeden milion głosujących.

Tymczasem, po rozpadzie Koalicji Europejskiej i powrocie PSL na polską wieś, nastąpiło osłabienie poparcia dla PiS na terenach wiejskich: w pierwszej chwili zmniejszyło się one z 700 tys. do 600 tys. na jeden milion, aby następnie wahać się w przedziale 550 – 600 tys. na jeden milion, a w ekstremalnych momentach regresu poparcia spadać nawet poniżej 500 tys. na jeden milion głosujących (były to jednak sytuacje chwilowe).

Obecnie poparcie dla prezydenta Andrzeja Dudy na terenach wiejskich wynosi ok. 57-60 proc. Jak widać po powrocie PSL na wieś oraz wzmocnieniu pozycji ludowców, zmniejszyła się istotnie solidarność głosowania na PiS (o 15-19 proc. w stosunku do stanu wcześniejszego).

W tym momencie, po wyborach do Europarlamentu, a w konsekwencji tego wydarzenia rozpadzie Koalicji Europejskiej, a przede wszystkim postawieniu przez PSL na bardziej samodzielną egzystencję polityczną, było już przesądzone, że Andrzej Duda nie będzie miał żadnych szans na zwycięstwo w wyborach prezydenckich już w pierwszej turze, aczkolwiek również wcześniej, w trakcie istnienia KE, trochę do tego celu brakowało.

Formuła KE była niesamowicie korzystna dla PiS, gdyż nie mobilizowała w sposób optymalny głosów obozu liberalnego (antyPiS), nie konsolidowała optymalnie wszystkich środowisk centroprawicowych, centrowych, centrolewicowych, oraz lewicowych w ramach jednego projektu politycznego, a poza tym – pozostawiała PiS-owi prawie cały obszar polskiej wsi.

Wejście smoka

Drugi kluczowy moment pierwszej tury rozłożył się na dwa majowe terminy: 10 maja, kiedy Państwowa Komisja Wyborcza unieważniła wybory prezydenckie oraz 15 maja, kiedy z udziału w wyborach prezydenckich wycofała się kandydatka Koalicji Obywatelskiej, Małgorzata Kidawa-Błońska, zaś jakby w jej miejsce formacja ta zgłosiła prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego.

Pojawienie się Trzaskowskiego, choć to tylko jedne kandydat, zmieniło całkowicie strukturę kandydatów oraz treść wyborów: mechanizmy działające w wyborach.

Często bagatelizowana jest okoliczność, że o strukturze nie decyduje kształt czy wartość poszczególnych elementów, obiektów, lecz stosunki, odniesienia, relacje między nimi, czyli konteksty, co wpływa z kolei na percepcję struktury.

Do czasu pojawienie się Trzaskowskiego struktura kandydatów na prezydenta miała bardziej charakter pluralistyczny niż polaryzacyjny, wydawało się, że duopol PO – PiS zostanie przełamany, korzystali na tym inni kandydaci: Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz, Krzysztof Bosak.

W pierwszej odsłonie kampanii prezydenckiej KO postawiła na koncyliacyjną kandydatkę. Start w wyborach Małgorzaty-Kidawy Błońskiej powodował, że gasła funkcja dramaturgicznego odczytania polskiej polityki. Kandydatka KO nie wywoływała silnych emocji politycznych, nie odwoływała się do konfliktu czy podziału, osłabiała spór.

Sytuacja taka zmieniała dialektyczny układ polskiej przestrzeni politycznej w stronę struktury bardziej pluralistycznej. Był to proces niekorzystny dla dwóch najpopularniejszych w Polsce partii politycznych, zarówno PiS, jak i PO.

Poza tym, współczesny, zubożony oraz zwulgaryzowany, przez techniczny rozwój narzędzi komunikacyjnych, jak również postęp w dziedzinie mediów, sposób postrzegania powoduje, że ludzie najlepiej rozumieją to co jest im przedstawione w formie dialektycznej, w układzie opozycji, w postaci wyraźnie zarysowanych kontrastów, w relacji przeciwieństw; natomiast Kidawa-Błońska te kontrasty łagodziła, zaś przeciwieństwa osłabiała, stąd na jej braku wyrazistości zyskiwali inni kandydaci: zwłaszcza Hołownia, Kosiniak-Kamysz i Duda.

Współczesne społeczeństwo lubi mieć podaną politykę w wersji heglowskiej, na zasadzie opozycji: teza – antyteza.

Postulat brytyjskiego socjologa, teoretyka konfliktu, Ralfa Dahrendorfa, że „polityka musi być zimna” jest idealistycznym, hieratycznym założeniem; w istocie, z utylitarnego punktu widzenia: polityka musi być gorąca.

To co zapewniło pojawienie się Rafała Trzaskowskiego, to właśnie podniesienie temperatury polskiej polityki i odświeżenie dawnego sporu. Układ dialektyczny kształtujący przez ostatnie 15 lat większość procesów oraz zjawisk w polskiej polityce został odbudowany. Beneficjentami tej sytuacji stały się doraźnie dwie główne siły polityczne: PiS i PO; jednak okoliczność, że coś jest korzystne dla PiS nie musi oznaczać, że jest tak samo korzystne dla Andrzeja Dudy. W dłuższej perspektywie ewentualny wybór Rafała Trzaskowskiego na prezydenta może stać się problematyczny dla obydwu głównych formacji.

Jeden element wyborczej sceny, kandydat KO Rafał Trzaskowski, stał się tym co Platon nazwałby eidos – istotą tych wyborów, całkowicie odmienił charakter wyborczej struktury kandydatów oraz układu sił; drugim eidos okazał się Władysław Kosiniak-Kamysz oraz wzrost politycznego znaczenia ludowców (powrót PSL) na wsi, co zdarzyło się dużo wcześniej, po wyborach do Europarlamentu.

Dialektyczny układ struktury kandydatów, a w ślad za tym dialektyczny sposób jej postrzegania, spolaryzowały wyborczą scenę, spowodowały, że liczyć zaczęło się tylko dwóch pretendentów reprezentujących główne siły polityczne; reszta kandydatów, z wyjątkiem Krzysztofa Bosaka, który dysponuje „twardym”, „żelaznym” elektoratem, zaś jego wyborcy inaczej definiują parametr domniemania skuteczności głosowania (dla nich sukcesem jest trzecie miejsce) – zaczęła tracić.

Właściwie pierwsza tura wyborów prezydenckich zakończyła się 14 maja, z chwilą zapowiedzi przez KO zgłoszenia kandydatury Rafała Trzaskowskiego; od tego momentu pierwsza tura wyborów toczyła się już z wieloma elementami drugiej tury.

Jak słusznie niedawno zauważył znany dziennikarz „Polityki” i TOK FM, Jacek Żakowski: „dwaj główni kandydaci skradli wybory”.

Już w analizie z 16 maja 2019 roku (zamieszczonej na moim profilu FB) wyjaśniłem funkcjonowanie mechanizmu, który został uruchomiony przez zgłoszenie Rafała Trzaskowskiego, a który miał, jak wówczas diagnozowałem, doprowadzić przede wszystkim do osłabienia poparcia, a w ślad za tym notowań, Władysława Kosiniaka-Kamysza, poprzez odebranie mu sympatyków w miastach, a następnie, poprzez obniżenie czynnika domniemania skuteczności głosowania (politycznego pragmatyzmu) redukcję poziomu poparcia ogólnokrajowego w pomiarach socjometrycznych i w konsekwencji, jako swego rodzaju sprzężenie zwrotne, obniżenia również poparcia w ortodoksyjnym, docelowym obszarze Kosiniaka-Kamysza, czyli na wsi.

Ta sama analiza zakładała również osłabienie wyborczego poparcia dla kandydata Szymona Hołowni.

Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, co potwierdzają mające miejsce wydarzenia, że cytowana analiza potwierdziła się w stu procentach: poziom poparcia oraz notowań sondażowych Władysława Kosiniaka-Kamysza oraz Szymona Hołowni uległ obniżeniu, natomiast trend Rafała Trzaskowskiego okazał się niebywale silny, co zakładała analiza, zaś poziom jego sympatii mierzony w badaniach demoskopijnych szybko pokonywał kolejne – wysokie – progi wskazane przeze mnie w obliczeniach towarzyszących analizie (wszystkie dowody są na FB).

Po momencie 15 maja 2020 roku, Rafał Trzaskowski szybko odzyskiwał liberalny, wielkomiejski elektorat „z depozytu”, oddany czasowo w „depozyt” Hołowni oraz Kosiniaka-Kamysza, z uwagi na zbyt małą wyrazistość Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.

Dlaczego Rafał Trzaskowski wygrał „prawybory”, w taki sposób należy definiować pierwszą turę wyborów prezydenckich, z Szymonem Hołownią oraz Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem? Żeby udzielić kompetentnie odpowiedzi na to pytanie trzeba zadać drugie pytanie: co to znaczy dobry kandydat?

Dobry kandydat to taki, który generuje poparcie wyborcze powyżej siły struktury politycznej, którą reprezentuje oraz innych uwarunkowań strukturalnych, wytwarzając coś, co w ekonomi nazywa się efektem synergii, czyli wartość dodaną. W ramach takiej sytuacji powstaje nadwyżka ponad bazę, ponad efekt struktur, którą można wrazić matematycznym równaniem, w ramach którego: 2 + 2 nie musi równać się 4, a np. deje wynik wyższy niżby wynikało z zsumowania: 5 czy nawet 6 ; w przestrzeniach humanistycznych bardzo często 2 + 2 nie równia się cztery, ale daje wartość wyższą, więcej niżby wynikało z prostego dodawania

Dobre wykorzystanie kapitału struktury, to osiągnięcie czegoś więcej niżby wynikała z zsumowania  pojedynczych elementów ją tworzących, plus jeszcze dodatkowo, jak w przypadku wyborów prezydenckich, uzyskanie efektu synergii, czyli wytworzenie nadwyżki zapewnionej przez jakość kandydata (walory osobowe, cechy indywidualne, itd.).

Ponieważ ludzie w postrzeganiu są nominalistami działanie przyczyny tego skutku jest w kategoriach jednostkowych, indywidualnych niezauważalne, mamy do czynienia z tzw. przyczyną metonimiczną, wprowadzoną do filozofii przez filozofów reprezentujących nurt strukturalistyczny, Jacquesa Rancièra, Jacquesa-Alaina Millera, Louisa Althussera, a także przedstawiciela psychoanalizy, Jacquesa Lacana. Przyczyna metonimiczna jest niezauważalna, a empirycznie można jej doświadczyć jedynie przez działanie skutku (np. wzrostu poparcie w sondażach), przez co często dochodzi do pomylenia skutku z przyczyną.

Jaki pisał twórca strukturalizmu, francuski filozof,Claude Levi-Strauss na podstawie enuncjacji amerykańskiego antropologa Alfreda L. Kroebera: „System czy konfiguracja są zawsze z natury czymś innym niż tylko sumą tworzących je części: wchodzą w to także zachodzące pomiędzy nimi relacje, a więc sieć połączeń dokładających znaczny element dodatkowy”.

Rafał Trzaskowski to kandydat, który maksymalnie (prawie optymalnie) mobilizował efekt struktury, dodając do tego jeszcze coś więcej: efekt jakościowy związany z przymiotami osobowymi.

Jak wskazują moje obliczenia, a także niektóre sondaże: Trzaskowski uzyskuje wyższy poziom poparcia niż jego macierzysta partia, Platforma Obywatelska. KO otrzymała w ostatnich wyborach parlamentarnych (13 października 2019 roku) w wielkich miastach poparcie na poziomie 41 proc., podczas gdy Rafał Trzaskowski w wyborach na prezydenta Warszawy w 2018 roku uzyskał: 56,67, deklasując wszystkich rywali, w tym również tego głównego, Patryka Jakiego (28,53); poziom poparcia Trzaskowskiego w wyborach na prezydenta Warszawy, po przeliczeniu głosów był jeszcze wyższy niż przewidywały sondaże.

W ostatnich wyborach parlamentarnych Koalicja Obywatelska otrzymała w skali kraju poziom 27,4 wyborczego poparcia, podczas gdy Trzaskowski w kilku badaniach demoskopijnych przekroczył już granicę 30 proc., zaś trend wykazuje ciągle dynamiczną tendencję zwyżkową; w moich obliczeniach (na ten moment) poparcie dla Trzaskowskiego znajduje się w przedziale 34-37 proc., jednak jest bliższe raczej tego wyższego pułapu.

Wynika z tego, iż Rafał Trzaskowski jest kandydatem wykraczającym znacznie ponad efekt strukturalny i dającym efekt synergii.

Dla odmiany Małgorzata Kidawa-Błońska była kandydatem znacznie poniżej kapitału strukturalnego: poparcie dla KO, jak zostało już wskazane, w wyborach parlamentarnych w 2019 roku, wyniosło 27,4, tymczasem poparcie dla Kidawy-Błońskiej, w ekstremalnej fazie regresu jej udziału w wyborach prezydenckich, kształtowało się na poziomie 2 proc.

Nie jest argumentem okoliczność, iż Kidawa-Błońska otrzymała znakomity rezultat w wyborach do Sejmu, gdyż wybory proporcjonalne rządzą się innymi uwarunkowaniami oraz wiąże się z nimi inny typ percepcji: trudniej nie wykorzystać efektu strukturalnego (zepsuć wybory), a jednocześnie trudniej obnażyć mankamenty osobowe i pokazać walory indywidualne..

Dla porównania, nie najlepszym kandydatem jest również prezydent Andrzej Duda: nie mobilizuje kapitału struktur w sposób optymalny, i nie gwarantuje efektu synergii.

W analizie z 21 kwietnia 2020 roku pisałem o możliwościach poszczególnych kandydatów w kontekście potencjału struktury, jak również pojęcia dobrego kandydata: „Natomiast Andrzej Duda, Małgorzata Kidawa-Błońska, czy Robert Biedroń, to przykłady złych kandydatów; cała trójka cieszy się mniejszym poparciem niż ich formacje.
Andrzej Duda, w pierwszej turze wyborów prezydenckich (bo ta jest miarodajna i porównywalna z preferencjami politycznymi) w 2015 roku, otrzymał o 2,82 proc. mniej niż jego partia w odbywających się pięć miesięcy później wyborach parlamentarnych (Duda: 34,76; PiS: 37,58); podobnie w korespondencyjnym porównaniu z liderem PiS, Jarosławem Kaczyńskim, Andrzej Duda wypada gorzej. Pierwszy gdy stratował w wyborach prezydenckich w 2010 roku, uzyskał w pierwszej turze rezultat 36,46, a zatem o 1,7 proc. więcej niż Andrzej Duda w 2015 roku (34,76).
Niech nikt mi nie mówi, że Duda jest dobrym kandydatem. On był dobry w przeszłości z jednego powodu: demobilizował elektorat lewicowy oraz centrowo-liberalny w drugiej turze wyborów i co się z tym wiąże osłabiał siłę oddziaływania swojego kontrkandydata (wtedy Komorowskiego); miał też potencjał rozszerzania elektoratu w warunkach polaryzacji. Jednak dzisiaj ten element już nie działa, gdyż Andrzej Duda jest bardzo mocno kojarzony z PiS i posiada ogromne zasoby negatywnych wyborców. Jego zdolność poszerzania populacji wyborczej jest dyskusyjna, zależy w dużej mierze od kandydata, z którym się spotka w drugiej turze, ale raczej jest mała.
Nie najlepszym kandydatem jest Robert Biedroń, dostaje o ponad połowę (znacznie ponad) mniej niż formacja, którą reprezentuje: Lewica w wyborach parlamentarnych 2019 otrzymała poparcie na poziomie 12,56 proc., Biedroń, w sondażach, o ile można im wierzyć, dostaje 6-7 proc., w moich obliczeniach siły trendu na podstawie zbiorów liczb jeszcze mniej, bo 5,60 proc. Ciągnie zatem partię w dół.

