W dniu 3 lipca 2019 r udaliśmy się do Ermitażu (z francuskiego pustelnia) jednego z największych i najbogatszych muzeów sztuki i malarstwa na świecie. Mieści się ono w Pałacu Zimowym składającym się z kompleksu pięciu pałaców zbudowanych nad brzegiem Newy.

Jego budowę rozpoczęto w 1754 r., za panowania córki Piotra I, Elżbiety, która zażyczyła sobie rezydencji odzwierciedlającej rosnącą potęgę Rosji. Podziwiany do dzisiaj Pałac Zimowy którego zadaniem było spotęgowanie chwały Rosji zbudowany został w latach 1754-176. w stylu rosyjskiego baroku charakteryzującego się przede wszystkim naprzemiennie występującymi wypukłymi i wklęsłymi elementami fasady, zakrzywionymi liniami, bogactwem rzeźby architektonicznej i innymi elementami zdobniczymi oraz dwukolorowym wystrojem elewacji.

Jest jednym z największych kompleksów pałacowych na świecie. Długość ok. 200 m, szerokość – 160 m, długość gzymsu obiegającego całą budowlę – 2 km, wysokość – 22 m. Długość sal i korytarzy ma łączną długość 22 km. Znajduje się w nim 1057 pomieszczeń o łącznej powierzchni 46 516 m2, ma 117 klatek schodowych, 1886 drzwi i 1945 okien. Sale ekspozycyjne mają łączną długość prawie 20 km. Wnętrza wykończono polerowanym marmurem, lazurytem, malachitem, porfirem, jaspisem i kamieniami półszlachetnymi. Hojnie wykorzystano również brąz, kryształ, złocenia, rzadkie gatunki drewna i dekoracyjne tkaniny ścienne.

Jego zbiory liczące ok. 3 mln eksponatów obejmują prace reprezentujące wiele różnych epok. Wśród nich jest 26 obrazów Rembrandta, 25 Van Dycka, 40 Rubensa, po 12: Poussina, Lorraina, Watteau i rzeźb Antonia Canovy. 15 Gauguina, 9 Tiepola, 15 Tycjana, 31 Picassa, 37 Matissa, 8 Moneta i wiele innych.

Pałac w galerię sztuki przemieniła caryca Katarzyna II. Na jej prośbę filozof Denis Diderot, kupował obrazy z kolekcji francuskich. W ten sposób do Sankt Petersburga trafiły płótna Poussina, Watteau, Rembrandta, Rubensa, Rafaela, Tycjana i wielu innych znakomitych malarzy.

Symboliczna data uznawana za początek muzeum jest rok 1764, kiedy Katarzyna II zakupiła w Niemczech kolekcję malarstwa milionera Jana Gockowskiego, polskiego handlowca i przemysłowca mieszkającego w Berlinie. Po trzecim rozbiorze Polski, na podstawie ukazu wydanego przez Katarzynę II w 1795 r., z Warszawy została wywieziona biblioteka Załuskich, licząca blisko 300 tys. książek, 10 tys. rękopisów i wielki zbiór rycin – to ta kolekcja oraz zbiory sztuki pochodzące m.in. z Zamku Królewskiego, Łazienek, Wilanowa, Wawelu, Zbiory zostały w niewielkiej części zwrócone Polsce w latach 1921-1934 na mocy pokoju ryskiego.

W lutym 1852 roku car Mikołaj I zbudował ostatni pałac zespołu zwany Nowym Ermitażem i udostępnił zbiory publiczności.

.
Z kolekcji Ermitażu władze sowieckie w 1930 r. sprzedały amerykańskiemu milionerowi Andrewowi Mellonowi 31 obrazów z Ermitażu, które trafiły do Galerii Narodowej w Waszyngtonie.

To w nim doszło do próby zabicia cara Aleksandra II. Młody cieśla z pałacowej obsługi z ugrupowania Narodnaja Wola przy pomocy przemyconego dynamitu zrobił bombę która wybuchła pod carską jadalnią. Cara uratowało to, że spóźnił się na obiad o kilka minut. Zginął później w zamachu bombowym gdy wysiadał z powozu. Władca odniósł śmiertelną ranę, a zamachowiec poniósł śmierć na miejscu.

