W dziesiątej i ostatniej części pierwszego cyklu rozmów z wybitną polską pianistką Prof. Lidią Grychtołówną opowie nam ona o swoich przygodach z różnymi instrumentami koncertowymi –  tymi, które lubiła i ceniła najbardziej, ale i nie tylko, bo także i o tym jak należy sobie w zawodzie koncertowego pianisty umieć poradzić w różnych niezwykłych sytuacjach, gdy instrumenty mogą być bardzo różne a okoliczności koncertu nie mniej zaskakujące. Na przykład w sanatorium na pianinie! Posłuchajmy jej zabawnych i pięknych opowieści, serdecznie zapraszam! A na koniec mam dla Państwa jeszcze małą niespodziankę!

 

„...to że jeszcze nadal mogę w tym wieku grać i czuję się jako artystka ciągle potrzebna muzyce, i jej miłośnikom, słuchaczom – publiczności, która na moje koncerty czeka – to nadal ogromnie mnie inspiruje i motywuje do życia, do działania, i do ćwiczenia na fortepianie. Fortepian i granie na nim to jest nadal największa pasja mojego życia, i moja największa miłość!”

 

Tomasz Trzciński: Różnorodność instrumentów, na których koncertowi pianiści grają koncerty była, i jest nadal duża, trzeba zawsze liczyć się też z tym że koncertowy instrument może być różny od naszych wyobrażeń… Ale Pani zawsze udawało się tę barierę pokonywać, uzyskując wspaniały i piękny dźwięk. Jak się tego dokonuje by każdy instrument mógł na scenie tak szlachetnie zabrzmieć?

Prof. Lidia Grychtołówna: Po prostu na ogół nie miałam alternatywy! Wiadomo przeież że w większości przypadków nie przywiozą mi już na koncert innego fortepianu. Muszę więc grać na tym instrumencie, który stoi na estradzie. No więc taka jest wówczas determinacja na występ i trzeba umieć poradzić sobie z każdym instrumentem. Pamiętam dobrze pewną historię, jeszcze z okresu moich studiów w Katowicach: 

W roku 1948 z okazji 70-tych urodzin Józefa Stalina (zaczynały się najgorsze czasy stalinizmu w Polsce) studenci Akademii Muzycznej wysyłani byli z koncertami i występami do różnych prowincjonalnych domów kultury w małych miejscowościach by to wydarzenie uczcić. Ktoś miał coś zaśpiewać z akompaniamentem, ktoś inny powiedzieć jakiś wiersz, jak to na takich akademiach. Ja zaś miałam zagrać solo kilka preludiów Sergiusza Rachmaninowa, między innymi także znane z repetycji Preludium g-moll Op. 23. Po przyjeździe do Niemodlina, gdzie mieliśmy właśnie występować, zobaczyłam na scenie nienaturalnej długości, jak na tamte już czasy, fortepian. Był to bardzo stary Bechstein – instrument z czasów, w których nie było jeszcze w fortepianach krzyżowego układu strun (czyli strun instalowanych na ramie instrumentu na krzyż, aby zaoszczędzić miejsce i dać większy rezonans, przyp. TT), tylko tzw. prosty układ strun. Uderzyłam więc kilka klawiszy żeby sprawdzić czy i jak ten fortepian reaguje bo ludzie już siedzieli na sali i stwierdziłam tylko – gra! No to dobrze – pomyślałam uspokajając się. Rozpoczął się mój występ i gdy zaczęłam grać owo repetycyjne Preludium g-moll Rachmaninowa, słyszę nagle – cóż to się dzieje – co kilka taktów zaczyna mi ubywać w kalwiaturze po jednym dźwięku! Robi się jakiś stuk a sponad mechaniki unosi się przez struny obłok pyłu i kurzu. Gdy po zmaganiach z głuchnącym gigantem kończyłam wreszcie ten utwór, nie było słychać już prawie niczego innego poza samym głośnym stukaniem, żadnych nawet pojedynczych tonów ze strun, a z instrumentu wydobywał się tylko obłok kurzu, hałas rozpadających się mechanizmów, stukot drewna, szelesty i szmery i piski, zupełnie jak gdybym grała na jakiejś drewnianej perkusji a nie na fortepianie! Cieszyłam się że nie złamał się choć drążek i źe nie spadła na finałowy akord klapa a fortepian nie rozleciał się doszczętnie. Koledzy, którzy tego słuchali, i to oglądali, płakali wręcz ze śmiechu, słysząc tak komiczny przebieg i finał mojego występu…

TT: Stary niemiecki Bechstein nie wytrzymał spotkania z rosyjskim Rachmaninowem, jak na urodziny Stalina to był to całkiem niezły pokaz siły?!

