Ponieważ mieszkam stosunkowo niedaleko od Sopotu, bo w Malborku, to w zależności od roku bywam w nim od kilkunastu do kilkudziesięciu razy. Oprócz spaceru po molo i opalaniu się na sopockiej plaży stołujemy się często w barze „Przystań”, jak również korzystamy z oferowanych turystom wędzonych ryb, które można nabyć w pobliskich niewielkich sklepikach. Wypada je spożyć na znajdujących się nieopodal drewnianych stołach. Od dłuższego czasu korzystamy z tej możliwości, bowiem podczas posilania się można dobrze przyjrzeć się różnym gatunkom mew, które w odległości metra czają się gotowe wykorzystać nieuwagę i porwać ze stołu posiłek.

Siedząc twarzą do zatoki mamy przed sobą przepiękny widok na morze i stojące przy brzegu stare masywne rybackie łodzie wykonane z dębiny. Ich żółto-zielone kolory jak i znajdujące się na nich chorągiewki wprawiane przez wiatr w ruch przykuwają wzrok.

Nie wiem jak to się stało, że nigdy nie weszliśmy do znajdującego się na końcu sklepików, obok baru „Przystań” Mini Muzeum Rybackiego (Wojska Polskiego 9). Być może miał na to wpływ niepozorny budynek i niewielki napis, co się w nim znajduje.

Będąc ostatnim razem przez przypadek zajrzeliśmy do środka i zostaliśmy zaskoczeni ilością zgromadzonych w nim niezwykłych przeróżnych eksponatów związanych z rybołówstwem. Na niewielkiej przestrzeni jest ich kilka tysięcy (piły, sieci, łyżwy, świdry, haczyki, śruby, pasy ratunkowe itd.).

Po przekroczeniu progu przywitał nas pan Jerzy Piątek będący równocześnie jego właścicielem, kustoszem, konserwatorem i przewodnikiem. Pan Jerzy ma niesamowity dar nawiązywania kontaktów ze zwiedzającymi i niezwykle ciekawego opowiadania o zbiorach o swoim życiu jako rybaka -szypra łodzi rybackiej. Jest autentycznym pasjonatem żyjącym historią zebranych artefaktów i kopalnią wiedzy nie tylko rybołówstwa, ale i historii Sopotu.

Swoją przygodę z rybactwem rozpoczął w wieku 12 lat. Widział jak na przestrzeni lat na skutek przełowień, zanieczyszczeń wód w zastraszającym tempie zmniejszyła się populacja ryb. Były czasy, gdy w Zatoce Gdańskiej łowiono nawet jesiotry.

Czynnie uprawiał zawód przez 40 lat. Wspominał jak w młodości pękająca stalowa lina okaleczyła mu twarz. Opowieść o zbiorach zaczął od tego, że zgromadzone eksponaty to dzieło trzech pokoleń – jego dziadka, ojca i Jego samego.

Nie jest to tradycyjne muzeum, każdy z eksponatów można wziąć do ręki lub go dotknąć i posłuchać historii z nim związanej, ponieważ pan Jerzy wie o każdym przedmiocie wszystko.

Pokazał nam niepozorne żeliwne piecyki „krystki”, które znajdowały się w na rybackich łodziach w kubryku i wykorzystywane były do gotowania potraw i ogrzewania zgrabiałych rąk. Opalane były antracytem, najlepszym jakościowo węglem którego pokłady znajdują się pod Bałtykiem.

Rozglądając się po pomieszczeniu mój wzrok przykuła metalowa skrzynia z dziurkami. Pan Jerzy wyjaśnił nam, że służyła ona do przechowywania małych srebrnych rybek tzw. tubisówek, żyjących przy brzegu. Były one przysmakiem kormoranów, mew, ale i ryb drapieżnych. To na nie łowiono duże ryby, np. szczupaki.

Na ścianach rozwieszonych jest dużo różnego rodzaju sieci rybackich wypartych przez włókna syntetyczne. Miałam w dłoniach czółenko rybackie do robienia i naprawy sieci nazywane przez pana Jerzego kleszczką. Pokazywało On nam, w jaki sposób robi się sieci. Tuż obok nich, na ścianach było sporo szklanych kul. Jak wyjaśniał kustosz służyły one do zwiększenia wyporności sieci, gdy trafiał się dobry połów ryb.

Niezwykłym eksponatem, który trzymałam w dłoniach była licząca ok. 2 miliony lat oryginalna skamielina niewielkiej rybki  babki obłej. Zachowała się w znakomitym stanie. Widać było łuski i szkielet głowy.

Ciekawie wygląda żebro wieloryba, oraz wysuszona rybka kur diabeł, która jak mówił pan Jerzy praktycznie wyginęła z powodu inwazji obcych gatunków. Jest rybą drapieżną, żywiącą się bezkręgowcami dennymi, skorupiakami, oraz drobnymi rybami, wylęgiem i ikrą. Dorasta zwykle od 10 do 30 cm długości ciała, zdarzają się osobniki 60-centymetrowe. Wyjęta z wody wydaje burczące dźwięki. Ukłucia kolcami lub ostrymi wyrostkami znajdującymi się na głowie mogą być niebezpieczne. Wysuszona służy, jako barometr. Skóra zmienia barwę w zależności od wilgotności powietrza, a tym samym od zmiany ciśnienia.

Właściciel opowiadał nam jak musiał zjeść mewę aby zdobyć jeden z eksponatów. Mówi, że jej smak jest obrzydliwy, bowiem żywi się wszystkim, co znajdzie, również padliną.

Wstęp do muzeum jest bezpłatny. Nie chciałam uwierzyć, gdy Pan Jerzy mówił, że sam opłaca czynsz za wynajem pomieszczenia muzealnego i finansuje muzeum. Przecież tego typu placówka powinna być oczkiem w głowie władz Sopotu. To one powinny chuchać i dmuchać by zebrane zbiory były godnie prezentowane w obiekcie dużo większym od obecnego, a właściciel otrzymywał gratyfikację za to, że o nie dba i oprowadza zwiedzających.

Nie chciało się opuszczać tego magicznego miejsca. Wychodząc wrzuciliśmy drobny datek na jego utrzymanie. Jak tylko będziemy w Sopocie na pewno znów go odwiedzimy.

Polecam odwiedzenie tego mini muzeum i wsparcie Pana Jerzego. Można zorganizować wycieczki szkolne, aby odwiedziły to miejsce. Naprawdę warto.

Mieszkańcy i turyści z całej Polski i z zagranicy będą mile widziani.

Foto: Liliana i Zdzisław Borodziuk