To historia rodziny pani Ewy, która od kilku dekad mieszka w Kanadzie. Wiem, że tekst jest długi. Ale mimo wszystko zachęcam do lektury. Pani Ewie dziękuję za zaufanie. Może właśnie ktoś przeczyta ją i powie.

„Przecież ja znam to nazwisko…”
I wtedy rozpocznie się kolejny rozdział tej rodzimej sagi..

Moi rodzice pochodzili z okolic Kurowa w województwie lubelskim. Tata miał na imię Julian, mama Krystyna. Pobrali się w 1943 roku. Oboje działali w Batalionach Chłopskich. Po wojnie, ulegając propagandzie o zasiedlaniu ziem zachodnich, postanowili wyjechać. Wiosną 1946 albo 1947 roku ruszyli w podróż na zachód. Ich domem na ponad dwa tygodnie stał się wagon towarowy. W drogę ruszyli tata Julian, mama Krystyna, moja babcia Viktoria i moja ciocia wtedy zaledwie sześcioletnia dziewczynka. Kiedy dzisiaj o tym myślę, uderza mnie ogromna odpowiedzialność, jaka spoczywała wtedy na moim ojcu. Miał pod opieką dwie kobiety i małe dziecko. Jechali w nieznane, nie wiedząc dokładnie, co czeka ich na końcu tej podróży.

Pociąg zatrzymywał się nie raz dziennie. Czasami stał dwie godziny, czasami kilka. Podróż ciągnęła się ponad dwa tygodnie. Co działo się podczas tej podróży, wiem z opowieści rodziców. Podróż trwała kilka tygodni. Brud ,zimno i wszy towarzyszyły były codziennym towarzyszem podróży. Pewnego dnia pociąg zatrzymał się gdzieś w polu. Mama i jeszcze jedna młoda kobieta zauważyły glinianke. Postanowiły choć trochę się odświeżyć. Ledwo weszły do wody pociąg ruszył. W ostatnich momencie. Zostały wyciągnięte do wagonu biegnąc za składem. Mama miała wyrwaną rękę z barku. I nie trafiła do swojego wagonu o ostatniego że składu. W końcu dotarli do Szczecinka, w ówczesnym województwie koszalińskim.

Tata od początku wiedział, czego szuka. Był z zawodu kołodziejem i chciał znaleźć dom, przy którym znajdowałby się warsztat stolarski. W końcu udało znaleźć się duży dom ze stolarnią we wsi położonej kilka kilometrów od Szczecinka. Był tylko jeden problem. W domu nadal mieszkała niemiecka rodzina, która czekała na wyjazd do Niemiec. Było ich pięcioro.

Matka Marta. Jej córki Ursula i dziewiętnastoletnia Margot. Syn dwunastoletni Ginter. Był jeszcze ojciec Marty, starszy człowiek, którego wszyscy nazywali „Upa”. Tak zapamiętałam jego imię lub przydomek, choć być może było to określenie używane w rodzinie. Nie wiem tego na pewno. Dom był dość duży, a maszyny stolarskie znajdowały się w bardzo dobrym stanie. Tata zdecydował więc, że zamieszkają razem z niemiecką rodziną do czasu jej wyjazdu. Było ciasno.

Niemcy gnieździli się na parterze, w dwóch pokojach. Moi rodzice, babcia i ciocia zajęli piętro również dwa, ale nieduże pokoje. Sytuacja Niemców we wsi była tragiczna. Większość pozostałych tam mieszkańców stanowiły kobiety, dzieci i starsi ludzie. Pola wciąż były zaminowane. W okolicznych lasach miały ukrywać się niedobitki niemieckiej armii. W następnej wiosce znajdował się sztab radziecki i nocami ciągle było słychać strzały.

Także Polacy, którzy przyjechali na ziemie zachodnie, żyli w strachu.
Tata wspominał, że przez pierwsze cztery miesiące trzymał swój partyzancki pistolet pod poduszką. Nikt właściwie nie zajmował się Niemcami. Żyli w biedzie i strachu. Starzy ludzie umierali, a rodziny nie miały pieniędzy nawet na pogrzeby. Wtedy tata zaczął robić trumny. Nie brał za to pieniędzy. Zaplatą było kilka jajek albo za coś innego, co miało jakąś wartość.

Wtedy coraz częściej obok mojego ojca zaczął pojawiać się dwunastoletni Ginter. Kręcił się koło taty. Wydawało się, że był spragniony towarzystwa dorosłego mężczyzny. Jego ojciec walczył na froncie wschodnim i od dawna nie było od niego żadnych wiadomości. Myślę, że dla tego chłopca mój tata stał się kimś ważnym.

Nie wiem, czy można powiedzieć, że był dla niego zastępczym ojcem. Nie chcę tego dopowiadać. Ale wiem, że Ginter szukał jego obecności. Moi rodzice przywieźli ze sobą ziarno i mąkę. Z ziarnem był jednak problem. Nie można było jeszcze normalnie siać, ponieważ pola były zaminowane. Niemiecka gospodyni miała natomiast krowę i kilka kur. Kobiety zaczęły więc wymieniać się produktami. Z czasem zaczęły także wspólnie gotować, żeby oszczędzać to, co miały. I tak powoli zaczęło się coś, czego nikt chyba nie planował. Zaczęli razem jeść. Polska rodzina i niemiecka rodzina.