Najlepiej efekt złego kandydata widać na przykładzie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. W pomiarach preferencji politycznych zyskuje ona jeszcze raz mniej wyborców niż poparcie, którym cieszy reprezentowana przez nią partia: Platforma Obywatelska. Regres Kidawy-Błońskiej jest już nieodwracalny. Jeśli dojdzie do pierwszej tury wyborów prezydenckich, a dynamika jej spadków popularności będzie dalej kontynuowana, prawdopodobnie nie uplasuje się ona nawet na medalowym miejscu, zajmie być może piąte lub szóste miejsce, przegrywając wybory z kandydatem Lewicy Biedroniem, a nawet z pretendentem Narodowców – Krzysztofem Bosakiem”.

Również zacytowana powyżej analiza sprawdziła się, a ostateczne konsekwencje dla Kidawy-Błońskiej okazały się jeszcze bardziej dramatyczne, gdyż musiała wycofać się z udziału w wyborach, zaś Robert Biedroń te dramatyczne skutki swojego startu w wyborach prezydenckich, a także nieumiejętności, choćby minimalnego wykorzystania kapitału strukturalnego, zapewne dopiero odczuje w dniu 28 czerwca 2020 roku.

Dobrymi kandydatami w kontekście wykorzystania potencjału struktury oraz wytworzenie wartości dodanej, okazali się Szymon Hołownia i, w pierwszej fazie pierwszej tury wyborów, Władysław Kosiniak-Kamysz.

Hołownia zaczynał właściwie od zera, nie miał do dyspozycji żadnej partii politycznej czy silnej organizacji społecznej, a otrzyma rezultat wyborczy, prawdopodobnie bliski przedziału 8-10 proc., a w pewnych momentach kampanii wyborczej, przed pojawieniem się Rafała Trzaskowskiego, w moich obliczeniach i w pomiarach socjometrycznych uzyskiwał nawet ponad 20 proc.

Z Kosiniakiem-Kamyszem sprawa jest dużo bardziej złożona. Nie mógł on wykorzystać kapitału immanentnego własnej struktury z uwagi na cechy ogólne struktury kandydatów, a przede wszystkim jej niekorzystnej dla kandydata reprezentującego PSL zmiany, jaka nastąpiła po wejściu do gry Rafała Trzaskowskiego.

Przed pojawieniem się Trzaskowskiego Kosiniak-Kamysz posiadał 5 proc. poparcia w przestrzeni miejskiej, co jest dla ludowców zjawiskiem dość nietypowym, a co z kolei napędzało ogólny pomiar socjometryczny dla całego kraju i wtórnie, na zasadzie sprzężenia zwrotnego oraz wzmocnienie domniemania skuteczności oddanego głosu (efekt pragmatyzmu wyborczego) – zwiększało poparcie Kosiniaka-Kamysza na terenach typowo wiejskich, który w szczytowym momencie sięgnęło poziomu 25 proc,

Gdy pojawił się Trzaskowski tendencja ta zaczęła działać w drugą stronę.

Drugi powód, który zadecydował, że Rafał Trzaskowski wygrał rywalizację o drugą turę (swego rodzaju prawybory) z Szymonem Hołownią i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem jest typowo strukturalny i został opisany w naukach politycznych za pomocą teorii (hipotezy) spirali milczenia oraz hegemoni.

O spirali milczenia i hegemonii pisałem na moim profilu FB w tekście z 12 czerwca 2020 roku.

„Hegemonia i spirala milczenia

Dlaczego Rafał Trzaskowski wygrał z Kosiniakiem-Kamyszem, z Hołownią, i prawdopodobnie wygra również z Andrzejem Dudą?

Na to pytanie można odpowiedzieć za pomocą dwóch, w sumie, dość zbliżonych teorii: spirali milczenia oraz, w szerszym kontekście, hegemonii.

Od wielu lat twierdzę, że obóz liberalny posiada w Polsce przewagę nad konserwatywnym w aspekcie, tego co można nazwać kapitałem symbolicznym: posiada wyższe kompetencje kulturowe, jest lepiej wykształcony, mieszka w wielkich ośrodkach miejskich, które już same w sobie determinują wyższą świadomość, lecz na plan pierwszy wysuwają się dwie kluczowe przewagi o charakterze strukturalno-kulturowym, istotne z punktu widzenia formowania kapitału symbolicznego: 1) przewaga w mediach, a patrząc na problem szerzej – w środowisku dziennikarskim; oraz 2) przewaga w środowisku naukowym.

To pozwala narzucić warunki debaty publicznej i ten element, który nazywamy narracją polityczną. Strona konserwatywna mogła wygrywać wybory jedynie w sytuacji dekonsolidacji i demobilizacji obozu liberalnego. Gdy zaś ten ostatni był zintegrowany: zwyciężał.

U Rafała Trzaskowskiego dochodzi jeszcze jeden czynnik, z góry zaznaczę, że nie do końca sprawiedliwy, ale nie jest to wina Trzaskowskiego, gdyż na taki scenariusz umówiła się cała klasa polityczna: świeżość (jednak ten wątek pozostawię na sam koniec).

Hipotezę spirali milczenia stworzyła niemiecka publicystka oraz dyrektorka ośrodka badania opinii publicznej – Institut für Demoskopie, Elisabeth Noelle-Neumann. W Polsce o teorii spirali milczenie mówił niedawno w telewizji TVN24 prof. Janusz Czapiński, który użył, pewnie na potrzeby zawsze w jakimś stopniu stereotypowej dyskusji w mediach, uproszczenia jakoby spirala milczenia oznaczała poparcie dla tego gracza, co do którego społeczeństwo żywi przeświadczenie, że wygra; w istocie jednak hipoteza ta oznacza trochę co innego.

Obserwując zachowania niemieckich polityków i dokonując badania preferencji politycznych, Elisabeth Noelle-Neuman doszła do wniosku, że poczucie posiadania przewagi w sferze postrzegania przez opinię publiczną: uskrzydla; staje się jak atut własnego boiska, a mówiąc precyzyjniej, własnej publiczności, gdy konkretna drużyna piłkarska rozgrywa mecz u siebie na stadionie.

Mówimy wówczas, że publiczność staje się „dwunastym zawodnikiem” i że „gospodarzom mury pomagają”.

Materiałem źródłowym dla stworzenia przez Nolle-Neuman spirali milczenia stały się badania deklarowanych zamiarów (gotowości) głosowania w wyborach federalnych w 1965 roku, w stosunku do rzeczywistych rezultatów głosowania. Zaobserwowano fenomen, w ramach którego świadomość przewagi określonych poglądów (preferencji) w przestrzeni opinii publicznej sprzyjała ich werbalizacji, czyli publicznego artykułowania, zaś w przypadku przeciwnym objawiało się to przyjmowaniem postawy milczenia.

Inaczej mówiąc, chętniej popieramy tego kandydata, którego również inni popierają, i którego poparcie zatacza coraz szersze kręgi, a wycofujemy się z poparcia wobec tego, którego inni nie popierają albo nie wiemy, że popierają, bo milczą.

Powstaje w ten sposób zjawisko spirali milczenia, które (co muszę dodać od siebie wychodząc poza teorię Elisabeth Nolle-Neuman) może być procesem ambiwalentnym: w pewnych sytuacjach może poprzez sprzężenie zwrotne i procesy wtórne realnie zaniżać realne poparcie, lecz w innych może zaniżać realne poparcie w sposób fikcyjny, kontrfaktyczny, najczęściej w pomiarach preferencji politycznych, podczas gdy rzeczywista skala poparcia jest wyższa (w Polsce najlepszym przykładem tego drugiego zjawiska były/są partie takie jak PiS czy PSL, zawsze nieoszacowane w badaniach demoskopijnych).

Obydwa procesy mają przebieg „śnieżnej kuli”. Artykułowanie w ramach interakcji społecznych poparcia do jakiegoś podmiotu politycznego będzie napędzać dynamikę wzrostu sympatii; tak samo, tylko w drugą stronę, milczenie przełoży się na regres popularności i spadek deklarowanej aprobaty politycznej.

W życiu społecznym rządzą pewne mechanizmy. Jednym z najistotniejszych jest konformizm. Przejawiamy skłonność do zachowywania się zgonie z sposobem postępowania innych, który w społeczeństwie, lub w określonej grupie (syndrom myślenia grupowego) zyskuje przewagę, i unikamy, w obawie przed odrzuceniem, przyjmowania postaw mniejszościowych (dewiacyjnych), które realnie wcale nie muszą być małe czy marginalne, lecz są tłumione przez zjawisko milczenia.

Milczenie, nawet gdy wiąże się z ukrywaniem prawdziwych sympatii politycznych, przekłada się na wzrost milczenia i w konsekwencji poprzez sprzężenie zwrotne, ich dalszy realny spadek.

W ramach spirali milczenia powstaje więc zależność wobec tego co dominuje. Ludźmi mniej zaangażowanymi politycznie, o niższym poziomie socjalizacji politycznej, kieruje konformizm, a więc chęć znalezienia się po stronie, która w ich przeświadczeniu posiada przewagę; z drugiej strony obawa i lęk przed wyizolowaniem, odrzuceniem przez jednostki należące do tej samej grupy społecznej, przekłada się na obronny odruch milczenia, a w ślad za tym przepływy (perfuzje) poparcia z kandydatów, w kontekście których istnieje mniejsze domniemanie skuteczności głosowania, na pretendentów, co do których przypuszczamy większe prawdopodobieństwo zwycięstwa.

Następuje zależność zaangażowania publicznego od szacowania prawdopodobieństwa sukcesu. W języku francuskim jest świetne powiedzenie, które ten proces ilustruje, a które często cytuje szef Fundacji Batorego, prof. Aleksander Smolar: „biegną na pomoc zwycięzcom”.

Dlatego tak łatwo i tak szybko (co przewidziałem z wyprzedzeniem) Rafał Trzaskowski prześcignął w sondażach swoich konkurentów po centro-liberalnej i chadeckiej stronie politycznej: Władysława Kosiniaka-Kamysza i Szymona Hołownię; Trzaskowski musiał z nimi wygrać, gdyż właśnie za nim przemawiały dyspozycje teorii spirali milczenia.

Gdy dziś twierdzimy, że kluczową sprawą do osiągnięcia zwycięstwa z kandydatem PiS, Andrzejem Dudą, w drugiej turze wyborów prezydenckich, będzie przyciągnięcie głosów osób niezdecydowanych, a także, na co ja zawsze kładę nacisk, zmobilizowanie nie tylko większych zasobów, ale również rezerw, to w tym przypadku większe szanse z uwagi na wyższe przeświadczenie zwycięstwa, domniemanie skuteczności głosowania, posiada Rafał Trzaskowski.

Aczkolwiek trzeba pamiętać, że w pewnych sytuacjach milczenie może działać na korzyść Andrzeja Dudy, maskując jego prawdziwe, realne poparcie. W ramach, użyję nazwy stereotypowej, tzw. mieszczaństwa, istnieje spora część wyborców, która nie przyznaje się do popierania PiS.

Zbliżoną teorią do spirali milczenia, ale szerszą jest teoria hegemonii. Obydwie zwracają uwagę na ważny aspekt gry politycznej: mówią iż rozstrzyga się ona nie w sferze kulturowej; to tam, a nie w obiektywnej sferze ekonomicznej, czy używając chyba lepszego słowa – materialnej – trzeba zyskać przewagę, aby zwyciężyć w rywalizacji politycznej.

Mimo, iż twórcą teorii hegemonii jest marksistowski filozof polityki, Antonio Gramsci, to właśnie ten punkt widzenia dominuje współcześnie na amerykańskich uniwersytetach oraz w rozwiniętych krajach demokratycznych zachodniej Europy; niestety w Polsce nadal dziwnie jest przemilczany.

Gramsci należał do tradycji Marksa. O ile ten drugi uważał, że sens gry politycznej tkwi w tym co określił mianem „bazy”, czyli pewnej podstawy ekonomicznej, obiektywnego stosunku środków produkcji, to Gramsci wprowadził korektę do myśli marksistowskiej, a tak naprawdę uściślił poglądy samego Marksa, w aspekcie twierdzenia, iż kluczowy etap walki politycznej odbywa się w przestrzeni tego co Marks nazwał: „nadbudową”, a więc sferą kulturową, czy mówiąc inaczej: „królestwem” świadomości.

W rzeczywistości Marks nigdy nie mówił, że istota gry politycznej zamyka się w przestrzeni „bazy|”. Taką interpretację nadała mu – błędnie – tradycja marksistowska, myląc poprzez nieprecyzyjne tłumaczenie oraz źle stosując niuanse znaczeniowe, terminy: „Grundlage” i „Überbau”.

Nieporozumienie to powstało w związku ze źle zrozumianą niemiecką metaforą, zaś wątpliwości wyjaśnił ostatecznie francuski filozof, Maurice Godelier, podczas konferencji na temat ponownego odczytania dzieł Karola Marksa (Althusser i inni: „Lire le Capital”), przestrzegając przed definiowaniem „nadbudowy” jako budynku zdewastowanego, zubożałego, i peryferyjnego; Godelier słusznie zwrócił uwagę, że żyje się w domu a nie w fundamentach.

Dlatego z punktu widzenia walki politycznej kluczowe znaczenie ma nie „baza” lecz „nadbudowa”, istotniejsze jest to, co dzieje się w przestrzeni „nadbudowy”.

Antonio Gramsci stworzył pogląd, wg którego, aby zdobyć lub utrzymać władzę trzeba zbudować hegemonię w sferze kulturowej. Rządy zdaniem Gramsciego można sprawować za pomocą środków przymusu lub hegemoni kulturowej; w tym przypadku jednak Gramsci, w odróżnieniu od innego włoskiego myśliciela, Niccolo Machiavellego, uważa, iż rządzenie za pomocą samego strachu wywołanego stosowaniem środków przymusu nie wystarczy, że aby sprawować władzę należy osiągnąć stan określany przez niego: dobrowolnym posłuszeństwem.

Gramsci, inaczej od wielu politologów i teoretyków polityki, uważał, iż rządzić można albo za pomocą hegemonii, albo za pomocą użycia środków przymusu, lecz korzystanie ze środków przymusu oznacza tak naprawdę słabość władzy i komunikuje jej schyłkową fazę; rządzący używają środków przymusu, gdy choćby podświadomie zaczynają wyczuwać własną słabość oraz kres swoich rządów.

Opozycja obydwu stanów jest analityczna, gdyż w sytuacji realnej obydwa instrumenty zachowują stosunek komplementarny, ale kluczowym element stanowi hegemonia.

