Bo problemem nie jest żadna tajna agentura Kremla przy stole UE. Problemem jest coś znacznie mniej spektakularnego: rachunek ekonomiczny i polityczna hipokryzja.
Unia Europejska od dwóch lat opowiada historię o odcinaniu się od rosyjskich surowców. I owszem – coś się zmieniło. Import spadł, sankcje weszły, deklaracje padły. Ale gdy przychodzi moment, żeby naprawdę zakręcić kurek do końca – nagle zaczyna się festiwal „ale”.
Ale gospodarka.
Ale ceny energii.
Ale wyborcy.
Ale przemysł.
I nagle okazuje się, że najgłośniejsi moralni kaznodzieje stają się bardzo pragmatyczni.
Węgry i Słowacja? Owszem, blokują. Tylko że robią to jawnie i bez udawania – bo ich gospodarki są uzależnione. To nie „kolaboracja”, to zimna kalkulacja. Cyniczna? Tak. Zrozumiała? Niestety też.
Ale prawdziwa hipokryzja leży gdzie indziej.
Bo cała reszta Europy chętnie wskazuje palcem na „tych złych”, jednocześnie kupując rosyjską energię tylnymi drzwiami, przez pośredników, przez LNG, przez „floty cieni”. Sankcje są twarde w komunikatach i miękkie w praktyce.
I tu dochodzimy do najbardziej niewygodnego fragmentu tej układanki.
Z jednej strony Europa ogłasza kolejne pakiety wsparcia dla Ukrainy – dziesiątki miliardów euro, w tym ogromne programy pomocowe sięgające dziesiątek miliardów, nawet około 90 mld. Pieniądze na obronę, odbudowę, przetrwanie państwa.
Z drugiej strony – w tym samym czasie – do Rosji nadal płyną miliardy za surowce energetyczne. Może już nie tak wielkie jak przed wojną, może bardziej ukryte, może „pośrednie”, ale wciąż realne.
Czyli mamy sytuację absurdalną:
Europa finansuje ofiarę… i jednocześnie częściowo zasila agresora.
Jedną ręką wysyła wsparcie do Kijowa,
drugą – płaci rachunki, które zasilają budżet Moskwy.
I to jest sedno problemu, którego nikt nie chce nazwać wprost.
Bo łatwiej krzyczeć o „ruskich kolaborantach”, niż przyznać, że system jako całość jest wewnętrznie sprzeczny. Że moralność kończy się tam, gdzie zaczyna się koszt.
Prawda jest brutalna:
to nie jest walka dobra ze złem, tylko gra interesów przebrana za moralność.
I w tej grze nie ma jednego „kolaboranta”.
Jest wspólnota, która bardzo chce być moralna… pod warunkiem, że nie zapłaci za to za wysokiej ceny.
Może jakieś źródła tych danych wysysanych z palca, kaznodziejo madziarski?