Podczas pierwszej wojny światowej część pomieszczeń Pałacu Zimowego zajął szpital, był w 1917 r. siedzibą Rządu Tymczasowego. W latach 1918-1922 mieścił się w nim m.in. internat dla dzieci, punkt pomocy dla weteranów wojennych, kino oraz Muzeum Rewolucji (do 1945 r.).

W czasie II wojny światowej podczas blokady Sankt Petersburga (dawnego Leningradu) na miasto spadło ponad 150 tysięcy ciężkich pocisków artyleryjskich oraz ponad 10 tysięcy bomb burzących i zapalających. Pałac Zimowy mocno ucierpiał w wyniku bombardowań ale pierwszych 69 sal udostępniono zwiedzającym już w 1945 r. Wtedy też cały budynek przekazano muzeum.

Wcześniej nie tylko kilkakrotnie widzieliśmy jego zielono-białą fasadę z przeciwległego brzegu Newy, oraz kilka razy przejeżdżaliśmy obok niego.

Naszym przewodnikiem był Walery, którego poznaliśmy w dniu poprzednim. Był jednym z niewielu polskojęzycznych przewodników w Rosji. Jest ich podobno tylko sześciu w Petersburgu, co mnie niezmiernie zdziwiło jako, że polskich turystów w jest wielu, a w innych krajach Europy np. w Grecji czy Włoszech mamy polskie przewodniczki, którymi są Polki żony obywateli tamtych krajów. W bardzo prosty sposób wyjaśniła nam ten stan rzeczy nasza przewodniczka Danusia mówiąc, że Rosjanie nie chcą Polek za żony. No cóż nic dodać nic ująć. Mimo, że jesteśmy krajem leżącym niedaleko Rosji, a nawet na pewnym odcinku z nią graniczącym nie było napisów w języku polskim w obiektach, za to były w innych językach w tym w chińskim.

Zanim dojechaliśmy do Ermitażu starym utartym szlakiem wzdłuż Newy z widokiem na Twierdzę Pietropawłowską, sobór, widoczny w oddali krążownik Aurora, Pałac Kutuzowa i wiele innych zbudowanych nad brzegiem Newy, Walery opowiadał nam jak wygląda szkolnictwo w Rosji.

Obowiązek szkolny od 7 roku życia. Pełna szkoła średnia 11 lat z tym,że nie ma typowej matury ale egzamin. Jeśli się uzyska 100 punktów to jest najlepszy wynik (w tym roku uzyskały go jedynie 3 osoby), jest się przyjętym bez egzaminu na wszystkie uczelnie w całym kraju. Najlepiej uczący się mają stypendia i duże ulgi na dojazdy, zniżki do muzeów, teatrów. Studia są 4-letnie, 2 lata licencjat i 2 lata magisterium. Studenci mają 2 miesiące wakacji a uczniowie 3. Inaczej niż u nas.

Słuchaliśmy też jak wygląda służba zdrowia w Rosji. W zasadzie jest bezpłatna …..ale leczyć się za darmo to tak jakby się nie leczyć wcale. Istnieją dobrowolne asekuracje medyczne np. 14000 rubli rocznie. Wtedy za wiele usług medycznych płaci firma asekuracyjna, ale nie za wszystkie, za niektóre trzeba płacić prywatnie np. implanty. Firmy asekuracyjne kierują się wiekiem osoby ubezpieczonej. tym droższe im starsza jest osoba.

Byłam w Ermitażu przed laty a teraz chciałam sobie przypomnieć jak on wygląda. Mając doświadczenie z Petrrhofu, przypuszczałam, że będzie wielu turystów chcących na własne oczy zobaczyć zgromadzone w nim skarby i tak też było. Gdy przybyliśmy na miejsce była już olbrzymia kolejka. Wykorzystywali ją handlarze proponując zakup futrzanych czapek, książek o Ermitażu itp.

Mieliśmy wyznaczoną godzinę więc nie groziło nam wielogodzinne czekanie. Na zwiedzanie przeznaczone były 2 godziny więc przemieszczaliśmy się w szybkim tempie. Łatwo było się zgubić podążając za przewodnikiem, jeśli ktoś choć na chwilę zatrzymał się przy jakimś obiekcie.

Po wejściu do pięknego holu naszym oczom ukazał się cały szereg antycznych rzeźb w tym Grupa Lookona

Śpiąca Ariadna autorstwa Paulo Andrea Triscornia

, oraz wiele innych w tym Josefa von Kopfa

Z powodu tłoku i napiętego czasu zwiedzania nie mieliśmy czasu aby dobrze się wszystkiemu przyjrzeć. Robiliśmy zdjęcia w ekspresowym tempie i nie zawsze udało nam się sfotografować napisów pod danym dziełem.