Prawdziwa siła władzy opiera się na hegemonii, tę zaś uzyskuje się nie w sferze materialnej (w sferze „bazy), jak błędnie głosili niefortunni interpretatorzy Marksa, lecz w przestrzeni niematerialnej, w sferze „nadbudowy”.

Aby uzyskać hegemonię trzeba wprowadzić społeczeństwo w stan dobrowolnego posłuszeństwa, zaś do tego niezbędne jest przekonanie społeczeństwa, iż interes grupy (partii) ubiegającej się o władzę lub ją sprawującej, pokrywa się z interesem społeczeństwa.

W opinii Gramsciego musi pojawić się spójność interesów, a mówiąc precyzyjniej wrażenie spójności, przeświadczenie spójności, pewnego rodzaju pozory (mit) adekwatności interesów, aby społeczeństwo weszło w stan określany jako dobrowolne posłuszeństwo, w stosunku do konkretnej władzy.

W istocie, w walce o władzę, chodzi o wytworzenie fikcji wspólnoty interesów, czegoś co Friedrich Nietzsche zdefiniowałby jako mit, i na tym właśnie micie, w opinii Antonio Gramsciego, opiera się legitymizacja rządzących.

W ten sposób, poprzez fikcyjność zbieżności interesów (choć w pewnych okresach te interesy są realnie w jakimś zakresie czasowo zbieżne) dana władza uzyskuje mandat do rządzenia. Proces ten dokonuje się w sferze mentalnej, który Luis Althusser nazywa masywem ideologicznym (Jean-Jacques Rousseau określił to jako „maskę woli ogółu”; władza aby osiągnąć prawowitość rządów musi naciągnąć taką maskę).

Krótko mówiąc: aby zdobyć legitymizację do sprawowania władzy należy zbudować hegemonię w przestrzenie kulturowej (ideologicznej), czyli trzeba zawładnąć lub nawet przejąć kontrolę nad społeczną świadomością.

Oprócz czynników czysto jakościowych niezbędne do tego (do ich generowania) są również struktury, w postaci mediów, think tanków, ośrodków opiniotwórczych, narzędzi nacisku, grup interesów oraz środowisk klientelistycznych.

W takich warunkach tworzy się coś, co inny włoski politolog, Giovanni Sartori nazywa wyborem w trybie altymetrycznym – wyborem poprzez rekomendację ogniw pośrednich, na zasadzie skrócenia dystansu do przestrzeni władzy (celebrytom, przedstawicielom mediów, itp.), właśnie w formule przypominającej hegemonię lub spiralę milczenia.

Kilka lat temu, hiszpański filozof, Jose Luis Villacanas, dostrzegł, że dominacja politycznych środowisk neoliberalnych, począwszy od lat 70. i 80. XX wieku, opierała się na funkcjonowaniu tzw, think tanków, a więc specjalnie stworzonych grup o charakterze merytorycznym i intelektualnym, obficie finansowanych przez rozmaite grupy interesów, a dążących do forsowania określonych idei w sferze debaty publicznej, czyli w warstwie, którą Marks i Gramsci określiliby mianem „nadbudowy”, właśnie w celu zapewnienia dominacji w sferze althusserowskiego masywu ideologicznego i uzyskania stanu dobrowolnego przyzwolenia, poprzez stworzenie mitu wspólnego interesu.

Dzięki nim formacje neoliberalne osiągnęły przewagę nad opcjami socjalistycznymi i socjaldemokratycznymi.

Patrząc w kontekście doświadczeń Polski ta perspektywa może być niejednoznaczna, gdyż po 2010 roku, a już na pewno po roku 2013, odnotowano wyraźny wzrost think tanków, zaangażowanego dziennikarstwa, różnego rodzaju środowisk opiniotwórczych, po stronie PiS-u, jednak mimo wszystko większe zasoby w tej materii posiada nadal obóz liberalny, który począwszy od momentu rozpoczęcia transformacji, czyli od roku 1989 budował struktury hegemonii. Dlatego wszystkie te atuty zostały zdyskontowane po stronie Rafała Trzaskowskiego w rywalizacji z Szymonem Hołownią i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem i staną się niezwykle ważnymi przewagami w walce z prezydentem Andrzejem Dudą.

Dotychczasowe doświadczenie pokazywały, że przy czołowym, bezpośrednim zderzeniu, w sytuacji maksymalnej mobilizacji po obydwu stronach, obóz liberalny w Polsce zawsze zwyciężał. I prawdopodobnie tak stanie się w trakcie najbliższych wyborów prezydenckich.

Tu pojawia się problem z interpretacją Gramsciego. Czy faktycznie o wygraniu rywalizacji politycznej decyduje to co dzieje się w sferze nie „bazy” a „nadbudowy”, a więc w wymiarze ideologicznym i kulturowym?

Gramsci był realistą i w żaden sposób nie bagatelizował dziedziny materialnej, zapewne wiedział, jak ważny jest czynnik strukturalny. Jego zaś teorię hegemonii należy rozumieć jako rezultat pesymizmu oraz frustracji, coś na otarcie łez, i zalecenie dla lewicy: skoro nie możecie wygrać bitwy w sferze „bazy”, spróbujcie zwyciężyć przynajmniej w wymiarze „nadbudowy”.

Dlatego wyróżnił dwa rodzaje wojen politycznych: ruchomą oraz pozycyjną. Zwycięstwo w wojnie pozycyjnej oznacza wygranie bitwy, ale nie wojny.

Przed kolejnymi wyborami zwolennicy PiS powtarzają pytanie, które 4 czerwca 1992 roku, podczas słynnej „nocy teczek” zadał premier Jan Olszewski: ”czyja będzie Polska?”. Tymczasem ta kwestia już dawno została rozstrzygnięta. Wchodząc w nomenklaturę Gramsciego, PiS mógł wygrać tylko wojnę pozycyjną, jednak nie zwyciężył w wojnie ruchomej; już dawno, i w sferze strukturalnej, i kulturowej, zostało przesądzone, że Polska będzie liberalna. Hegemonię zbudował obóz liberalny. Dlatego rządy PiS są tylko epizodem.

Na początku napisałem, że oprócz spirali milczenia, a w szerszym ujęciu hegemonii ważną przewagą Rafała Trzaskowskiego nad pozostałymi kandydatami jest świeżość, i że jest to element nie do końca sprawiedliwy.

Otóż paradoksalnie, pretendenci, którzy zgłosili się do wyborów prezydenckich wcześniej, długo prowadzili swoją kampanię i po unieważnieniu wyborów 10 maja 2020 roku zostali zwolnieni z obowiązku zbierania podpisów: stracili. Trzaskowski natomiast zyskał, gdyż otrzymał atut: świeżości. To tak samo, jak gdyby w sklepie wędliniarskim wśród starych wędlin powiesić świeżą kiełbasę albo wpuścić na boisko nowego zawodnika, tuż przed zakończeniem meczu; w piłce nożnej jest to dozwolone, w polityce raczej nie.

Oczywiście nie jest to wina Rafała Trzaskowskiego, albowiem nie on stworzył tego rodzaju warunki gry (precedens), nie do niego trzeba adresować pretensję, ale instytucje wyborcze oraz parlamentarna większość (Sejm i Senat), a zwłaszcza dwie dominujące w Polsce partie polityczne (PO i PSL), zmieniając warunki gry podczas jej trwania stworzyły nierówne szanse rywalizacji politycznej. W gorszym położeniu znaleźli się kandydaci, którzy zostali zgłoszeni wcześniej.

Dotykamy zjawisk słabo wymiernych lub w ogóle niewymiernych, które bardzo trudno określić w empiryczny sposób, a związanych z miarą zużycia. Zużycie, a z drugiej strony świeżość, stawią w polityce jedne z najważniejszych parametrów, często decydujące o wygranej lub porażce tego czy innego podmiotu politycznego.

Rafał Trzaskowski, nie bagatelizując jego wysokich politycznych talentów, otrzymał coś co ojciec politologii, Niccoli Machiavelli, określiłby mianem „fortuny”: czyli zdarzenie losowe, wywołane częściowo przez siły natury, a częściowo przez nieudolność rządzących, które dzięki własnej odwadze i zaangażowaniu, prawdopodobnie będzie potrafił wykorzystać.

Nie jest prawdą, iż Szymon Hołownia czy Władysław Kosiniak-Kamysz mieliby (o czym mogą świadczyć pomiary preferencji politycznych) większe szanse w starciu z prezydentem Andrzejem Dudą, gdy nie posiadają tych samych struktur oraz zależności tworzących warunki hegemonii i spirali milczenia, co Rafał Trzaskowski. Trzeba pamiętać, że czym innym jest rzeczywistość sondażowa opierająca się na deklaracjach, a czym innym rzeczywistość realna, związana z aspektem działania; sondaże nie są w stanie uchwycić wszystkich zmiennych decydujących o wyborczym poparciu, a zwłaszcza determinant strukturalnych.

Hołownia czy Kosiniak-Kamysz w starciu z Dudą pozostaliby bez struktur, rozumianych dużo szerzej niż tylko struktury partyjne (chodzi właśnie o hegemonię, o całe otoczenie strukturalne, o masyw ideologiczny). Zarówno hegemonia, jak i spirala milczenia przemawiają wyraźnie za Trzaskowskim. Gdyby było inaczej, to Hołownię lub Kosiniaka-Kamysza natarczywie atakowałyby „Wiadomości” TVP. Ostrze negatywnej propagandy PiS wymierzone jest jednak w Trzaskowskiego, gdyż stratedzy PiS już chyba zrozumieli, że to on jest największym zagrożeniem.

Dlatego właśnie, prezydent Warszawy jest dla PiS rywalem „śmiertelnym”, najgroźniejszym z możliwych”.

Przetrwał tylko Bosak

Właśnie dzięki hegemonii oraz spirali milczenia Rafał Trzaskowski szybko zdystansował pozostałych kandydatów, którzy po centro-liberalnej i lewicowej stronie (choć paradoksalnie jest to polityk centroprawicowy) rywalizowali z nim o wejście do drugiej tury.

Trzaskowski odbudował polaryzację, która szybko zaczęła rządzić wyborczą sceną. Przełożyło się to na gwałtowny regres notowań oraz realnego poparcie wyborczego, kandydatów takich jak Władysław Kosiniak-Kamysz, Szymon Hołownia (z ponad 20 do ok. 13-12 proc., a może nawet jeszcze niżej), czy Roberta Biedronia.

Przed atakiem Trzaskowskiego mógł się obronić jedynie Krzysztof Bosak, gdyż jego wyborcy inaczej definiują swoje polityczne cele i to o czym kiedyś pisał francuski antropolog symboliczny, Pierre Bourdieu, w rozważaniach nad władzą oraz habitusem: stawkę.

Zarówno habitus i stawka wyborców Krzysztofa Bosaka są inne. Oni walczą w zasadzie w wyborach prezydenckich o miejsce na podium, czyli o trzecie miejsce, a nawet o maksymalnie, jak najlepszy rezultat.

Stąd domniemanie skutecznego głosowania u wyborców Bosaka wygląda całkowicie inaczej; inne są ich aspiracje.

Poza tym, „Konfederacja” dysponuje dobrze zdefiniowanym politycznie, świadomym, zdeterminowanym elektoratem.

II tura wyborów prezydenckich

Tekst na temat spirali milczenia oraz hegemonii pozwolił płynnie przejść w analizie z pierwszej do drugiej tury wyborów.

Obydwa zjawiska: spirala milczenia oraz hegemonia będą odgrywały w walce pomiędzy obecnym prezydentem Andrzejem Dudą a kandydatem obozu liberalnego, Rafałem Trzaskowskim, ogromną rolę.

Zwłaszcza hegemonia, gdyż odnosi się ona zarówno do wymiaru „bazy” (strukturalnego), jak i do wymiaru „nadbudowy” (kulturowego, czy psychospołecznego).

Ważne jest prawidłowe zrozumienie teorii hegemonii. Nie można z niej wyciągnąć wniosku, jaki pozornie się narzuca, iż rozstrzygająca jest dominacja w sferze kulturowej – jest ważna, niezwykle istotna, ale nie rozstrzygająca, Obydwie przestrzenie – „baza” i „nadbudowa” są niezwykle ważne i żadnej nie można zaniedbać.

Gdy włoski filozof, Antoni Gramsci tworzył teorię hegemonii, jego intencją najprawdopodobniej było danie ludziom lewicy (Gramsci był włoskim komunistą, a zaliczany jest do tradycji marksistowskiej) czegoś w rodzaju pocieszenia, pomysłu na otarcie łez, strategii zastępczej.

Jego komunikat wysłany do lewicy brzmiał mniej więcej tak: skoro nie możemy zwyciężyć w przestrzeni „bazy”, w obiektywnym wymiarze stosunków społeczno-ekonomicznych, wygrajmy w przestrzeni „nadbudowy”, a więc w wymiarze kultury, w sferze języka, dyskursu, symboli, debaty publicznej, itd.

Dlatego Gramsci wyraźnie rozróżnił „wojnę ruchomą”, rozgrywaną w sferze obiektywnych relacji gospodarczych, od „wojny pozycyjnej”, którą można rozegrać i wygrać w przestrzeni kultury; poprzez to co we współczesnej filozofii polityki określa się jako: posiadanie języka, „kolonizacji” dyskursu, przejmowaniu słów, pojęć, nawet „kradzieży” języka, itp.

Posiadanie tematu przypomina pojęcie posiadania piłki w futbolu: ta drużyna, która ma lepszą statystykę posiadania piłki, zyskuje tzw. przewagę optyczną, która najczęściej (choć nie zawsze) przekłada się na realną, definitywną przewagę i zwycięstwo w meczu,

Teorię hegemonii Antonio Gramsciego, a zwłaszcza jej ważnego działu – „wojny pozycyjnej” – rozwinęli współcześnie inni filozofowie polityki, tacy jak: Ernesto Laclau, autor „Rozumu populistycznego” oraz Chantal Mouffe.

Paradoks polega na tym, iż z teorii, którą Gramsci stworzył dla znajdującej się na Zachodzie Europy od 1936 roku (od wojny domowej w Hiszpanii) lewicy komunistycznej w defensywie (na wschodzie dopiero od roku 1989), skorzystała  chyba w większym stopniu również prawica populistyczna: oprócz lewicowych populistycznych ugrupować, takich jak: „Podemos” w Hiszpanii, czy „Syriza” w Grecji, na koncepcjach Laclau oraz Mouffe skorzystały również formacje populistycznej prawicy, takie jak Front Narodowy we Francji, Ruch Pięciu Gwiazd we Włoszech, czy Alternative für Deutschland w Niemczech

W Polsce PiS.

Dlatego Laclau czy Mouffe, często nazywani są „schmitami lewicy”, gdyż rozbudowując dział nazywany „wojną pozycyjną” w teorii hegemonii Gramsciego, stworzyli również strategię (czy co najmniej taktykę) dla populistycznej prawicy.

Wojna pozycyjna polega na stopniowym przejmowaniu władzy poprzez próbę zdobywania hegemonii w sferze kulturowej: zawłaszczanie języka, kolonizowanie dyskursu, posiadanie tematu, napełnianie pustych pojęć znaczeniami, itd.