LG: No tak, okazalo się że był to zbyt wiekowy instrument jak na taki występ, rozsypał się w środku doszczętnie. Zapewne niewiele o niego dbano, nie konserwowano, a złe warunki i wojna zrobiły swoje. Na szczęście sama klawiatura wytrzymała do końca.

TT: Jakie instrumenty szczególnie Pani lubi, które ceniła Pani na koncertach szczególnie? Gdzie były w trakie Pani życia te wyjątkowe, które wspomina Pani do dziś dnia?

LG: Na ogół w znanych, dobrych salach były zazwyczaj niezłe instrumenty, najczęściej Steinwaye. Ja jednak kocham austriackie fortepiany Bösendorfera. Na estradach jest ich dzisiaj niestety bardzo mało ale to są właśnie moje ulubione instrumenty.

TT: Bösendorfery to są jednak szczególne instrumenty o wyjątkowym charakterze i z indywidualną barwą dźwięku, one mają wyjątkowy rodzaj brzmienia i inne barwy niż klasyczne Steinwaye, czy coraz bardziej popularne koncertowe Yamahy lub Kawai?

LG: Tak, te instrumenty posiadają naprawdę przepiękny, oryginalny dźwięk, szlachetny, głęboki, który można bardzo dobrze modelować. I zawsze z największą przyjemnością grałam na Bösendorferach, mieliśmy zresztą przecież taki fortepian w naszej sali lekcyjnej na uniwersytecie w Moguncji – to także był świetny egzemplarz.

TT: Tak, pamiętam, zawsze podziwiałem i zachwycalem się jego dźwiękiem. Ale, co ciekawe, słynny wiedeński pianista – Alfred Brendel wyznał kiedyś, że do Bösendorfera siada najchętniej dopiero gdy jest w bardzo dobrym nastroju i po głębszym kielichu wina, dopiero wówczas może na nim swobodnie grać… 

LG: A to bardzo ciekawe dlaczego?? Przecież on sam jest Austriakiem i Wiedeńczykiem.

TT: A Pani nam zawsze mówiła że jeśli nauczymy się grać na Bösendorferze to później poradzimy sobie z każdym innym instrumentem?

LG: Tak, to możliwe bo sama wiele się na nich nauczyłam. One mają wielką skalę brzemienia i głębokość zdawałoby się nieskończoną – jak ocean. Tylko trzeba je umieć słuchać. Bösendorfer jest bardzo wymagający ale pięknie odpowiada na dobre uderzenie, własciwe wydobycie dźwięku, do tego głęboko rezonuje i trzeba go uważnie słuchać w trakcie grania. I wtedy można wydobyć z niego naprawdę wspaniałe brzmienia, i barwy.

TT: Nic więc dziwnego że w roku 1975 słynny amerykański improwizator Keith Jarrett zażyczył sobie na swój koncert w Kolonii właśnie koncertowego Bösendorfera i był tak zawiedziony gdy nie zobaczył go na scenie, że chciał swój występ odwołać… Ale dzięki temu że, mimo żalu, koncertu nie odwołał i wyjątkowo zmobilizował się by zagrać na nim swoją improwizowaną muzykę, którą firma ECM nagrała i wydała na rynek – zrobił w krótkim czasie tym właśnie nagraniem ogromną światową karierę, stał się sławny. I utwór, i wykonawca zrobił się w krótkim czasie słynny i tak jest do dzisiaj. On też nie miał wyboru, musiał sobie z instrumentem poradzić…

TT: W swojej autobiograficznej książce, wspomina Pani taką historię:

„Zaczęłam koncertować w tropikach, w roku 1959, gdy zostałam laureatką II Międzynarodowego Konkursu dla Pianistów w Rio de Janeiro. Występowałam z recitalami w Rio w sali koncertowej luksusowego hotelu na Copacabanie, Sao Paulo, Porto Alegre, kurytybie i w salonach prywatnych, co należało do lokalnych tradycji. (…) Kłopot sprawiały często kiepskie fortepiany. Najświetniejsze instrumenty znajdowały się w bogatych domach, a jeden z właścicieli fazendy położonej w głębi kraju wśród wielkich plantacji zgromadził aż pięć najlepszych fortepianów słynnych firm. W salach koncertowych i studiach radiowych nie było aż tak drogich instrumentów. Raz zaproponowano mi krótki recital w lokalnej stacji radiowej, a ponieważ w studiu nie było dobrego instrumentu, postanowiono transmitować audycję z mieszkania dyrektorki miejscowej szkoły muzycznej, gdzie stał znakomity Petrof. Rozpoczęlam temat Wariacji b-moll Szymanowskiego, akustyka była niezła, mikrofony dobrze ustawione. W pierwszej wariacji do muzyki przyłączył się śpiew ptaków dochodzący przez otwarte okno z ogrodu. W drugiej zaczął intonować trele domowy kanarek. W trzeciej rozbił się talerz z hałasem dochodzącym z kuchni. W piątej rozdzwonił się telefon, a w szóstej odezwał się dzwonek drzwi wejściowych. Dalej już nic nie pamiętam.“ *)

LG: Ale czasami zdarzają się jednak wyjątki od reguły. Gdy grałam w Ekwadorze, w Quito, także nie chciano mi dać dobrego fortepianu. W Polsce był wtedy Stan Wojenny i jakoś tak to działało że w związku z niechęcią polityczną nie chciano mi podstawić dobrego instrumentu na koncert tylko byle jaki. Interweniowałam wówczas przez organizatora a on przez przez ambasadę i moja skarga doszła szczęśliwie do uszu ówczesnej Pani Prezydent, która w tej sprawie zarządziła tak, że przywieziono mi jednak na koncert odpowiedni instrument. Odbyło się również, w zwiazku z tym koncertem i z Jej inicjatywy specjalne przyjęcie na moją cześć, na którym w bardzo dobrej atmosferze mogłyśmy się poznać, a o 23.00 wieczorem miałam jeszcze recital w państwowej telewizji, na żywo. I tam także był bardzo dobry fortepian. Pani Prezydent oglądała i wysłuchała całego koncertu, i była nim zachwycona. 

TT: A jak to bywało z instrumentami na Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim, tam zapewne nie było problemów z fortepianami?

LG: Różnie. Pamiętam, że przed jednym z Konkursów Chopinowskich, na którym byłam już w Jury, przywieziono prosto z Hamburga piękny, zakupiony do FIlharmonii Narodowej koncertowy fortepian Steinwaya. Ja miałam na nim wykonać publicznie, jako pierwsza artystka, koncert abonamentowy. Ale wpierw poproszono mnie także o zaopiniowanie tego nowego instrumentu. Po wypróbowaniu go okazało się jednak, że to jest absolutnie nieudany egzemplarz. Miał niedobre brzmienie, brzydki, drewniany dźwięk, bardzo słaby rezonans, niewyrównaną mechanikę. Napisałam więc FIlharmonii Narodowej zgodnie z prawdą bardzo negatywną opinię, którą przesłano natychmiast Steinwayowi do Hamburga, mocno krytykując w niej parametry i jakość tego fortepianu.

TT: Czyli przysłano zupełnie niesprawdzony egzemplarz albo po prostu zignorowano sprawę i pojechał „pierwszy z brzegu“, który stał u nich w magazynie?

LG: Tak, tak to wyglądało, to na taki jak to w się w Niemczech w takich przypadkach mówi „Monntagsprodukt“ czyli „poniedziałkowy wyrób“.

TT: I na tym się skończyło? Nie przysłali już z Hamburga do Filharmonii Narodowej innego egzemplarza na konkurs w ramach gwarancji, nie wymienili tego fortepianu na inny?