Z holu na pierwsze piętro udaliśmy się wspaniałymi Schodami Jordańskimi pełnymi złoceń i przepięknych malowideł. Mimo upływu lat prawie nie zmieniły swojego pierwotnego wyglądu. Po pożarze 1834 roku drewniane pozłocone rzeźby w niszach zostały zamienione na marmurowe. Kolumny ze sztucznego marmuru zostały zamienione na granitowe. Swoją nazwę schody otrzymały po ceremonii poświęcenia wody w Newie.

Po wejściu na piętro okazało się, iż są takie miejsca, że jeśli stanie się w drzwiach jednej sali to nie widać końca ostatniej. Zachwycają zdobienia sufitów, ścian i okien. Nie ma dwóch jednakowych. Wiele z nich kipi od złota.

Patrząc na ekspozycje mebli i przedmiotów, które kiedyś należały do carów zastanawiałam się, czy są one oryginalne, czy zostały odtworzone lub przeniesione z innych pałaców rosyjskich książąt. Niestety nigdzie nie było o tym informacji.

Zachwycały kryształowe żyrandole i eksponaty z dalekich krajów w tym z Chin i Indii, i mozaikowe drewniane posadzki.

Przechodząc z sali do sali ciężko było wybrać arcydzieło przed którym się zatrzymać.

Jedną z ciekawszych sal jest sala ze złotym pawiem w klatce. Długo mu się przyglądałam z powodu piękna i precyzji wykonania.

Wielka Sala Tronowa (Gieorgijewska) w której stoi złocony tron carski zachwycała przepychem . Ozdobiona jest 48 marmurowymi kolumnami i 28 żyrandolami , podłoga wykonana ze rzadkich gatunków drzew . W centralnej części sufitu znajduje się herb Imperium Rosyjskiego, złoty dwugłowy orzeł.

Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie meble ze szlachetnych gatunków drzew , oraz olbrzymie stoły i wazy wykonane z lapis lazuri i malachitu które porażały swym pięknem, zwłaszcza ten ostatni.

Bardzo ciekawy był dział ikon i arrasów.

Widzieliśmy Madonnę z dzieciątkiem autorstwa Leonardo da Vinci.

Obrazy Tycjana św Sebastian przebity strzałami,czy portret Diany i Marii Magdaleny

Była też Madonna z dzieciątkiem Rafaella Santi 310.

Były całe sale dzieł Rembrandta i jego „Powrót syna marnotrawnego” ,oraz portret Saskii jako Flory.

Były całe sale dzieł sławnych malarzy jak np Rubensa .obraz „Zdjęcie z krzyża”

widaieliśmy też obraz „Drabina św.Jakuba”

oraz „Apostołowie Piotr i Paweł” autorstwa El Greco.

Wszystkiego nie jestem w stanie opisać ani przedstawić.

Żałuję, że nie dane nam było zobaczyć zbiorów Skarbców: Brylantowego i Złotego, o których dużo słyszałam. Można je zwiedzać tylko grupowo po zakupieniu dodatkowych biletów o które nie jest łatwo.

Będąc w St. Petersburgu koniecznie trzeba je zobaczyć gdyż jest to prawdziwy klejnotem muzealnictwa.

Po wyjściu z Ermitażu czekała nas miła niespodzianka w postaci małych ceramicznych talerzyków z naszymi podobiznami w centrum. Nie wszyscy odnaleźli się na tych gadżetach i nie wszyscy je wzięli ,może po prosu uważali, że źle na nich wyglądają ,albo kwota 800 rubli wydawała się im za wysoka.

Powoli po wyjściu z muzeum zmierzaliśmy w kierunku słynnego Placu Pałacowego znajdującego się przed wejściem głównym do Ermitażu. Położony jest w samym centrum Petersburga. Gdy go ujrzałam w oczach stanął mi mój poprzedni pobyt . To jeden z największych placów jaki widziałam. Jego powierzchnia to ok., 60 tys. m2. Na samym środku placu stoi, wzniesiona z inicjatywy imperatora Mikołaja I w lat 30 XIX Kolumna Aleksandrowska. Powstała dla uczczenia zwycięstwa jego brata, cara Aleksandra I i wojsk rosyjskich nad Wielką Armią Napoleona Bonaparte w roku 1812.