Szczególnie ważny i ciekawy jest ten ostatni element: napełnianie pustych pojęć znaczeniami.

„Kolonizując” dyskurs można osiągnąć przewagę pozycyjną.

W kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich, myśląc już zapewne o drugiej turze, PiS próbuje regenerować pytanie, które 4 czerwca 1992 roku, podczas słynnej debaty w Sejmie nad odwołaniem rządu Jana Olszewskiego oraz tzw. „Nocy teczek” zadał Jan Olszewski: (…) „I z pełną świadomością stawiam przed Wami, Państwo Posłowie, stawiam przed Wami to zadanie, abyście według własnego sumienia głosowali za lub przeciw odwołaniu tego rządu; to czynię tak w przekonaniu, że od dzisiaj stawką w tej grze jest coś innego niż tylko kwestia, jaki rząd będzie wykonywał ten budżet do końca roku, że w grze jest coś więcej, że w grze jest pewien obraz Polski: jaka ona ma być (?); może inaczej: czyja ona ma być?”.

W kontekście wyborów prezydenckich 2020 roku, zwłaszcza po wejściu do gry Rafała Trzaskowskiego, PiS powtarza pytanie Jana Olszewskiego: czyja będzie Polska? Tyle tylko, że to pytanie zostało już dawno rozstrzygnięte.

W sferze struktur, obiektywnych stosunków społeczno-gospodarczych, realnego układu sił przewagę ma obóz liberalny. Również kulturowe zasoby kapitału symbolicznego i kapitału społecznego są po stronie liberalnej; decydują o tym parametry takie jak: wyższy poziom socjalizacji politycznej, większa świadomość, lepsze wykształcenie, większa kreatywność.

Używając terminologii Antonio Gramsciego: hegemonię i w wymiarze 'bazy” i w sferze „nadbudowy” posiada obóz liberalny, który już dawno rozstrzygnął na swoją korzyść „wojnę ruchomą”, jeżeli zaś PiS w ostatnim czasie mógł zwyciężać w wyborach politycznych, to jedynie poprzez „kradzież języka”, zwłaszcza pojęć takich, jak „patriotyzm”, „Ojczyzna”, „Naród”, napełnienie ich własnymi znaczeniami.

Jednak hegemonię w obiektywnej sferze stosunków społeczno-ekonomicznych posiada obóz liberalny, i tej przewagi nie są w stanie odwrócić wyniki jednych czy drugi wyborów (parlamentarnych, a już na pewno nie prezydenckich), gdyż prawdziwa, realna władza znajduje się gdzieś indziej – poza wymiarem wyborów politycznych czy typowej polityki.

Dlatego struktury (szeroko rozumiane i nie chodzi o struktury typowo polityczne) w drugiej turze wyborów prezydenckich będą pracowały na rzecz Rafała Trzaskowskiego.

O tym, że na wygranie wyborów prezydenckich w drugiej turze większe szanse ma kandydat KO, Rafał Trzaskowski, świadczy również kilka innych zjawisk i mechanizmów, o charakterze strukturalnym.

System wyborów prezydenckich

W nauce nazywa się to redukcjonizmem. W 1925 roku amerykańska antropolożka, Margaret Mead, zaczęła badać ludy Oceanii (zamieszkujące archipelag Samoa, Nową Gwineę oraz Bali), aby precyzyjniej opisać te procesy i zjawiska, które intuicyjnie zaobserwowała w ramach złożonego społeczeństwa Stanów Zjednoczonych.

Na prostym modelu pewne rzeczy widać lepiej, można je dokładniej i o wiele bardziej zrozumiale opisać. Nie bez kozery marynarze twierdzą, że najwięcej, z punktu widzenia funkcjonowania okrętu, widać nie z poziomu bocianiego gniazda lecz z poziomi maszynowni.

To jest właśnie redukcjonizm.

Również, jeżeli chodzi o wybory prezydenckie, aby opisać logikę ich funkcjonowania, trzeba zejść na dużo niższy poziom, na pułap wyborów samorządowych.

Destrukcyjny mechanizm, wpisany w system wyborów prezydenckich zaobserwowałem analizując dokładnie wybory samorządowe, a konkretnie rzecz ujmując: wybory wójtów, burmistrzów, i prezydentów (a zwłaszcza wójtów).

Jest to system analogiczny wobec wyborów prezydenta RP. Mówi się, że w Polsce większość wójtów jest – nawet kilkakrotnie – wybieranych ponownie, niektórzy sprawują swoje stanowiska od roku 1990, czyli od czasu pierwszych wyborów samorządowych, inni po 20 lat, zazwyczaj większość wójtów nie ma problemów z uzyskaniem reelekcji, co najmniej na drugą kadencję.

To jednak obraz powierzchowny. Gdy zwiększymy rozdzielczość (ostrość obrazu) i spojrzymy głębiej, zauważamy pewną subtelność tego mechanizmu: wprawdzie rzeczywiście wójtowie uzyskują reelekcję, co najmniej na drugą kadencję, pod warunkiem, że zwyciężają w pierwszej turze wyborów; większość wójtów, którzy pozostają na kolejną kadencję wygrywa w pierwszej turze; gdy natomiast nie wygrywa w pierwszej turze, drugą najczęściej przegrywa.

To jest ten strukturalny destruktywny mechanizm. W wyborach prezydenta RP istnieje analogiczny system (właściwie taki sam); z tą tylko różnicą (i to jest niuans), że wójtom łatwiej jest wygrać w pierwszej turze, gdyż posiadają silne prerogatywy wykonawcze i do dyspozycji cały klientelistyczną sieć (w języku prof. Andrzeja Zybertowicza: klientelistyczną sieć korzyści), która ich otacza, tworząc swego rodzaju „pole grawitacyjne”, i z której mogą skorzystać. Niestety prezydenci Polski tego atutu nie posiadają, nie posiadają nawet namiastki tego waloru.

Gdy wójtowie gmin czy burmistrzowie miast nie zwyciężają w pierwszej turze wyborów, to zazwyczaj już nie wygrywają.

Ten strukturalny mechanizm ma destruktywny charakter: gdy wójt, burmistrz, prezydent (również analogicznie prezydent Polski) nie wygra w pierwszej turze, to najczęściej oznacza, że nie ma większości wśród wyborców i jest kontrowersyjny; pierwsza tura wyborów jest zawsze w jakiejś mierze plebiscytem (referendum) dokonań wójta, burmistrza, prezydenta; przejrzystość tej oceny można zafałszować przez rozciągnięcie struktury kandydatów (redundancję sceny wyborczej) i rozproszenie głosów; wówczas wywołuje się wrażenie, że urzędujący i walczący o reelekcję włodarz, nie posiada większości.

Opisany powyżej destruktywny mechanizm struktury potwierdza analiza historyczna: na czterech prezydentów, którzy sprawowali w Polsce Urząd Głowy Państwa, jedynie Aleksander Kwaśniewski, w 2000 roku, zapewnił sobie reelekcję; pozostali po pierwszej kadencji przegrywali wybory w drugiej turze: w 1995 roki, wbrew przewidywaniom, Wałęsa przegrał z Kwaśniewskim; w 2010 roku prezydent Lech Kaczyński zginął w katastrofie smoleńskiej, ale wszystkie sondaże przedwyborcze nie dawały mu żadnych szans na reelekcję; wreszcie w roku 2015 klęskę poniósł, jak wydawało się wielu ekspertom, stuprocentowy faworyt, Bronisław Komorowski.

To bardzo mocno uprawdopodabnia porażkę również obecnego prezydenta, Andrzeja Dudy. Z analizy historycznej wynika, że gdy urzędujący prezydent nie wygra wyborów w pierwszej turze, to już nie wygra.

Ale w polskim systemie politycznym w odniesieniu do prezydenta występuje jeszcze inny destruktywny mechanizm, w dużym stopniu niezależny od jakości sprawowania władzy, któremu sprostać może jedynie bardzo dobry prezydent.

To mechanizm, który lokuje się gdzieś pomiędzy systemem politycznym, zinstytucjonalizowanymi procedurami, a kulturą polityczną (obyczajem). W Polsce nie ma wypracowanej kulturowej reguły, aby kandydatów na prezydenta zgłaszać na długo przed terminem wyborów. Nazwiska przyszłych kandydatów są zazwyczaj nieznane na dwa lata czy rok przed wyborami, poza jednym nazwiskiem urzędującego w danym okresie prezydenta.

Pretendenci do urzędu prezydenckiego wyłaniają się dopiero na pół roku przed wyborami, inni w jeszcze krótszym okresie, na kilka miesięcy przed momentem wyborów.

Powoduje to trudność w przeprowadzaniu pomiarów socjometrycznych preferencji wyborczych dotyczących wyborów prezydenckich, gdyż pewny jest właściwie tylko jeden kandydat, pozostałych zaś wskazuje się na zasadzie spekulacji, trochę hipotetycznie; nie prowadzą oni jednak żadnych kampanii.

Gdy respondenci pytani są na dwa lata, lub na rok przed wyborami prezydenckimi na kogo będą głosować, mając słabe rozeznanie co do kandydatów, odpowiadają, że na urzędującego prezydenta, zawyżając w ten sposób jego poparcie wobec stanu realnego. Jednak jest to odpowiedź najwygodniejsza, poprawna politycznie.

Później, gdy na krótko przed wyborami pojawiają się prawdziwi, naturalni pretendenci, notowania prezydenta urealniają się; w ten sposób powstaje jednak sztuczne wrażenie spadku poparcia (dysonans).

W rzeczywistości realne poparcie urzędującego prezydenta było zawsze mniej więcej na zbliżonym poziomie, lecz przeprowadzane w warunkach braku realnych alternatyw, niedoboru prawdziwych konkurentów, badania demoskopijne, w sposób sztuczny je zawyżyły.

Stąd brało się właśnie to rzekome 70 proc. poparcia dla prezydenta Bronisława Komorowskiego, w 2014 i na przełomie 2014 oraz 2015 roku, i też jeszcze na kilka miesięcy przed wyborami. Później natomiast, gdy pojawili się realni rywale, notowania Komorowskiego zaczęły się urealniać, czyli korespondować z realnym poparciem.

W ten sam destruktywny mechanizm wpadł Andrzej Duda. Jego sondaże również przez długi czas utrzymywały się na wysokim poziomie, grubo ponad 50. lub nawet 60. proc. Jednak nie były tak wysokie, jak notowania Komorowskiego.

To dla prezydenta Dudy, patrząc na los prezydenta Komorowskiego, raczej zły znak.

Mechanizm ten stwarza wrażenie (pozory) silnego regresu poparcia, w krótkim odstępie od wyborów, podczas gdy w rzeczywistości żadnego regresu (poza pewnym naturalnymi wahnięciami) nie ma, a realne poparcie kształtuje się mniej więcej na takim samym poziomie – spadają notowania, a nie poparcie. Ale w związku z tym, że kampania wyborcza wchodzi w bardziej zaawansowaną fazę, co powoduję, że pojawiają się realnie konkurencie urzędującego w danym okresie prezydenta, jego notowania się urealniają, dobijają do rzeczywistego poziomu, a to z kolei tworzy wrażenie poważnego spadku i bardzo źle wygląda w oczach opinii publicznej: pozorne (wirtualne) obniżenie notowań, poprzez uruchomienie wspomnianej już teorii spirali milczenia oraz sprzężenia zwrotne, wtórnie pociąga za sobą realny regres.

Jest to niezamierzony, destruktywny efekt spekulacyjny, związany z luką w polskim systemie politycznym, powstałą pomiędzy zinstytucjonalizowanymi procedurami a obyczajem (kulturą polityczną), a właściwie brakiem dostatecznie rozwiniętych zinstytucjonalizowanych reguł oraz kulturowych obyczajów.

Brakuje doprecyzowania: kiedy, w jakim odstępstwie od wyborów prezydenckich powinno przeprowadzać się pomiary socjometryczne preferencji wyborczych dotyczących wyboru prezydenta, i czy sporządzanie badań demoskopijnych w momencie, gdy nieznane są nazwiska pretendentów, jest zachowaniem uczciwym i dozwolonym.

Przypadki prezydenta Bronisława Komorowskiego, jaki i Andrzeja Dudy pokazują, że takie spekulacyjne działanie godzi w interesy osoby sprawującej w danym okresie funkcję prezydenta.

W działaniach Bronisława Komorowskiego, jak również Andrzeja Dudy, w stosunku do wcześniejszych lat kadencji nie pojawiło się nic nadzwyczajnego, uzasadniającego tak nagły, gwałtowny, radykalny spadek.

Mechanizm ten przypomina zjawisko samosprawdzającej się przepowiedni w socjologii: gdy np. ktoś zacznie rozgłaszać masowo plotki, że dany bank zbankrutuje, to na skutek proliferacji fikcji bankructwa, on rzeczywiście zbankrutuje.

Podobnie jest z działaniami spekulacyjnymi na giełdach papierów wartościowych: gdy w sposób sztuczny będą obniżane notowania określonych spółek kapitałowych, w krótkim czasie nastąpi efekt realny: akcje rzeczywiście pójdą w dół.

Prezydent Duda wpadł w ten sam destruktywny mechanizm, który stał się jedną z głównych przyczyn anihilacji prezydentury Bronisława Komorowskiego, choć w obydwu przypadkach, nic na to nie wskazywało.

Natomiast każdy kto analizował w odniesieniu do obydwu prezydentów poparcie realne, a nie sondażowe, wyrażane w liczbach bezwzględnych, a nie w wielkościach procentowych, wiedział, że ani jeden ani drugi nie miał szans na reelekcję już w pierwszej turze wyborów prezydenckich.

Tymczasem z powodu niekorespondecyjności sondażowych notowań, w stosunku do realnego poparcia (w rzeczywistości dużo niższego niż to wyrażane w pomiarach socjometrycznych) powstało, w obydwu przypadkach, oczekiwanie zwycięstwa już w pierwszej turze, a gdy okazało się, że jest to nie możliwe, gdy okoliczność ta dotarła do społecznej świadomości, powstała frustracja, demobilizacji elektoratów, i poważne załamanie.

Opisane powyżej destruktywne mechanizmy powodują, że Andrzej Duda już na starcie drugiej tury wyborów, jest w gorszym położeniu. Nie wygranie wyborów w pierwszej turze (wbrew oczekiwaniom) oraz wrażenie załamania, regresu poparcia (które może przełożyć się na realny regres, a przynajmniej osłabić progresję), wszystko to powoduje, że inicjatywa strategiczna będzie po stronie jego konkurenta: Rafała Trzaskowskiego.

Rezerwy

Wielokrotnie w swych analizach powoływałem się na strategię gier, która mówi, iż zwycięstwo odnosi ten gracz, który posiada większe zasoby.

Tymczasem analiza wszystkich wyborów odbywających się w formule ordynacji większościowej, zwłaszcza wyborów samorządowych, w ramach których występuje efekt bezpośredniego zderzenia, ale także ostatnich wyborów do Senatu, w których PiS nie uzyskał większości, pokazuje, że – wbrew temu co się mówi – większe zasoby posiada obóz liberalny.