LG: Nie, a w każdym razie nie tak od razu. I tutaj miała miejsce ciekawa historia, bo jak to bywa plotki roznoszą się w tym środowisku bardzo szybko, i bardzo szeroko. Otóż, gdy wieści od Steinwaya nie nadchodziły, na kilka tygodni przed Międzynarodowym Konkursem Chopinowskim przed filharmonię podjechał nagle olbrzymi transportowy samochód z wiedeńską rejestracją, z którego wyładowano równie wielki, nowy, koncertowy fortepian, przywieziony prosto z fabryki od Bösendorfera. Austriacy, dowiedziawszy się bowiem, jakąś „pocztą pantoflową“ o naszej historii ze Steinwayem, postanowili wyekspediować do Filharmonii Narodowej dla uczestników konkursu swój nowy egzemplarz koncertowego instrumentu – do wypróbowania. Zakładając także bardzo słusznie, że może ktoś zechce na nim zagrać bo uczestnicy mieli tradycyjnie, jak wiadomo zawsze kilka różnych instrumentów do wyboru. I faktycznie wykalkulowali to celnie, bardzo wiele osób biorących wówczas udział w Konkursie Chopinowskim wybrało już na pierwszy etap konkursu ten fortepian od Bösendorfera i na nim z powodzeniem zagrało. Okazał się to być także naprawdę znakomity isntrument, którym sprawiono nam wszystkim wielką radość i niespodziankę. Zaś firma Steinway dowiedziawszy się o tym wszystkim w Hamburgu od swojego warszawskiego przedstawicielstwa dostarczyła wtedy do Filharmonii Narodowej co rychlej inny, zapasowy instrument! 

TT: Zreflektowali się jednak dopiero wtedy?! A czy ten kolejny fortepian od Steinwaya był już lepszy? 

LG: Tak, ten inny egzemplarz okazał się tym razem już bardzo dobry. Ale Niemcy zrobili to dopiero wówczas gdy zamiast nich zareagował z zaskoczenia sławny wiedeński konkurent. Naprawdę, samo życie…

TT: Czyli reguły faktycznie tutaj „nie ma“ lecz bywają różne sytuacje, które obydwie strony obligują do takich czy innych reakcji? Wszystko zależy od wagi okoliczności i rangi chwili?

LG: Tak, ale to odnosi się również i do naszego, wykonawczego nastawienia gdy nie mamy już innej możliwości.

TT: Na przykład?

LG: W latach 90-tych musiałam przebyć pooperacyjną rehabilitację i przebywałam w ośrodku sanatoryjnym pod Wiesbaden. Codziennie ćwiczyłam tam także na pianinku w świetlicy, ot tak, żeby poruszać palcami i nie wyjść z wprawy. Ciągle też ktoś mnie tam podsłuchiwał i nasłuchiwał pod drzwiami, tak mi się przynajmniej wczęsto wydawało. Któregoś dnia przyszedł do mnie osobiście kierownik tego ośrodka i mówi:

A może miałaby Pani ochotę dać tutaj koncert dla wszystkich kuracjuszy? Oni bardzo by się ucieszyli gdyby Pani specjalnie dla nich zagrała! 

– Ale Panie doktorze, usiłowałam się trochę wykręcać, to jest tylko małe pianino, ono będzie miało trochę za mało dźwięku jak na taki koncert.

– Ależ skąd, wie Pani, nic nie szkodzi, tutaj nie ma jakichś bywalców koncertowych! Kilka osób zwróciło się do mnie po prostu z prośbą żebym Panią o to spytał, czy by Pani dla nich nie zagrała. Nasi rekonwalescenci byliby bardzo szczęśliwi.

TT: I zgodzila się Pani na to? 

LG: Oczywiście, to granie miało być tylko grzecznościowe ale z uprzejmości nie odmówiłam. Salka ta nie była zbyt duża – może na jakieś sześćdziesiąt, góra osób, instrument dało się ostatecznie jakoś nastroić i trochę podszykować, i mój koncert odbył się przy pełnej słuchaczy sali. Zagrałam wtedy moim rehabilitacyjnym współlokatorom tylko muzykę Fryderyka Chopina: Walce, Mazurki, Preludia, Nokturny a wśród słuchaczy znalazły się także zaproszone przeze mnie na ten koncert moje dwie koleżanki z Uniwersytetu w Mainz, które chętnie przyjechały żeby tam mnie posłuchać. Były bardzo ciekawe co z tego wszystkiego wyniknie, bo na takim instrumencie jeszcze mnie z koncertem nie słyszały nigdy.

TT: I jak się tam grało? 

LG: Koncert sanatoryjny, wypadł bardzo sympatycznie, kuracjusze mieli faktycznie wielką przyjemność, a moja koleżanka, pianistka z Uniwersytetu, zapytała mnie później:

– Powiedz mi Lidia, jak Ty to robisz że to pianino brzmiało jak duży fortepian, jak Ty to robisz??

TT: I co Pani jej na to odpowiedziała?

LG: Całkiem zwyczajnie:

– po prostu gram zawsze na tym co jest do dyspozycji, a wyobrażam sobie że to jest najlepszy fortepian na świecie! 