Kolumna wykonana z czerwonego granitu monolitu jest największą tego typu budowlą na świecie. Całość ma 47,5 m wysokości (wysokość samej kolumny to 25,6 m), a jej masa całkowita wynosi ponad 600 ton. Przy pomocy kołowrotów ponad 2000 żołnierzy i 600 robotników umieściło granitowy monolit na piedestale. Na Placu Pałacowym zebrały się tłumy, ponad 10 000 osób. Ludzie wchodzili nawet na dach Sztabu Generalnego by obserwować to niecodzienne wydarzenie. Na szczycie znajduje się wykonany z brązu posąg anioła trzymającego w jednym ręku 6-metrowy krzyż, którym przygniata węża, podczas gdy drugą rękę unosi w geście zwycięstwa, symbolizując tym samym zwycięstwo dobra nad złem. Z dołu nie widać tych szczegółów. Oglądałam je dzięki zamontowanym w aparacie ZOOM-owi.

Po przewrocie październikowym bolszewicy usunęli płot okalający kolumnę. Czyniono też kroki by zakryć „nieprzyjemny” widok, jakim był anioł z krzyżem na szczycie Kolumny Aleksandryjskiej. Krążyły też plotki, że figura ma zostać zastąpiona wizerunkiem Lenina lub Stalina, W czasie II wojny światowej kolumna została lekko uszkodzona.

Chodząc po nim ma się kontakt z historią bowiem w niedzielę 9 stycznia 1905 roku przed pałacem zebrał się tłum około 30 000 robotników trzymających w rękach ikony i portrety cara. Chcieli oni wręczyć carowi petycję o poprawienie losu robotników ponieważ na skutek wojny z Japonią sytuacja w Rosji pogarszała się.
Rosło bezrobocie, przy ciągłym spadku dochodów ludności ceny wzrosły o 20-40 %.
Ponadto wieści z frontu sprawiały, że nastroje były coraz gorsze. Kończyła się ona apelem: „Oto, Monarcho, nasze główne potrzeby, z którymi przyszliśmy do Ciebie. Każ i przysięgnij je zaspokoić, a uczynisz Rosję szczęśliwą i sławną, a imię swe utrwalisz w sercach naszych i naszych potomków, a nie każesz, nie odpowiesz na nasze błagania – umrzemy tutaj na tym placu, przed Twoim pałacem. Nie mamy dokąd ani po co dalej iść. Przed nami tylko dwie drogi: albo ku wolności i szczęściu, albo w mogiłę. Niechaj nasze życie stanie się ofiarą dla wymęczonej Rosji. Nie żal nam tej ofiary, składamy ją ochoczo”.

Demonstranci nie przejawiali wrogości wobec samego cesarza. Pod jego adresem nie padały obraźliwe słowa. Robotnicy nieśli carskie portrety obok ikon i wśród śpiewów religijnych i patriotycznych (m.in. „Boże zachowaj Cara”).

Mikołaj II nie zamierzał przyjmować delegacji robotników, nie chciał wysłuchać ich żądań czy chociażby wyjść na balkon Pałacu Zimowego. Rozkazał wojsku otworzyć do tłumu ogień. Zabitych i rannych zostało setki osób. Wydarzenia te przeszły do historii jako krwawa niedziela która stała się bezpośrednią przyczyną wybuchu rewolucji w 1905 roku.

Przy placu stoi również gmach Sztabu Generalnego, pośrodku którego znajduje się łuk triumfalny sławiący zwycięstwo wojsk rosyjskich nad Napoleonem w 1812 roku.

Powierzchnia placu w większości wyłożona jest kostką brukową z diabazu i granitu. Nie ma on lekkiego życia gdyż co roku w samym centrum metropolii znika 12 tysięcy kostek bruku, zabieranych przez turystów na pamiątkę. Wierzą oni, że kostka jest historyczna i leży tu od czasów Katarzyny II. Nikt z naszej grupy jej nie brał. Pierwotnie był utwardzony kocimi łbami, na który położono asfalt w 1932 roku Jednak placowy bruk został położony dopiero w 1977 roku.

Zrobiliśmy sobie parę zdjęć z grupą i indywidualnie.