Są to zarówno zasoby strukturalne, wynikające z relacji sił w układzie społeczno-gospodarczym (ekonomiczne status quo), w terminologii Gramsciego: hegemonia, jak i zasoby kulturowe, kapitału symbolicznego (elektorat liberalny jest bardziej świadomy, lepiej wykształcony), jak również typowe zasoby wyborcze w postaci poszczególnych grup społecznych.

Trzeba sobie jasno powiedzieć: gdy mamy do czynienia z czołowym zderzeniem, w warunkach ordynacji większościowej, prowincja nie jest w stanie przegłosować wielkich miast. Pod tym względem, polska geografia, mimo wszystkich różnic, i pamiętając o odpowiednich proporcjach, podobna jest do Stanów Zjednoczonych. Tymczasem w wyborach prezydenckich w USA, reprezentująca Partię Demokratyczną, Hilary Clinton otrzymała więcej bezpośrednich głosów wyborców niż Republikanin, Donald Trump.

Trump uzyskał znacząco mniej głosów bezpośrednich wyborców, zaś o jego elekcji zadecydował skomplikowany system wyboru bezpośredniego poprzez głosy elektorskie. Głosy oddane bezpośrednio, w skali kraju, w sensie prawnym nie posiadają żadnego znaczenia, gdyż zlicza się je w wymiarze konkretnego Stanu, a następnie przelicza na głosy elektorskie.

Przykład amerykański, który jest pod pewnymi względami, podobny do polskiego, pokazuje zatem, że kilka największych miast (metropolii) jest – w rozumieniu liczby głosów bezpośrednich wyborców – przegłosować prowincję.

Analogiczna sytuacja ma miejsce w Polsce, w ramach czołowego, bezpośredniego zderzenia wielkie miasta są w stanie przegłosować wieś. Nie pokażą tego wybory prowadzone w warunkach ordynacji proporcjonalnej, gdyż one zawsze dekonsolidują scenę wyborczą i w jakiejś mierze rozpraszają głosy, w znacznie większym stopniu niż wybory prowadzone na zasadach ordynacji większościowej, a przede wszystkim wtedy, gdy dochodzi do czołowego zderzenia, które konsoliduje i mobilizuje poparcie wokół dwóch biegunów, pokazując ich rzeczywistą siłę „grawitacyjną”.

Wybory większościowe konsolidują układy i środowiska polityczne wokół głównych graczy politycznych oraz mobilizują wyborców.

W Polsce konsolidacja i mobilizacja pracuje bardziej na korzyść obozu liberalnego, chyba, że jego fragmentaryzacja zachodzi z powodu oddziaływań wewnętrznych, na własne życzenie. PiS, a ujmując rzecz szerzej, obóz konserwatywny w wyborach większościowych zwyciężał jedynie w sytuacji dekonsolidacji obozu liberalnego oraz demobilizacji jego wyborców; potwierdzają to przykłady wyborów prezydenckich z 1995 roku, z 2000, z 2010, wyborów do senatu z 2019; gdy obóz liberalny był skonsolidowany zawsze zwyciężał; a idąc z analizą w drugą stronę, gdy był zdekonsolidowany i zdemobilizowany (rok 2005, 2015), zawsze przegrywał.

Doprecyzowując diagnozę strategii gier, w kontekście wyborów prezydenckich w Polsce, w roku 2020, można postawić hipotezę, o czym wielokrotnie pisałem, iż zwycięstwo odniesie nie tyle ten gracz czy obiekt polityczny, który lepiej zmobilizuje zasoby, lecz ten, który zmobilizuje rezerwy.

Decymującym czynnikiem w wyborach prezydenckich 2020 roku będzie mobilizacja rezerw.

Po wyborach do Europarlamentu, w 2019 roku, prof. Antoni Dudek, stwierdził, iż większe rezerwy posiada PiS i obóz konserwatywny. Powierzchowna, niepogłębiona przez analizę procesów demograficznych obserwacja potwierdza taką diagnozę,  jednak gdy przyjrzeć się sytuacji głębiej teza prof. Dudka staje się problematyczna.

Na pozór większe rezerwy posiada PiS, i na pozór znajdują się one na wsi. We wspomnianych wyborach europejskich na terenach wiejskich frekwencja wyniosła 39 proc. (i była aż o 200 proc. wyższa niż w poprzednich wyborach tej samej kategorii); tymczasem w przestrzeni miejskiej frekwencja wyniosła 60 proc. (i była tylko o ok. 2/3 wyższa – w miastach – niż w poprzednich wyborach tego samego typu).

Mówiąc o rezerwie, prof. Dudek miał na myśli osoby, które nie zostały zaktywizowane i podczas wyborów do Europarlamentu, pozostały w domach, zarówno na wsi, jak i w miastach; odpowiednio ta rezerwa wynosiła w przestrzeni wiejskiej 61 proc., zaś w przestrzeni miejskiej 40 proc.

Do twierdzenia prof. Dudka, na temat rzekomej przewagi rezerwy wyborczej na wsi, w stosunku do miasta, należy zrobić trzy poważne zastrzeżenia:

Po pierwsze, same wielkości procentowe nie wyrażą dobrze rezerwy frekwencji, żeby ją określić należy sięgnąć po kalkulację w liczbach bezwzględnych; tymczasem owe 61 proc. rezerwy frekwencji na terenach miejskich, to mniej więcej tyle samo co owe 40 proc, w mieście (7 381 879 do 7 260 853); jak widać w liczbach bezwzględnych przewaga rezerwy wyborców z terenów wiejskich (gdzie występuje wysoka solidarność głosowania na PiS) jest iluzoryczna.

Procentowa przewaga została „stopiona” przez wielkości bezwzględne.

Po drugie, na terenach wiejskich o wiele trudniej mobilizować wyborców. Sytuacja przypomina fenomen rozwoju gospodarczego: po przekroczeniu pewnego progu wzrost spowalnia; takie samo prawo działa w przypadku przyspieszającego samochodu: dużo łatwiej zwiększać prędkość z poziomu 60 km/h niż z pułapu 180 czy 200 km/h; w przypadku terenów wiejskich, po przekroczeniu 50 proc. dynamika przyrostu frekwencji dynamicznie słabnie; tymczasem przestrzeń miejska jest na to zjawisko dużo mniej wrażliwa.

Wreszcie po trzecie i jest to argument kluczowy, na osi wieś – miasto miały w ostatnim czasie miejsce dynamiczne procesy migracji (a z drugiej strony ruralizacji); zwłaszcza młodzi ludzie urodzeni na wsi wyjeżdżali i nadal wyjeżdżają do wielkich miast, w celu zdobycia wyższego wykształcenia lub pracy; za tymi zmianami w bardzo małym stopniu szła korekta statystyczna, związana ze urealnieniem ewidencji meldunkowych oraz spisów wyborczych. W efekcie te 39 proc. wyborców z terenów wiejskich, głosujących w wyborach do Europarlamentu, to może być w rzeczywistości 60 proc. Tłumaczyłoby to dramatyczny spadek przyrostu dynamiki frekwencji na terenach wiejskich po przekroczeniu 50 proc.

Oznacza to, że w ujęciu realnym rezerwa frekwencji na wsi jest dużo mniejsza niż w mieście. I właśnie mobilizacja tej rezerwy frekwencji, zwłaszcza obecnej w wielkich i średnich miastach, będzie z punktu widzenia Rafała Trzaskowskiego kluczowym zadaniem, które może zadecydować o zwycięstwie.

Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w 2019 roku, frekwencja na wsi wyniosła 56,5 proc., stanowiąc wzrost w stosunku do wyborów europejskich o 17,5 proc. Tymczasem łączna frekwencja wyborcza w przestrzeni miejskiej ukształtowała się na poziomie 65,5 proc.; w relacji do wyborów do Europarlamentu oznacza to wzrost o 5 proc.

Dynamika przyrostu frekwencji na wsi – porównując wybory do Europarlamentu w stosunku do wyborów parlamentarnych – była zatem na wsi dużo wyższa (o 12 proc.), mimo to PiS nie zdołał poprawić wyniku wyborczego, jaki uzyskał w wyborach europejskich (45,38), otrzymując w wyborach do Sejmu o  1,79 proc. głosów mniej, czyli 43,59 mimo znacznie wyższej frekwencji w swojej kluczowej przestrzeni wyborczej: a więc na wsi, zaś w wyborach do Senatu (ordynacja większościowa) PiS w ogóle nie zdobył większości mandatów senatorskich.

Zadecydowały o tym wielkości wyrażone w liczbach bezwzględnych. W porównaniu z wyborami do Europarlamentu w wyborach do Sejmu (obydwa w 2019 roku) PiS uzyskał o 1 859 155 głosów więcej, tymczasem ugrupowania tworzące Koalicję Europejską, startujące w wyborach do Sejmu w zmienionych formułach koalicyjnych (i w zasadzie osobno) zwiększyły liczbę głosów o 2 766 044.

To pokazuje, że wzrost frekwencji (nawet z dużo mniejszą dynamiką w przestrzeni miejskiej) nie sprzyja PiS-owi.

Różnicy tej nie było wyraźnie widać wyborach do Sejmu, gdzie obowiązuje ordynacja proporcjonalna, jednak w wyborach do Senatu, przeprowadzanych pod rządami systemu większościowego (jednomandatowego) we wszystkich okręgach, w których obóz liberalny zdołał uzgodnić i wystawić jednego kandydata, i w taki sposób doszło do czołowego, bezpośredniego zderzenie, zwyciężał kandydat obozu liberalnego.

Podobna sytuacja miała miejsce w wyborach samorządowych w zakresie burmistrzów i prezydentów; nawet w mniejszych miastach, w których w wyborach proporcjonalnych często zwyciężał PiS, w wyborach burmistrzów, przeprowadzanych wg ordynacji większościowej, gdy tylko doszło do drugiej tury, zdecydowanie wygrywał kandydat antyPiS-u, mimo że czasami reprezentował mniejszą partię polityczną niż PO, np., SLD.

Ta parametry każą przypuszczać, że w warunkach, w jakich odbywają się wybory prezydenta RP, w drugiej turze tych wyborów, w sytuacji bezpośredniego, czołowego zderzenia, zwycięstwo odniesie Rafał Trzaskowski.

Trzaskowski posiada jeszcze dwie inne ważne rezerwy.

Rezerwę nadwyżki trendu. Należy się spodziewać, iż kandydat ten poprzez zwiększoną mobilizację w grupach pokoleniowych (szczególnie młodzieży), a także w środowiskach pozapolitycznych, uzyska więcej głosów niż wskazywałby jego globalny trend, mierzony w pomiarach socjometrycznych.

Na Trzaskowskiego mogą pracować trendy lokalne, dające w określonych miejscach nadwyżkę wobec poparcia, które wynikałoby z trendu globalnego.

Np. w Warszawie, w strukturze wielkości głosów uzyskanych przez Trzaskowskiego powinna nastąpić istotna nadwyżka w relacji do trendu globalnego; w Warszawie prawdopodobnie Trzaskowski otrzyma więcej głosów niżby wynikało z trendu globalnego, obliczanego dla tego miasta; podobne zjawisko może nastąpić w innych aglomeracjach miejskich: np. na Śląsku, w Trójmieście, w Poznaniu, we Wrocławiu, itp.

Inną rezerwą Trzaskowskiego będzie środowisko samorządowe. Ta grupa powinna również wygenerować poparcie powyżej trendu globalnego, zwłaszcza w wielkich miastach rządzonych przez prezydentów reprezentujących PO albo też osoby środowiskowo związane z obozem liberalnym.

Na mniejszą skalę środowisko rezerwy samorządowej może działać na rzecz Rafała Trzaskowskiego również na wsi.

Inna jeszcze rezerwą Rafała Trzaskowskiego jest to, iż młodzi wyborcy, którzy w ferworze procesów migracyjnych wyjechali ze wsi do wielkich miast w celu zdobycia wykształcenia lub atrakcyjnej pracy, będą głosowali zgodnie z kluczem zachowania konformistycznego, a więc inaczej niż ich ortodoksyjne środowisko.

Mankamentem Andrzeja Dudy, który automatycznie przekłada się na poważną przewagą Trzaskowskiego, jest niska zdolność do mobilizacji elektoratu powyżej progu 45 proc.

Wielokrotnie, w odniesieniu do PiS mówiło się o tzw. „szklanym suficie”, czyli niemożności osiągnięcia poparcia poza pewną granicą. Po zwycięstwie w wyborach parlamentarnych w 2019 roku, mówiło się w gronie ekspertów, publicystów, znanych dziennikarzy, że ów „szklany sufit” został zlikwidowany.

I tak, i nie. Ale raczej jego likwidacja jest pozorem; gdyż granica poparcia dla PiS nadal istnieje, a więc zjawisko „szklanego sufitu” dalej występuje. Tzw. „twardy elektorat” PiS wynosi ciągle ok. 33 proc., wszystko co partia Jarosława Kaczyńskiego uzyskuje powyżej tego progu, to efekt klientelistyczny (można go nazwać również: populistycznym) uzyskany dzięki rozdawnictwu pieniędzy prowadzonemu przez PiS.

Populacja wyborców „twardych”, a więc ideologicznych, światopoglądowych, politycznych, programowych, w PiS bardzo nie przyrasta. Za to zwiększyła się w ostatnich latach w rezultacie realizacji programów socjalnych oraz otworzeniu drug awansu dla klientelistycznych środowisk powiązanych z PiS, populacja wyborców populistycznych, czy mówiąc innymi słowy: merkantylnych, konformistycznych.

Jednak tę ostatnią grupę łatwo jest od PiS odciągnąć.

Jak pokazują badania socjologiczne, w ramach PiS funkcjonują generalnie (uwaga, bo jest to uproszczenie) dwie grupy: 1) ideologiczna (konserwatywna), zlokalizowana w wielkich i średnich miastach; a także 2) populistyczna (socjalna, klientelistyczna) – skupiona na wsi i w małych ośrodkach miejskich.

Badania oraz analizy pokazują, iż pierwsza grupa stanowi elektorat o dużej identyfikacji, silnej tożsamości, jak również wysokiej intensyfikacji, determinacji głosowania, który trudno od PiS odciągnąć (przejąć).

Natomiast druga grupa, to wyborcy o niskiej tożsamości politycznej i małej intensyfikacji głosowania (nasączeniu tożsamości politycznej), ale wysokiej solidarności – wyborców tych dużo łatwiej od PiS odciągnąć.

Reasumując: Andrzejowi Dudzie trudno będzie mobilizować wyborców powyżej granicy 45 proc. i tym samym zwiększać frekwencję głosowania na siebie.

Wariant portugalski

Już w analizie z końca grudnia 2019 roku opisałem fenomen wyborów prezydenckich w Portugalii z 1986 roku, nazywając go wariantem portugalskim i stawiając tezę, że taka sama sytuacja może nastąpić w Polsce, w wyborach prezydenckich w 2020 roku; tę diagnozę następnie wielokrotnie przywołałem w innych analizach.

O co chodzi w wariancie portugalskim? Najkrócej mówiąc kandydat, który zdecydowanie, wręcz miażdżąco zwycięża w pierwszej turze wyborów; w drugiej odsłonie, z uwagi na niską zdolność do rozszerzenia elektoratu oraz bardzo wysoki wskaźnik wyborców negatywnych, powiększą swoją populację tylko o kilka procent, i przegrywa.

