Polska zadłuża się coraz szybciej.Można oczywiście powiedzieć: spokojnie, przecież państwo płaci emerytury, pensje, 800 plus, finansuje armię. Nie jest jeszcze tak źle.Wszystko się zgadza. Tylko że jest jeden szczegół, o którym politycy nie lubią mówić.
Dług trzeba spłacić.
Według prognozy Komisji Europejskiej deficyt sektora finansów publicznych Polski ma wynieść w 2026 roku 6,5 proc. PKB. Dług sektora instytucji rządowych i samorządowych ma wzrosnąć z 59,7 proc. PKB w 2025 roku do 64,5 proc. w 2026 roku i 68,3 proc. w 2027
Ministerstwo Finansów również zakłada dalszy wzrost zadłużenia, bo oni rządzić inaczej nie potrafią.Dług sektora instytucji rządowych i samorządowych może dojść do 75,3 proc. PKB w 2029 roku. Sam koszt obsługi długu ma wzrosnąć do około 2,6-2,7 proc. PKB
I tu zaczyna się pytanie, którego nie można odkładać na później:
Co się stanie, jeżeli państwo będzie przez lata wydawało więcej, niż jest w stanie zarobić?
Najpierw przychodzi coś znacznie bardziej przyziemnego. Coraz większa część pieniędzy z budżetu idzie nie na nowe drogi, szkoły, szpitale czy bezpieczeństwo, ale na obsługę długu.
A potem przychodzi moment, kiedy trzeba ciąć wydatki.
Historia zna takie przypadki.
Grecja długo żyła na kredyt. Kiedy przyszedł kryzys, skończyło się finansowanie, a rozpoczęła się brutalna kuracja.
Cięto wynagrodzenia w sektorze publicznym. Ograniczano świadczenia. Obniżano emerytury. Podnoszono podatki. Państwo zaczęło również sprzedawać swój majątek.
To nie była teoria ekonomiczna. To był rabunek.
Rachunek zapłacili obywatele.
Cypr pokazał jeszcze inny wariant.
W 2013 roku państwo znalazło się w kryzysie bankowym. Ratowanie banków nie zostało oparte wyłącznie na pieniądzach publicznych.
Zastosowano tak zwany bail-in. I sięgnięto po pieniądze obywateli.
Nieubezpieczone depozyty, czyli zasadniczo środki powyżej 100 tys. euro, zostały wykorzystane do dokapitalizowania banków. W Bank of Cyprus część depozytów zamieniono na udziały. Jednocześnie wprowadzono ograniczenia wypłat i przepływu pieniędzy za granicę.
Brzmi niewiarygodnie?
A jednak się wydarzyło.
Pieniądze na rachunku bankowym mogą być własnością klienta, ale w czasie kryzysu systemowego państwo może ograniczyć możliwość ich wypłacenia, jeżeli uzna to za konieczne dla ratowania systemu finansowego.
A potem mamy Argentynę.
Tam skończyło się jeszcze ostrzej.
W 2001 roku państwo ogłosiło niewypłacalność wobec części wierzycieli. Wcześniej doszło do paniki bankowej i masowego wycofywania depozytów.
Wprowadzono słynne „corralito”.
Obywatel nie mógł po prostu pójść do banku i wyjąć swoich pieniędzy. Wprowadzono limit wypłat z rachunków na poziomie 250 pesos tygodniowo.
23 grudnia 2001 roku Argentyna formalnie ogłosiła niewypłacalność wobec części swojego długu państwowego. IMF opisuje tamten kryzys jako jeden z najpoważniejszych kryzysów walutowych i gospodarczych tego okresu.
I właśnie dlatego zadłużenie państwa nie jest abstrakcyjną liczbą w tabeli Ministerstwa Finansów. Może dotrze to do tych tępych łbów od Tuska?
To są pieniądze, które kiedyś trzeba znaleźć.
Jeżeli nie znajdzie się ich w gospodarce, znajdzie się je w podatkach.
Jeżeli nie wystarczą podatki, będą cięcia wydatków.
Jeżeli problem dotknie banków, mogą pojawić się ograniczenia w dostępie do pieniędzy.
Czy w Polsce istnieje dzisiaj sytuacja porównywalna z Cyprem, Grecja, Argentyną?Zbliżamy się do niej.Trzeba o tym mówić teraz zanim pojawi się kryzys, a nie wtedy, kiedy będzie już za późno.Dług nie znika.On tylko przechodzi z dzisiejszego budżetu do przyszłego.
A przyszły rachunek zaplaci emeryt, któremu zabraknie waloryzacji.
Może pracownik, któremu zamrożą pensję.
Może przedsiębiorca, któremu podniosą podatki.
Może młody człowiek, który będzie spłacał zobowiązania zaciągnięte zanim jeszcze zaczął pracować.
I dlatego naprawdę warto zadać dziś proste pytanie:
Ile jeszcze możemy tolerować Tuska i jego partaczy?