Później mieliśmy czas wolny, ponieważ zbliżała się godzina 15 i rosyjscy przewodnicy kończyli swoją pracę.

Niektórzy z nas postanowili we własny zakresie zwiedzać niektóre obiekty. Mąż postanowił udać się do krążownika „Aurora”, którego dzieje opisałam w poprzednim odcinku. Ja nie byłam tym zainteresowana, ponieważ przed laty widziałam go z zewnątrz i byłam w środku.

W programie wycieczki w poprzednim dniu był co prawda przystanek koło krążownika, ale gdy przyjechaliśmy w jego okolice okazało się, że autokar nie miał gdzie się zatrzymać bowiem wszystkie miejsca postojowe były zajęte. Jego sylwetkę przez krótki moment w miarę dobrze widzieli ci z naszej grupy którzy siedzieli od strony nabrzeża Newy. Pozostali przez kilka sekund mogli zobaczyć tylko lufy kilku dział. Ponadto nasza przewodniczka Danuta, powiedziała, iż ze względu na jego remont zwiedzanie jest niemożliwe.

Nad horyzontem gromadziły się czarne chmury i widać było, że zbiera się na burzę. Odradzałam mężowi tę wyprawę, ponieważ do okrętu było daleko, po południu mieliśmy mieć mszę w pokoju hotelowym, a następnie czekał nas nocny rejs po Newie. W dodatku następnego dnia po zwiedzaniu Carskiego Sioła i Pawłowska w tym Bursztynowej Komnaty czekała nas nocna jazda pociągiem sypialnym do Moskwy.

Mąż mnie nie posłuchał, bowiem jadąc do St. Petersburga chciał na własne oczy zobaczyć symbol rewolucji październikowej opiewany w wierszach i poematach.

Po powrocie do hotelu udał się pieszo w kierunku krążownika „Aurora”.

Oto Jego relacja:

“Mimo niepewnej pogody po przejściu na drugą stronę ulicy i dotarciu do newskiej promenady rozpocząłem swój masz w kierunku Aurory. Nie zważając na to, że droga była długa, a tempo było szybkie szło się dobrze ,bowiem idąc wzdłuż rzeki widać było przepiękne pałace i budynki znajdujące się na drugim brzegu. Po około dwóch godzinach marszu z oddali wyłoniła się sylwetka krążownika. W miarę jak się do niego zbliżałem stawała się coraz wyraźniejsza. By do niego dojść musiałem przejść przez most i po ok. 500 m znalazłem się naprzeciwko niego.

Zaskoczył mnie jego rozmiar. Zawsze wyobrażałem sobie, że jest dużo większy. Pomijając rolę w propagandzie rewolucyjnej z wielkim sentymentem patrzyłem na ten jedyny w swoim rodzaju zabytek biorący czynny udział w bitwie pod Cuszimą podczas wojny z Japonią. Jego sylwetka fascynuje majestatyczną surowością.

Na pokładzie było widać turystów którzy chodząc po pokładzie robili zdjęcia. Przy kasach stało ok. 200 osób. Cena biletu to 700 rubli (42 zł). Wejście na pokład nie było proste, bowiem po wpuszczeniu pierwszej grupy ok. 50 osób następni mogli wejść dopiero gdy ktoś z niego zszedł. Nie miałem szans by go zwiedzić ponieważ musiałbym stać kilka godzin a czekał mnie jeszcze nocny rejs po Newie. Łagodnie mówiąc Danuta rozmijała się z prawdą mówiąc, że jest w remoncie. Stojąc naprzeciwko „Aurory” nawiązałem rozmowę z nastolatkiem. Powiedział mi, że mieszka nieopodal i nie pamięta by była ona remontowana za jego życia. Można ją zwiedzać przez pięć dni od środy do niedzieli i zawsze są do niej kolejki.

Kilka razy przeszedłem się wzdłuż zacumowanego krążownika, sławnego świadka historii i po około 30 minutach ruszyłem w drogę powrotną.

Niebo pokryły coraz ciemniejsze chmury z których w każdej chwili mogło zacząć podać. Będąc w połowie drogi nagle lunął taki deszcz, że zanim przebyłem ok. 100 m pod most znajdujący się na trasie byłem przemoczony. Gdy tam dotarłem było już kilka osób które się tam schowały, a w trakcie ulewy dochodziły kolejne. Nie czekając aż przestanie padać, gdy tylko zelżał ruszyłem w dalszą drogę. Mimo zmęczenia i przemoczenia nie żałuję wędrówki. Byłem przy sławnym krążowniku i widziałem go na własne oczy”.