Tak zdarzyło się właśnie w Portugalii w 1986 roku.

Cytat z poprzedniej analizy: „W 1986 roku, podczas wyborów prezydenckich w Portugalii, odbywających się na bardzo zbliżonych zasadach jak w Polsce, kandydat prawicy, ludowiec Diogo Freitas do Amaral w pierwszej turze zdecydowanie zwyciężył uzyskując aż 46,3 proc wyborczego poparcia.; podczas gdy drugi w stawce, socjalista Mário Soares zanotował stratę w wielkości 20,9 proc., zdobywając w pierwszej odsłonie wyborów zaledwie 25,4 proc. głosów. Komentatorom wydawało się, że wybory są rozstrzygnięte. Niektórzy doradzali nawet Soaresowi, aby z uwagi na brak szans sam zrezygnował. Rezultaty drugiej tury wyborów były sensacyjne: do Amaral do puli 46,3 z pierwszej tury dodał jedynie 2,5 proc, co dało mu ostateczny wynik na poziomie 48,8 proc., podczas gdy Mario Soares zdołał odrobić pomiędzy obydwiema turami aż 25,8 pkt. i został wybrany prezydentem z poparciem 51,2 proc wszystkich głosujących.
Zdecydowały o tym dwa czynniki: negatywny elektorat Freitasa do Amarala oraz niski potencjał poszerzania własnej populacji wyborczej, a także mobilizacja rezerw przez jego przeciwnika, pozyskanie elektoratów prawie wszystkich pozostałych kandydatów z pierwszej tury i nowych wyborców, którzy za pierwszym razem nie byli przy urnach”.

Portugalska analogia staje się o tyle nieadekwatna, po wejściu do gry Rafała Trzaskowskiego gwałtownie dezaktualizuje się, że przewaga Andrzeja Dudy nad drugim kandydatem nie będzie miażdżąca, jak to miało miejsce w sytuacji dystansu, który dzielił Diogo Freutasa do Amarala i  Mário Soares. Tam była to odległość 20,9 proc., w Polsce w 2020 roku może nie być nawet 10. Przewaga Dudy nad Trzaskowskim wyniesie od 6 do 8 proc., o ile nie będzie jeszcze mniejsza.

Przepływy głosów

Prezydent Andrzej Duda będzie musiał się zmierzyć z poważnymi ograniczeniami, co do pozyskania głosów w kontekście drugiej tury wyborów. Dramat kandydata PiS polega na tym, że pole manewru do poszerzenia elektoratu jest bardzo małe, i wcale nie większe, jak w opisanym powyżej przypadku Diogo Freutasa do Amarala w 1986 roku w Portugalii.

Z tej perspektywy Duda z 2020 roku, to całkowicie inny Duda, niż ten 5 lat wcześniej. Wówczas był to polityk, jak na warunki PiS koncyliacyjny, kompromisowy, umiarkowany, znany dziennikarz Jacek Żakowski mówił nawet wówczas w Radiu TOK FM, o sympatycznym kandydacie niesympatycznej partii.

Niestety, jak to się kolokwialnie mówi: „przyspawanie” prezydenta Andrzeja Dudu do partii PiS oraz skrajny serwilizm uprawiany wobec Jarosława Kaczyńskiego pozbawiły Dudę wcześniejszych walorów.

Dziś Duda nie posiada lepszej zdolności rozszerzania własnej populacji wyborczej niż PiS, zaś jego zdolność mobilizowania elektoratu „żelaznego” jest niższa od umiejętności posiadanej w tym zakresie przez partię.

W polityce trzeba czasami iść tropem podpowiedzi ojca politologii Niccolò Machiavelliego i być trochę niewdzięcznikiem, nawet wobec własnego politycznego patrona czy promotora, potrafić odciąć się od politycznych protektorów i własnego politycznego środowiska.

Potrafił to Aleksander Kwaśniewski, dlatego znacząco rozszerzył swój elektorat i w 2000 roku zwyciężył już w pierwszej turze wyborów prezydenckich; Duda tego nie potrafił.

Czynnik ludowy

Dotychczas typową przestrzenią docelową, dzięki której PiS mógł pozyskiwać nowych wyborców byłą polska wieś i małe ośrodki miejskie. W roku 2005 Lechowi Kaczyńskiemu udało się przekonać do siebie wyborców Andrzeja Leppera, lidera „Samoobrony”. Od roku 2005 PiS sukcesywnie rozszerzał swoje wpływy na polskiej wsi kosztem „Samoobrony” oraz PSL.

Istniała bliskość populacji wyborczych PSL i PiS. Ponieważ PiS, oprócz programu dobrze postrzeganego przez mieszkańców wsi, cieszył się dużo wyższym domniemaniem skuteczności głosowania (pragmatyzm wyborczy) i stwarzał dużo wyższą perspektywę realności realizacji programu niż PSL, od 2005 roku istniały bardzo poważne perfuzje wyborców z PSL do PiS.

Nie bez kozery lider PSL, Władysław Kosiniak-Kamysz, powiedział w 2017 roku, gdy Beata Szydło przestawała być prezydentem: my baliśmy się Szydło, bo ją lubił bardzo nasz elektorat.

We wspomnianym roku 2019, w wyborach do Europarlamentu, gdy PSL wszedł w nieakceptowaną na wsi formułę Koalicji Europejskiej, zdecydowana większość ludowego elektoratu zagłosowała na PiS. Wewnętrzne badania demoskopijne realizowane na zlecenie ludowców, pokazały, że na KE padło tylko 2 proc. głosów wyborców PSL, a reszta na PiS.

Do tej pory pierwszą grupą docelową, do której mógł się zwrócić PiS, kiedy trzeba było poszerzyć własną populację wyborczą, byli wyborcy PSL, dla których PiS był partią drugiego wyboru; dla tych którzy przy PSL po roku 2005 pozostali, gdyż dla części PiS przekształcił się z partii drugiego na partię pierwszego wyboru.

Tak było do tej pory: elektorat PSL w drugim wariancie zawsze w swej największej części popierał PiS. Ale teraz już tak nie będzie.

Elektorat PSL w drugiej turze, w znacznie większej skali (szacować ją można gdzieś na 70-75 proc.) poprzez Rafała Trzaskowskiego.

Zdecyduje o tym kilka czynników.

Po pierwsze, Ci wyborcy ludowi, którzy mieli odpłynąć do PiS już odpłynęli. Przy PSL oraz Kosiniaku-Kamyszu pozostali wyborcy najwierniejsi, niechętni PiS-ówi. Jeżeli do tej pory mimo usilnych zachęt socjalnych nie przeszli na stronę PiS, to już nie przejdą.

Po drugie, populacja wyborcza popierająca PSL, została przez PiS bardzo mocno okrojona. Przy PSL-u pozostali właściwie tylko wyborcy powiązani z partią więzami klientystycznymi, pragmatycznymi, środowiskowymi, towarzyskimi; ze względu na bliski kontakt z partią można ich nazwać wyborcami zinstytucjonalizowanymi, nad którymi centrala oraz struktury terenowe PSL posiadają kontrolę.

Ta grupa wyborców nie lubi PiS, gdyż ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego stopniowo pozbawiało ich wpływów na wsi. Będą zatem skłonni z powodów emocjonalnych, jak i taktycznych, do głosowania przeciwko PiS, a więc przeciw Andrzejowi Dudzie.

Na marginesie dygresja: często opisuje się Jarosława Kaczyńskiego jako wybitnego stratega wręcz demiurga polskiej polityki, po części jest to prawda, jednak dość kontrowersyjna, albowiem w wielu przypadkach polityk ten wykazał się krótkowzrocznością; myśleniem taktycznym, lecz nie strategicznym.

Po, trzecie, prawdopodobnie zostanie wyartykułowany jednoznaczny komunikat przez Władysława Kosiniaka-Kamysza, aby jego wyborcy w drugiej turze poparli Rafała Trzaskowskiego.

I to będzie moment przesądzający, jeśli chodzi o zachowanie elektoratu PSL, w drugiej turze wyborów prezydenckich 2020.

W odróżnieniu od Andrzeja Dudy, pretendent do urzędu prezydenckiego, Rafał Trzaskowski, będzie w drugiej turze wyborów posiadał dużo większe pole manewru.

Samo wejście do drugiej tury wzmocni go, nada mu formatu. Gdy w grze jest tylko dwóch kandydatów, o dość wyrównanych szansach, inaczej kształtuje się ludzki konformizm: wyborcy nie stawiają tak pewnie na jednego kandydata (często tego, który jest u władzy), gdyż nie są pewni ostatecznego rezultatu.

Dominują postawy zachowawcze, kunktatorskie, a to sprzyja kandydatowi-pretendentowi, ubiegającemu się pierwszy raz o wybór, a nie osobie walczącej o reelekcję, gdyż cały proces innego rozkładu konformizmu neutralizuje przestrzeń strukturalną oraz klientelistyczną tego drugiego.

Struktury, którymi dysponuje Andrzej Duda będą zachowywać się bardziej defensywnie, inaczej struktury Rafała Trzaskowskiego – te uskrzydlone wejściem do drugiej tury przyjmą postawę ofensywną.

Wspomniane zjawiska hegemonii oraz spirali milczenia będą działały na korzyść Trzaskowskiego.

Żeby za bardzo nie odchodzić od PSL, w szerszym zakresie, pierwszą grupą wyborców, do których może skierować się Rafał Trzaskowski jest polska wieś; przy czym nie tylko elektorat PSL, ale również PiS.

Nawet część wyborców z terenów wiejskich, która w pierwszej turze poparła Andrzeja Dudą, w drugiej mogła będzie zmienić swoje preferencje i zagłosować na Rafała Trzaskowskiego.

Po zakończeniu pierwszej tury, wybory zostaną jakby zresetowane, wszystko zacznie się od nowa, na placu boju pozostanie jedynie dwóch kandydatów.

Tymczasem inna struktura kandydatów, inna scena wyborcza, pociąga za sobą inną percepcję.

Wyborcy z terenów wiejskich cechują się niższym poziomem socjalizacji politycznej; jak to mówią często eksperci są to „wyborcy nisko-polityczni”. Wyróżniają się oni większą wrażliwością na argumenty pozapolityczne, takie jak aparycja, barwa głosu, ubiór, atrakcyjność rodziny, itp.

W tych elementach wizerunkowych przewagę posiada Rafał Trzaskowski.

Jak już wcześniej zostało powiedziane: elektorat PiS składa się z dwóch grup – ideologicznej (tożsamościowej, konserwatywnej) i populistycznej (socjalnej, pragmatycznej); pierwsza jest „twarda”, druga „miękka”; ta pierwsza koncentruje się w wielkich i średnich miastach, druga zlokalizowana jest na wsi; badanie socjologiczne pokazują, że tą drugą grupę jest dużo łatwiej PiS-owi odebrać.

Mitem jest założenie, iż wyborcy z terenów wiejskich głosują na PiS z uwagi na konserwatyzm. Pogląd, iż Polska wieś jest konserwatywna ma w dużej mierze charakter stereotypowy; Polska wieś podlega procesom umiastowienia, o których w szerszym europejskim kontekście pisał hiszpański socjolog, Manuel Castells; te procesy przesuwają mieszkańców wsi stopniowo w kierunku nowoczesności.

Istnieją dwa powody dla których wyborcy wiejscy głosują na PiS: anachroniczne rozumienie pojęcia patriotyzm, a przede wszystkim dokonane transfery socjalne.

W toku wspomnianego powyżej kradzieży języka, PiS „skolonizował” dyskurs i napełnił puste bądź niejednoznaczne pojęcia, nowymi znaczeniami.

W ten sposób pojęcia takie jak patriotyzm, Ojczyzna, Naród zostały napełnione znaczeniami nadanymi przez PiS i zaczęły tak funkcjonować w świadomości społeczności wiejskiej, która dokonała pozytywnej recepcji tych terminów.

Mimo wszystko jednak polska wieś stanowi dużo bardziej elektorat socjalny niż konserwatywny.

Jest to środowisko w sporej mierze do przejęcia przez Rafała Trzaskowskiego, pod warunkiem niekwestionowania wprowadzonych przez PiS reform socjalnych (choć z punktu widzenia dobrego programu gospodarczego należałoby to zrobić), a jednocześnie większego uwypuklenia walorów pozapolitycznych.

Zbyt duży zakres fraternizacji z mieszkańcami polskiej wsi nie jest oczywistą metodą pozyskiwania wyborców. Wskazany wydaje się złoty środek i umiar: z jednej strony pewna dostępność, ale z drugiej naznaczenie dystansu.

Wieś lubi „dostępnych Panów”.

Przy czym wieś jest bardzo podatna na coś przypominającego tzw. efekt bumerangu, czyli powracającą falę prestiżu: mieszkańcy wsi szanują kogoś, kto jest generalnie oraz globalnie dobrze postrzegany (np. na świecie), a jednocześnie gwarantuje dostępność dla ludzi zlokalizowanych na wsi.

Aby zwyciężyć z Andrzejem Dudą Rafał Trzaskowski musi uzyskać na terenach wiejskich poparcie o wielkości w optymistycznym dla siebie scenariuszu, przy frekwencji ogólnej 61 proc. (50 na wsi i 70 w mieście) poparcie o wielkości ponad 26 proc., czyli musi zdobyć więcej niż 260 tys. na jeden milion głosujących, pod warunkiem, że w przestrzeni miejskiej otrzyma 60 proc.

Przy gorszym dla siebie scenariuszu, wyższej frekwencji na wsi (57 proc.), Trzaskowski musi uzyskać na terenach wiejskich ponad 30 proc.

W drugiej turze Rafał Trzaskowski będzie dysponował możliwością dokonanie ekspansji na kilka grup wyborców:

  • Wyborcy Władysława Kosiniaka-Kamysza, a w dużo szerszym wymiarze: również wyborcy polskiej wsi (o czym już pisałem powyżej);
  • Wyborcy nowi, którzy nie brali udziału w pierwszej turze;
  • Wyborcy skłonni do zmiany preferencji pomiędzy pierwszą a drugą turą („odwróceni”);
  • Wyborcy Szymona-Hołowni oraz Krzysztofa Bosaka;
  • Wyborcy Robra Biedronia oraz lewicy;
  • Wyborcy wszystkich pozostałych (pomniejszych) kandydatów;
  • Wyborcy branżowi i środowiskowi.

Zacznijmy od tego co jest najbardziej oczywiste, czyli od pkt. 5: głosy Roberta Biedronia, po zakończeniu pierwszej tury, automatycznie przejdą na Rafała Trzaskowskiego, pytanie tylko na ile i w jakiej części wyborców Biedronia uda się Trzaskowskiemu zmobilizować.

Jednak można szacować, że 90 proc. wyborców Roberta Biedronia pójdzie do drugiej tury i zagłosuje na Rafała Trzaskowskiego.

Glosy lewicy (zwłaszcza kulturowej) w dużej mierze już, w trakcie kampanii przed pierwszą turą Trzaskowski skonsumował i w drugiej turze proces ten się pogłębi oraz zwiększy swoją skalę.