TT: Słynna amerykańska śpiewaczka operowa, sopranistka Prof. Maria Venuti mawiała często studentom na kursach mistrzowskich, że dobry śpiewak poradzi sobie nawet w stodole!

LG: I miała absolutną rację!!

TT: A na naszych lekcjach często mówiła nam Pani: „zawsze słuchaj instrumentu“, ale jak widać wyobraźnia odgrywa właśnie wielką rolę w tym zawodzie, i także w takiej sytuacji? 

LG: Ja osobiście uważam że w takich właśnie momentach gdy nie ma już żadnej innej alternatywy trzeba tylko zachować spokój. Nie przejmować się już że jest tak czy inaczej z instrumentem, bo czego nie da się już zmienić, tego i tak się nie da. Ale można próbować wówczas zagrać i starać się zrobić to jak najlepiej, żeby publiczność chciała słuchać. Bo ona przecież to doceni. Zwłaszcza gdy tak jak wtedy, sama jest tym żywotnie zainteresowana, by koncert się odbył.

TT: Czy ktoryś ze swoich wielu koncertów lub występów uważa Pani za ten najlepszy i najbardziej dla niej w życiu znaczący, czy może jest on jeszcze jest przed Panią, i czeka na zagranie i nagranie?

LG: A na to pytanie naprawdę trudno mi odpowiedzieć bo i tych wszystkich naprawdę udanych koncertów było w całym moim życiu tak bardzo dużo… Poza tym nawet szczególnie jakoś nie chcę, aby w mojej pamięci na długo zatrzymywał się jakiś pojedynczy koncert, czy sukces bo zawsze trzeba iść dalej. Oczywiście jestem zawsze bardzo zadowolona jeśli reakcja publiczności również była po moim koncercie gorąca, bo to znaczy że widocznie bardzo dobrze zagrałam i tak fajnie to wypadło, jeśli tak bardzo im się to spodobało. 

TT: A jeśli chodzi o Pani koncerty przyszłe?

LG: A moje koncerty, te które w przyszłości jeszcze się odbędą…  Wie Pan, grać na fortepianie też można przecież do jakiegoś okresu. I kiedyś będzie miał miejsce zapewne i ten ostatni koncert. Ale, kiedy on się odbędzie – tego mi teraz naprawdę nie wiadomo. Czy on będzie w najbliższym czasie, czy też będę miała jednak możliwość, o czym wciąż marzę żeby móc pograć jeszcze trochę dłużej, tego nie wiadomo.

TT: Ale z naszej rozmowy wynika jednak bardzo dobitnie, że właśnie Pani obecna koncertowa działalność jest jej wielkim, jakby niewyczerpywalnym źródłem radości i energii?

LG: Tak, teraz to jest właśnie moje jedyne źródło radości.To jest właśnie to, co ciągle trzyma mnie przy życiu, to że jeszcze mogę nadal w tym wieku grać i czuję się jako artystka ciągle potrzebna muzyce, i jej miłośnikom, słuchaczom – publiczności, która na moje koncerty czeka. To nadal ogromnie mnie inspiruje i motywuje do życia, do działania, i do ćwiczenia na fortepianie. 

TT: Czyli jest to dla Pani, można powiedzieć, tak jakby uprawianiem tego zawodu dla czystego piękna, sztuki, i nadal nieustająca pasja Pani życia?

LG: Tak, ja teraz tak właśnie to czuję i tak uważam. Fortepian i granie na nim to jest nadal największa pasja mojego życia, i moja największa miłość.

TT: Dziękuję Pani Profesor za tę niezwykłą rozmowę! 

Wszystkie poprzednie części wywiadu są do znalezienia tutaj Wywiad-rzeka z Prof. Lidią Grychtołówną

Koniec serii pierwszej. Ciąg dalszy nastąpi!

PS: Niespodzianka: W przygotowaniu dla Państwa jest także specjalny eBook w którym znajdzie się pełen tekst mojego wywiadu z Prof. Lidią Grychtołówną – wszystkie zredagowane 10 części i jeszcze mały dodatek. Informacje już wkrótce na www.pressmania.pl ! Serdecznie polecam Państwa uwadze!

*) Lidia Grychtołówna: „W metropoliach świata. Kartki z pamiętnika“ Wydawnictwo Melanż, Warszawa 2013