Na nocny rejs po Newie wyruszyliśmy autokarem ok. godz. 23. Mieliśmy obawy, czy ta wyprawa się uda, ponieważ mniej lub bardziej intensywnie padał deszcz. Naszym przewodnikiem był Włodzimierz mówiący pięknie po polsku.

Gdy dotarliśmy do przystani mieliśmy trochę czasu do rozpoczęcia rejsu więc Włodzimierz zaproponował spacer do znajdującego się nieopodal w plenerze muzeum miniatur.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do niewielkiego placu na którym znajdowały się miniatury słynnych budowli np. Sobór Issakowski

czy Twierdza Pietropawłowska ze słynną iglicą .

oraz kilka historycznych postaci wykonanych z brązu.

Z muzeum udaliśmy się na stateczek którym mieliśmy odbyć podróż po Newie. Przy brzegu stała para statków połączonych burtami. By dostać się na ten którym mieliśmy płynąć musieliśmy przejść przez ten przycumowany przy brzegu.

Gdy wchodziliśmy było mokro i trzeba było uważać, żeby się nie poślizgnąć idąc drewnianym trapem. W międzyczasie zaczęło intensywnie padać więc musieliśmy wejść do wnętrza, pod pokład. Tylko nieliczni w tym mój mąż i ksiądz Józef zostali na pokładzie, ale i oni weszli pod pokład, gdy ulewa zaczęła się nasilać. W czasie rejsu nasz polskojęzyczny przewodnik Włodzimierz pięknie opowiadał o mijanych obiektach, budowlach i mostach. Miał niesamowicie bogatą wiedzę historyczną i ciekawie potrafił ją prezentować.

Niestety będąc pod pokładem niewiele było widać przez mokre szyby. Dlatego i ja mimo deszczu co chwilę wychodziłam na zewnątrz by zobaczyć jedyny w swoim rodzaju spektakl i zrobić kilka pamiątkowych zdjęć.

Wrażenie jest niesamowite. Po obu stronach Newy wszystkie budowle były przepięknie oświetlone. Każdy innego kształtu i koloru. Płynąc i patrząc na ten świetlny spektakl w pewnym momencie z daleka na horyzoncie zobaczyłam jasną kreskę łączącą dwa brzegi. Im bliżej do niej podpływaliśmy tym bardziej przybierała ona kształt mostu. Każdy most był inaczej podświetlony. Filary i prawie wszystkie elementy każdego z nich posiadały innego rodzaju kształt i kolor iluminacji. Oprócz tego paliły się stojące na nich lampy oświetlające jezdnię. Przy ciemnym niebie światło odbijało się w ciemnej toni powodując harmonię kolorów i odcieni dodatkowe refleksy świetlne. Robiły na każdym niesamowite wrażenie. Gdy dopłynęliśmy powoli do pierwszego z nich czekając aż uniosą się jego skrzydła zobaczyłam, że wokół było dużo różnych statków z turystami którzy wsiadali do nich z rozmieszczonych wzdłuż brzegu maleńkich przystani.

Wszystko było tak zgrane w czasie, że kolejne zaczęły się powoli podnosić dopiero gdy do nich podpływaliśmy. Gdy robiłam zdjęcia wychodziły one jak malowane najdelikatniejszym pędzlem obrazy. Mimo, że nasz rejs trwał około 2 godzin czas minął błyskawicznie. Warto było przeżyć te wzniosłe niepowtarzalne chwile.

Wycieczka zakończył się około godziny drugiej w nocy. Całe szczęście, że wysiadaliśmy na tej samej przystani z której wyruszyliśmy i która znajdowała się po tej samej stronie rzeki co nasz hotel. W przeciwnym razie musielibyśmy czekać do rana aż mosty znów się zamkną by do niego dojechać. Zmęczeni dniem pełnym wrażeń i szczęśliwi, że było nam dane widzieć takie cuda wchodziliśmy do pokoju, aby zasnąć kamiennym snem na parę godzin. Następnego dnia czekało nas intensywne zwiedzanie Carskiego Sioła i Pawłowska, a wieczorem nocna podróż do Moskwy.

Ale o tym już w następnej części mojej relacji.

Foto :Liliana i Zdzisław Borodziuk