Trzaskowski w tych wyborach może liczyć na dość jednoznaczne poparcie lewicy; w dużej mierze już w pierwszej turze, a tym bardziej w drugiej.

Zarówno wyborcy kulturowi, jaki i duża część socjalnych (tych którzy wywodzą się ze środowisk postkomunistycznych albo dziś reprezentują SLD) zagłosuje na Trzaskowskiego.

Nowi Wyborcy

W ostatnich wyborach, w 2015 roku, w drugiej turze pojawiło się ponad 2 mln nowych wyborców, czyli takich którzy nie brali udziału w pierwszej turze.

Można szacować, że w zbliżających się wyborach nowych wyborców będzie dużo więcej, a frekwencja w drugiej turze będzie istotnie wyższa niż w pierwszej.

Frekwencję w drugiej turze można szacować nawet na ok. 75 proc.

Nowi wyborcy zapewnią nadwyżkę frekwencji drugiej tury wobec pierwszej, a także wymienią (uzupełnią) te grupy wyborcze, które w rezultacie niepowodzeń ich kandydatów w pierwszej turze albo zdarzeń losowych, w drugiej turze zostały zdemobilizowane.

Nowych wyborców pójdzie do urn znacznie więcej w dużych i średnich miastach niż na wsi.

Choć trudno to reprezentatywnie, miarodajnie, empirycznie potwierdzić, to na zasadzie intuicyjnego rozeznania oraz autopsji z poprzednich lat można zakładać, iż trend wśród nowych wyborów będzie znacznie korzystniejszy dla Rafała Trzaskowskiego niż trend wśród wyborców, dla których druga tura stanie się ponownym udziałem w wyborach.

Dla Trzaskowskiego trend wśród nowych wyborców będzie znacznie korzystniejszy niż w wśród pozostałych.

Zadecyduje o tym siła namiętności politycznej w postawie wyborczej: nowi wyborcy zawsze nastawieni są na zmianę.

„Odwróceni”

Bardzo ciekawą grupą są wyborcy, którzy mogą zmienić preferencje pomiędzy pierwszą a drugą turą wyborów. Wydaje się, że obydwaj kandydaci dysponują zdeterminowanymi, nasyconymi emocjami, „twardymi” elektoratami, i że bardzo mała część wyborów pomiędzy turami będzie w stanie zmienić swoje poglądy.

Nawet gdy będzie to mała część, to takie „wyrwanie” wyborców z przestrzeni rywala może mieć, przy bardzo wyrównanej walce, jako się zapowiada, kluczowe znaczenie.

Poza tym, wcale to nie musi być grupa aż tak mała, chociaż oczywiście nie będzie ogromna.

W tym kontekście ciekawa jest teza jaką w tym punkcie należy postawić: większą gwarancję konsekwentnego, zdeterminowanego głosowania dają wyborcy Rafała Trzaskowskiego, gdyż są to w dużej mierze wyborcy powodowani emocjami negatywnymi (stąd hasło: „Mamy dość”), przez tzw., stosując teriologię niemieckiego filozofa, Friedricha Nietzschego, afirmację negatywną opartą na awersji wobec PiS-u (emocja antyPiS).

Jak powszechnie wiadomo bardziej zdeterminowani w głosowaniu są wyborcy napędzani emocjami negatywnymi, stąd trudniej będzie Dudzie „wyrwać” wyborców z populacji wyborczej Trzaskowskiego, niż odwrotnie.

Wyborcy Andrzeja Dudy, znajdujący się poza sferą ideologicznego („żelaznego) elektoratu, znajdującego się w wielkich i średnich miastach, czyli wyborcy bardziej elastyczni, miękcy są łatwiejsi do przejęcia.

Wbrew istniejącym stereotypom, w drugiej turze wyborów, bardziej „twardy” i zdeterminowany (a co za tym idzie również: bardziej mobilny) będzie elektorat Rafała Trzaskowskiego.

W kontekście wyborców „odwróconych” oraz nowych wyborców, którzy pojawią się w drugiej turze, fundamentalne znaczenie będą miały debaty wyborcze przeprowadzone z udziałem obydwu kandydatów przed drugą turą.

Te momenty, debaty, a więc bezpośrednie pojedynki retoryczne, sopory na argumenty oraz programy, będą miały rozstrzygające znaczenie w odniesieniu do końcowego wyniku wyborów prezydenckich.

Debata jest bowiem takim mechanizmem, który przy jej pomyślnym dla danego kandydata przebiegu pozwala na bezpośrednie „wyrwanie” (przejęcie) części wyborców z populacji wyborczej przeciwnika, a więc pozyskanie większej ilości wyborców „odwróconych” i przekonanie wyborów nowych, którzy nie uczestniczyli w pierwszej turze.

Również zaktywizowanie wyborców nowych do udziału w pierwszej turze.

Ten kandydat, który obiektywnie odniesie zwycięstwo w debacie/debatach, wygra również całe wybory i zostanie prezydentem RP,

Ewentualny remis, dzięki większej determinacji mobilizacyjnej jego elektoratu oraz większe rezerwy, da raczej zwycięstwo Trzaskowskiemu.

Remis w debatach, tak jak w przypadku występu polskiej reprezentacji piłkarskiej na słynnym stadionie Wembley w Londynie z Anglikami, będzie zwycięski dla Rafała Trzaskowskiego/

Wyborcy Szymona Hołowni oraz Krzysztofa Bosaka

Wielu ekspertów, nie bez racji, twierdzi, iż kluczowe dla zwycięstwa wyborów w drugiej turze, będzie pozyskanie wyborców Szymona Hołowni, a także Krzysztofa Bosaka, zastanawiając się na kogo mogą zagłosować obydwa elektoraty.

Należy dokonać jednej subtelnej korekty: (otóż) będzie to czynnik nie kluczowy, ale jeden z kluczowych; obok głosów wyborców „odwróconych” oraz pozyskania – jak się spodziewam – bardzo dużej grupy nowych wyborców, jeden z kluczowych i rozstrzygających.

Jeżeli chodzi o wyborców Hołowni, sytuacja jest dużo bardziej prosta, oni w drugiej turze przejawiają zdecydowanie większą skłonność głosowania na Rafała Trzaskowskiego niż na Andrzeja Dudę (70 proc.); złożone jest natomiast położenie i ewentualne będące tego konsekwencją zachowanie wyborze, wyborców Krzysztofa Bosaka.

Sama bowiem „Konfederacja”, którą Bosak reprezentuje jest tworem skomplikowanym, reprezentującym kilka wydawałoby się przeciwstawnych nurtów politycznych: narodowy, liberalny, konserwatywny.

Pierwsze pytanie, jakie w kontekście wyborców „Konfederacji” i Bosaka należy zadać, to: czy są to wyborcy konserwatywni?

Otóż nie są to do końca wyborcy konserwatywni; są prawicowi, ale nie konserwatywni.

Rozpatrując alternatywę: konserwatywni – liberalni, na kontinuach, znajdują się na pewno dużo bliżej bieguna liberalnego niż konserwatywnego.

Są to z całą pewnością wyborcy wolnościowi, i tak się też w wielu przypadkach afiliują.

W sferze gospodarki artykułują poglądy nie tyle liberalne, co neoliberalne (jest to pewna różnica), zorientowane na dynamiczny rozwój gospodarczy, deregulację prawa, dywersyfikację aktywności gospodarczej, niskie podatki, oraz olbrzymi zakres swobody gospodarczej.

Są to wyborcy, którzy nie życzą sobie, aby państwo im przeszkadzało, nie chcą, aby ich ograniczało.

Wyborcy, których charakteryzuje młody wiek, wysoki poziom socjalizacji politycznej, dobre wykształcenie, aktywność, przedsiębiorczość, oraz świadome, krytyczne myślenie.

Wyborcy Ci nie znoszą jednocześnie: interwencjonizmu państwa, etatyzmu, oraz socjalizmu.

Właściwie do wszystkich tych elementów politycznego programu, które realizował PiS żywią dużą niechęć.

To co zaś ich łączy z PiS, to nacjonalizm oraz niechęć do sąsiadów Polski: Niemców oraz Rosji; może nawet bardziej Niemców, jak Rosji, a także antysemityzm.

Zarówno „Konfederacja”  (jej znaczna część), jak i ogromne spektrum PiS są częścią tego samego nacjonalistycznego obozu. Nieprzypadkowo po katastrofie smoleńskiej, w roku 2010, w wielu sprawach i inicjatywach obydwie formacje: narodowcy i PiS, występowały razem.

Między innymi razem organizowały dwa pierwsze Marsze Niepodległości w 2010 i 2011 roku. Później PiS z przyczyn taktycznych z inicjatyw tych się wycofał.

Obydwa ugrupowania łączyła i nadal łączy również antyeuropejskość oraz, związane z tym, anachroniczne (martyrologiczne) pojęcie patriotyzmu umocnione przez PiS w procesie „kolonizacji” dyskursu, napełniania znaczeń nieostrych lub kontrowersyjnych.

Jednak kwestia antyeuropejskości nie będzie decydująca.

Wyborcy „Konfederacji”, przez przytłaczającą większość ekspertów, dziennikarzy, komentatorów, publicystów, postrzegani bywają stereotypowo.

Definiuje się ich jako konserwatystów, tymczasem w sferze zarówno gospodarczej, jak i kulturowej (obyczajowej) są to wolnościowcy: w dziedzinie ekonomii – neoliberałowie, zaś w wymiarze obyczajowym – liberałowie.

Jak się popatrzy na życie tych ludzi, rzekomych konserwatystów, weźmie pod uwagę deklarowany przez nich stosunek wobec poszczególnych wartości, zjawisk, wydarzeń historycznych, czy instytucji, to okazuje się, iż są oni w dużo większym stopniu liberalni niż konserwatywni.

Do właściwego zdefiniowania, określenia ich, ciśnie się na usta jedno słowo: niespójni.

Są to wyborcy niespójni.

Deklarują silną wiarę w Boga, a jednocześnie niechęć do religii, jako sposobowi na życie, przy jednoczesnym szacunku do historycznej roli religii.

Cechują się ostrą krytyką wobec Kościoła, zwłaszcza hierarchii kościelnej, żywią dużą niechęć wobec księży, a jednocześnie uznają doniosłą, historyczną rolę Kościoła.

Wielu z tych ludzi, popierających kandydata w wyborach prezydenckich Bosaka i „Konfederację”, prowadzi bardzo rozwiązły obyczajowo, liberalny, a nawet hedonistyczny styl życia.

Są bardzo wyzwoleni, jeżeli chodzi o współżycie seksualne, jednak mieszczą się raczej w ramach heteroseksualnego środowiska. Wielu z przedstawicieli tej populacji wyborczej żyje w związkach partnerskich (dwupłciowych), tworząc układy często nieformalne, nierzadko zdarza im się monogamia seryjna.

Jednak z PiS łączy ich jeszcze jedna, być może nawet kluczowa rzecz: ogromna awersja do środowiska LGBT, granicząca z szowinizmem.

To jest to ideologiczne spoiwo, które może mieć istotne znaczenie.

Dla lepszego zdefiniowania wyborców Szymona Hołowni oraz Krzysztofa Bosaka, trzeba się odwołać nie tylko do aktualnych wyborów prezydenckich, nie wystarczy nawet cofnąć się do roku 2019, czyli do wyborów parlamentarnych i europejskich, ale trzeba dokonać głębszej procedury: powrócić do wyborów prezydenckich roku 2015.

Tam znajdziemy rozwiązanie.

Zarówno wyborców Szymona Hołowni, jak i Krzysztofa Bosaka, a także w jakimś stopniu Władysława Kosiniaka-Kamysza, egzemplifikuje i łączy jeden kandydat: Paweł Kukiz.

W roku 2015, podczas pamiętnych wyborów prezydenckich, dzisiejsi wyborcy Hołowni, Bosaka, oraz Kosiniaka-Kamysza, głosowali na Pawła Kukiza.

To Paweł Kukiz zdynamizował proces delegitymizacji politycznej oraz kulturowej elit w Polsce i uruchomił polityczne „wibracje”, które spowodowały niespodziewaną porażkę prezydenta Bronisława Komorowskiego, a także całego obozu PO; dając jednocześnie zwycięstwo Andrzejowi Dudzie oraz formacji PiS.

Kukiz wytworzył „wibracje” (kulturowe, polityczne, społeczne), jednak posiadał zbyt słabą hegemonią (słabe struktury), aby wygrać samemu wybory.

Efekt ten przejął Andrzej Duda i PiS.

Kukiz reprezentował swoją osobą dwie bardzo silne namiętności polityczne napędzające jego wyboorców: pragnienie obywatelskości (antypartyjność) oraz anty-systemowość, a nawet antyestablishmentowość.

Emocja, która stała za Kukizem była nastawiona na: zmianę (w języku politologii: na delegitymizację).

Te emocje kryją się również za Szymonem Hołownią: obywatelskość, antypartyjność (choć jest to mit, fikcja, i swego rodzaju populizm, gdyż nie da uprawiać się polityki bez partii politycznych, można co najwyżej zastanawiać się nad kształtem partii politycznych), a także za Krzysztofem Bosakiem: antysystemowość, antyestablishmentowość.

Wyborcy Hołowni afiliują się jako bezpartyjni, obywatelscy, zaś wyborcy Bosaka jako antysystemowi.

Pozyskanie Pawła Kukiza jako patrona tych emocji byłoby wielkim atutem, jeżeli udałoby się to uczynić sztabowi wyborczemu któregoś z kandydatów. Kukiz jest symbolem tego procesu.

Najważniejsza jest wiodąca namiętność polityczna, gdyż ona porządkuje i organizuje postawy wyborcze, kształtuje wyborcze zachowania.

Dr Karolina Wigura, w dniu 25 maja 2015 roku, nazajutrz po zwycięstwie Andrzeja Dudy w drugiej turze wyborów prezydenckich, powiedziała, w dyskusji w Radiu TOK FM że: w tych wyborach najważniejszą namiętnością polityczną była równość.

O ile pięć lat temu najważniejszą namiętnością polityczną była równość, to w trakcie tych wyborów prezydenckich, w 2020 roku, zwłaszcza w ich drugiej turze, najważniejszą namiętnością polityczną będzie wolność.

W czasach rządów PiS wolność znów jest w deficycie. Jest zagrożona.

Dlatego ten, kto przejmie pojęcie wolności, kto będzie je posiadał i lepiej się nim posługiwał, lepiej napełni je znaczeniami, ten zwycięży w wyborach prezydenckich, zwłaszcza w walce o przejęcie elektoratów Hołowni i Bosaka.

A w tym przypadku, już na starcie, dużo większe szanse posiada Rafał Trzaskowski,

Można szacować, choć nie jest to reprezentatywne, że 70 proc. wyborców Hołowni poprze w drugiej turze Trzaskowskiego, 20 nie weźmie udziału w wyborach, a 10 zagłosuje na Andrzeja Dudę. Jeżeli chodzi o wyborców Bosaka 40 proc. z nich nie pójdzie do wyborów w drugiej turze, zaś 35 poprze Trzaskowskiego, a 25 Andrzeja Dudę.

Trzaskowski dysponuje również znacznie większymi możliwościami wzmocnienia globalnego trendu poparcia trendami lokalnymi, albowiem może pozyskać elektorat branżowy (choć prezydent Duda w dziedzinie wyborców branżowych też posiada spore możliwości), jak również środowiskowy.

Szczególnym atutem Trzaskowskiego może być środowisko samorządowe, które jest liczne samo w sobie i posiada również zarówno w przestrzeni miejskiej, jak w wiejskiej, dużą zdolność opiniotwórczą, umiejętność wytwarzania narracji politycznych, a także sprawność w mobilizowaniu wyborców

Samorządowcy to również środowisko w duży stopniu klientelistyczne, które kształtuje postawy wyborcze.

Inną grupą środowiskową, młodzieżową, w której poparcie wyborcze mocno przekroczy jego globalny trend i stworzy nadwyżkę: będzie młodzież. W grupie młodych ludzi Trzaskowski zwycięży miażdżąco.

Dlatego bardziej prawdopodobne w drugiej turze wyborów prezydenckich jest zwycięstwo kandydata KO Rafała Trzaskowskiego, gdyż on posiada więcej zasobów, a przede wszystkim silniej może zmobilizować rezerwy.

Prezydent Andrzej Duda natrafi na strukturalne oraz kulturowe ograniczenia, w pozyskaniu elektoratu.

Konkluzje – analiza symulowanych (profilowanych) zachowań wyborczych

Z analizy symulowanych zachowań wyborczych, jaką przeprowadziłem wynika, iż wybory zostaną rozstrzygnięte w dwóch turach.

W pierwszej turze wyborów, w dniu 28 czerwca 2020 roku weźmie udział 19 725 329 wyborców (ważne są pierwsze rzędy liczb), co daje frekwencję ogólnokrajową na poziomie ponad 65 proc.

W przestrzeni miejskiej pójdzie do wyborów łącznie 12 706 493, zaś na terenach wiejskich 7 018 836; odpowiednio frekwencja w miastach wyniesie 70, a na wsi 58 proc.

Z symulacji zachowań wyborczych wynika, że frekwencja w miastach w pierwszej turze będzie o 12 proc. wyższa niż na wsi.

Jednocześnie w tym punkcie należy zaznaczyć, iż w miastach w pierwszej turze przewidywalne są pewne luki frekwencji (demobilizacja determinacji), związane ze zjawiskiem, iż część wyborców wyjechała na urlopy i deklaruje udział w wyborach dopiero w ich rozstrzygającej części, w drugiej turze.

Dotyczy to przede wszystkim społeczności wielkich miast wyborców Rafała Trzaskowskiego, których determinacja wzięcia udziału w rozstrzygającej, przesądzające części wyborców jest tak duża, iż zmodyfikowali swoje urlopowe plany, aby wziąć udział w drugiej turze wyborów albo są nawet w stanie przerwać urlopy, żeby stawić się przy w lokalach wyborczych i zagłosować na Trzaskowskiego.

Determinacja części wyborców jest tak duża, że na drugą turę są w stanie nawet wrócić z zagranicy.

Z analizy wynika, że prezydent Andrzej Duda, w pierwszej turze wyborów uzyska poparcie na poziomie od 8 250 756 do 8 531 510, co w wielkościach względnych kształtuje przedział wyniku od 41,82 do 43,25.

Rozkład jego poparcia wyrażony w liczbach bezwzględnych, w opozycji: miasto – wieś, jest mniej więcej równy, jednak kształtuje to zupełnie inną siłę trendu (5,6-6,0 na wsi oraz 3,4 w miastach)

Na wsi (w zależności od frekwencji głosowania na Andrzeja Dudę) zagłosuje od 3 930 548 do 4 211 302; w miastach poparcie dla niego ukształtuje się na poziomie 4 320 208 wyborców.

Nie była żadnego widocznego (20 proc.) spadku realnego poparcia Andrzeja Dudy na co wskazywałby przedwyborcze sondaże. W liczbach bezwzględnych poparcie dla Dudy kształtowało się na mniej więcej tym samym poziomie i było nieco niższe niż poparcie dla jego partii.

W symulacjach zachowań wyborczych odnotowano tylko jedno okresowe wahnięcie w odniesieniu do poparcia Andrzeja Dudy, które zeszło nieco poniżej granicy 39 proc., była to najniższa (ekstremalna) wartość, którą zanotowano 11 maja 2020 roku, później symulacje głosowań na Andrzeja Dudę kształtowały się w przedziale 41-43 proc.

Jednak zawyżone notowania w pomiarach socjometrycznych w stosunku do realnego poparcia, a następnie urealnienie sondaży (notowań) uruchomiło dystraktywny mechanizm (podobnie było 5 lat temu w przypadku prezydenta Bronisława Komorowskiego) i opiniotwórcze wrażenie spadku notowań prezydenta Andrzeja Dudy (rzekomo aż o 20 proc.)

W rzeczywistości nigdy tak wielkiego spadku nie było, zaś Andrzej Duda, w żadnym okresie, nie dysponował poparcie, które predysponowałoby go do zwycięstwa już w pierwszej turze.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że zwycięstwo Andrzeja Dudy w pierwszej turze nigdy nie było realne,

Z symulacji profilowanych zachowań wyborczych wynika, że poparcie dla Rafała Trzaskowskiego będzie kształtowało się na poziome od 6 419 804 do 7 055 129, czyli od 32,54 do 35,76 proc.

W przypadki Trzaskowskiego najniższy symulowany wynik poparcia wyniósł 5 998 674 (30,41proc.), był to jednak również rezultat ekstremalny.

Z tego wynika, że poparcie w pierwszej turze wyborów dla Rafała Trzaskowskiego nie powinno zejść poniżej progu 30 proc., i to jest moja główna, fundamentalna teza.

W przypadku Rafała Trzaskowskiego widać dużą asymetrię w poparciu pomiędzy przestrzenią miejską, a przestrzenią wiejską.

Na terenach wiejskich uzyskuje on od 701 883 głosów, a w niektórych analizach jeszcze mniejszy pułap poparcia; kiedy zgłaszano Trzaskowskiego poparcie dla niego wynosiło 280 753 (4 proc.)

W przestrzeni miejskiej Trzaskowski może liczyć na „bombę” głosów, poparcie dla niego w miastach powinno znaleźć się w przedziale od 5 717 921 do 6 353 246.

Symulacje zachowań wyborczych pokazały, że punktem odniesienia, kierunkiem w którym zmierza trend poparcia dla Trzaskowskiego są wybory do Europarlamentu i wynik jaki w tych wyborach osiągnęła Koalicja Europejska (38,47). Jednak z uwagi, iż w wyborach prezydenckich była dużo niższa frekwencja na terenach wiejskich niż spodziewana frekwencja na tym obszarze w pierwszej turze wyborów prezydenckich, dlatego poparcie dla Trzaskowskiego będzie nieco niższe, mimo – na co należy zwrócić uwagę i szczególnie tę okoliczność uwypuklić – że trend jest silniejszy.

Poparcie dla Szymona Hołowni, w pierwszej turze wyborów prezydenckich, powinno osiągnąć przedział 2 467 481 – 2 748 234 (12,50 – 14 proc.).

Na wsi Hołownia uzyskuje poparcie o wielkości w przedziale od 561 507 do 842 260, zaś w mieście: od 1 905 974.

U w a g a: W przypadku Szymona Hołowni należy poważnie rozważyć jedną subtelność (otóż) jego poparcie w ostatnich dniach przed wyborami – zwłaszcza w czasie ciszy wyborczej – może zanotować radykalny regres; jest to związany z dużymi wahaniami wyborców Hołowni czy głosować na niego czy na Trzaskowskiego. Ostatecznie wyborcy Hołowni, zgodnie z domniemaniem skuteczności głosowania oraz opisaną powyżej hipotezą spirali milczenia, mogą masowo przenosić swoje sympatie z Hołowni na Trzaskowskiego, co może spowodować, iż poparcie dla Hołowni będzie znacząco niższe niż wychwycono w symulacjach zachowań wyborczych, natomiast poparcie dla Trzaskowskiego istotnie wyższe..

Czwartym kandydatem pierwszej tury wyborów będzie kandydat „Konfederacji” Krzysztof Bosak. Podobnie, jak miało to miejsce w 1995 roku z czwartym wówczas kandydatem premierem Janem Olszewskim, zachowanie wyborców Bosaka, w kontekście drugiej tury wyborów i ewentualnych przepływów głosów, może być kluczowe.

W pierwszej turze poparcie dla Krzysztofa Bosaka ukształtuje się w przedziale 1 310 585 – 1 578 026, co daje 6,64 – 8 proc.

Na terenach wiejskich poparcie dla Krzysztofa Bosaka będzie kształtowało się w przedziale 421 130 – 561 507, zaś w mieście zmieści się w granicach: 889 455 – 1 016 519

Na wsi procentowy rozkład poparcia dla Bosaka waha się od 6 do 8 proc., zaś w mieście fluktuacja wynosi 7-8 proc.

Wg symulowanych zachowań wyborczych poparcie dla Władysława Kosiniaka-Kamysza będzie lokalizowało się w przedziale: 1 096 389 – 1 306 954 (5,55 – 6,62 proc.)

Na wsi Kosiniak-Kamysz uzyska od 842 260 do 1 052, a w mieście ok. 254 129

Po pojawieniu się w grze wyborczej Rafała Trzaskowskiego, Władysław Kosiniak-Kamysz zaczął radykalnie tracić poparcie w mieście, co przełożyło się na obniżenie notowań ogólnopolskich ujawnianych w badaniach demoskopijnych i wtórnie wywołało również spadek realnego poparcia na docelowym, fundamentalnym obszarze ludowców: terenach wiejskich, na których poparcia dla Kosiniaka-Kamysza zmniejszyło się z 15 do 12 proc.

Poparcie dla Roberta Biedronia powinno uzyskać przedział od 451 382 do 648 635, co daje 2,28 – 3,28 proc.

W przestrzeni wiejskiej poparcie dla Roberta Biedronia jest iluzoryczne i wynosi od 1 do 2 proc., zaś w mieście kształtuje się na poziomie 381 194 – 508 259.

Na prowincji Biedroń jest nieakceptowalny i to jest granica pewnego konserwatyzmu polskiej wsi, mimo trwających od 30 lat tendencji umiastowienia.

Poparcie dla pozostałych kandydatów w pierwszej turze jest tak małe, że trudno je analizować.

II tura wyborów

W drugiej turze wyborów spodziewać się należy wzrostu frekwencji oraz determinacji głosowania w przestrzeni miejskiej, nawet o wielkość ekstremalną 10 proc., co najmniej 5. Wśród nowych wyborców, którzy nie brali udziału w pierwszej turze dominować będą wyborcy Rafała Trzaskowskiego.

Kandydat, który wyga w drugiej turze wyborów będzie musiał zbliżyć się lub nawet przekroczyć do wielkości 10 mln wyborców.

Andrzej Duda, aby zwyciężyć w drugiej turze musi uzyskać w przestrzeni miejskiej poparcie większe niż 40 proc., czyli wyższe niż 5 808 682; będzie to trudne, zważywszy na okoliczność i w drugiej turze zanosi się zwiększenie frekwencji w przestrzeni miejskiej, zaś Trzaskowski w pewnych miejscach (np. w Warszawie, w Poznaniu, w Trójmieście) będzie dysponował nadwyżką trendu w stosunku do trendu globalnego (politycznego)

Na terenach wiejskich, prezydent Andrzej Duda, jeżeli chce myśleć o reelekcji, musi uzyskać co najmniej poziom poparcia 74 proc.. Oznacza to, że na wsi Duda będzie musiał otrzymać ponad 5 mln wyborców.

Rafałowi Trzaskowski, aby zwyciężyć w drugiej turze musi przekroczyć poziom poparcia na terenach wiejskich, określany co najmniej na 26 proc., przy zakładanej wielkości poparcia w mieście 60 proc.

Aby być pewnym zwycięstwa Trzaskowski musi uzyskać na wsi ponad 30 proc. poparcia, w innym przypadku musi zbudować w przestrzeni miejskiej nadwyżkę ponad 60 proc. (62-63).

Poziom 30 proc. na wsi dla liberalnego kandydata jest pewną krytyczną granicą, jej przekroczenie radykalnie zwiększa szansę wyboru na prezydenta.

Rafał Trzaskowski, aby zwyciężyć w drugiej turze musi otrzymać w przestrzeni wiejskiej, co najmniej rezultat pomiędzy (w przedziale) 1 573 187 – 1 633 694 (26-27 proc.), natomiast żeby być pewnym zwycięstwa w drugiej turze musi uzyskać na wsi: 2 246 028 (jest to ponad 30 proc. /w zależności od frekwencji/).

Żeby to zilustrować bardzo obrazowo na niskim poziomie analizy, Rafał Trzaskowski musi uzyskiwać poparcie w mieście o wielkości 60 głosów na 100 oddanych głosów, zaś na wsi co najmniej 26 głosów na 100 oddanych głosów, a żeby być pewnym zwycięstwa 30 głosów na 100 oddanych głosów na terenach wiejskich.

Dla odmiany, Andrzej Duda, odwrotnie, w swym kluczowym obszarze wyborczy, na wsi musi uzyskiwać co najmniej 70 głosów na 100 głosujących, a żeby mieć pewność zwycięstwa ponad 74 głosów na 100 głosujących; aczkolwiek przy zwiększeniu frekwencji głosowania (częstotliwości) na Trzaskowskiego w przestrzeni miejskiej i to może nie wystarczyć.

Żeby zejść w redukcjonizmie jeszcze niżej, Rafał Trzaskowski aby zwyciężyć Dudę w drugiej turze musi uzyskiwać na wsi 3 głosy na 10 oddanych głosów.

Fot. portal eostroleka.pl/ grafika zamieszczona na zasadzie cytatu.

Autor: Roman Mańka
Pisarz i publicysta, redaktor naczelny czasopisma eksperckiego Forum Inicjatyw Bezpieczeństwo Rozwój Energetyka (FIBRE). Posiada trzy wielkie pasje: filozofię, socjologię, i piłkę nożną; jest zagorzałym kibicem Realu Madryt. Wykształcenie socjologiczne zdobył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Ukończył również Studium Dziennikarstwa Europejskiego prowadzone przez Centrum Europejskie „NATOLIN” w Warszawie. W przeszłości wykonywał zawód dziennikarza śledczego w prasie lokalnej, a następnie ogólnopolskiej: opisywał sprawy z zakresu zorganizowanej przestępczości mafijnej, powiązań klientelistycznych oraz korupcji polityków; pełnił również funkcję z-ca redaktora naczelnego Gazety Finansowej i szefa działu krajowego. Publikował w Gazecie Finansowej, Home&Market, Gentleman, Onet.pl i Interii. Obecnie jest pisarzem i publicystą, autorem dwóch książek popularno-naukowych: „Strefa tabu. Największe afery III RP” oraz „Moment krytyczny”, a także współautorem jednej pozycji w dziedzinie dziennikarstwa śledczego: „Łańcuch poszlak. Wielka gra mafii i rosyjskich służb specjalnych” (wywiad rzeka z byłym szefem ABW, Bogdanem Święczkowskim).