Przy jednym stole. Porozumiewali się mieszaniną języków polskiego, niemieckiego i rosyjskiego. W czasie wojny w okolicy przebywali także polscy robotnicy przymusowi, więc część Niemców znała trochę język polski.

Czasami z tej mieszaniny języków wychodziły zabawne sytuacje. Ludzie śmiali się z nieporozumień, gestykulowali, próbowali powiedzieć coś inaczej, kiedy druga osoba nie rozumiała.
Tata wspominał, że dla niego samego sytuacja była bardzo dziwna. Siedzieć przy jednym stole i jeść z Niemcami z ludźmi, których jeszcze niedawno uważało się za wrogów. Jedyną osobą, która niemal nigdy się nie odzywała, był stary człowiek nazywany „Upa”. Milczał. Siedział i obserwował wszystkich.
I wtedy pojawił się jeszcze jeden człowiek. Rosyjski wojskowy. Był wyższej rangi, ale nie pamiętam jakiej. Przyszedł do mojego ojca i powiedział, że szuka miejsca, w którym mógłby zamieszkać razem ze swoim młodszym bratem. Brata odnalazł podczas wojny. Nie chciał jednak mieszkać z nim w koszarach, ponieważ jak miał powiedzieć panowała tam „Sodoma i Gomora”. Na strychu domu znajdował się mały pokoik. Tam zamieszkali we dwóch.

Właściwie przychodzili tylko spać. Pewnego dnia rosyjski wojskowy zobaczył, że wszyscy siedzą razem przy posiłku.

Zapytał, czy on i jego brat również mogą się przysiąść. Od tej pory wszyscy zaczęli razem jadać kolacje. Rosjanin przynosił czasami puszki z tuszonką, co pomagało wzbogacić bardzo skromny jadłospis. Trzy narodowości, które jeszcze niedawno były dla siebie wrogami, siedziały teraz przy jednym stole. Polacy. Niemcy. Rosjanie.

Czasami myślę, że chciałabym tam być i to zobaczyć. Niestety jeszcze się wtedy nie urodziłam. Nie jestem pewna, czy rosyjscy bracia mieli na imię Anton i Andriej. Tak zapamiętałam z rodzinnych opowieści, ale nie mam pewności. W pamięci mojego ojca szczególnie zapisała się jeszcze jedna sytuacja. Starszy z Rosjan zaczął rozmawiać ze starym Niemcem. Ale nie po niemiecku. Rozmawiali po francusku. Stary człowiek znał ten język, ponieważ urodził się blisko granicy francuskiej. Ale skąd rosyjski wojskowy znał francuski?

Tata przypuszczał, że być może był potomkiem rosyjskiej arystokracji.
Czy tak było naprawdę? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że nagle stary „Upa”, który wcześniej niemal się nie odzywał, zaczął rozmawiać. Czasami wychodzili obaj na zewnątrz i wyglądało to tak, jakby się kłócili. A czasami obaj zanosili się od śmiechu. Tata przypuszczał, że rozmawiali o polityce. Być może o świecie, który właśnie legł w gruzach. Może o tym, co doprowadziło ich wszystkich do tego dziwnego domu na ziemiach zachodnich. A może po prostu o czymś, czego już nigdy się nie dowiemy.

Żyli wszyscy niby razem, ale jednocześnie starali się nie wchodzić sobie w drogę.
Tata miał swój warsztat. Z czasem zaczęła organizować się polska administracja i tata zaczął brać w niej udział.
Pochwalił mi się kiedyś, że miał udział w nadawaniu polskiej nazwy wsi.
Niemieckie Persanzig zostało przemianowane na Parsecko.
A rzekę, która płynęła niedaleko, nazwano Parsętą. Nowe nazwy zostały naniesione na polskie mapy.

Życie zaczęło się powoli układać. Ale wszyscy wiedzieli, że dla niemieckiej rodziny przyjdzie dzień wyjazdu. Marta bardzo prosiła mojego ojca, żeby spróbował załatwić dla nich wyjazd do strefy amerykańskiej. Najlepiej do Monachium. Miała tam jakąś rodzinę. Obiecywała, że kiedy tylko dotrą na miejsce, wyśle list z adresem.

Wciąż czekała bowiem na wiadomość od męża. Wierzyła, że wróci ze wschodu. Może jeszcze żył. Nikt tego nie wiedział.

A potem, na kilka dni przed wyjazdem niemieckiej rodziny, wydarzyła się tragedia. Zniknęła dziewiętnastoletnia Margo a wraz z nią zniknął młodszy brat rosyjskiego wojskowego. Nikt wcześniej nie zauważył, że ci młodzi ludzie coś planowali. Nikt nie wiedział, że zamierzają odejść. Rozpacz matki była ogromna.
Anton jeśli rzeczywiście tak miał na imię rosyjski wojskowy zaczął organizować poszukiwania. Szukali ich wszyscy. Niemcy. Rosjanie. Polacy. Ale okolica była pełna lasów i jezior. Można było ukryć się niemal wszędzie. Poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Niemiecka rodzina musiała wyjechać bez Margot.

Na szczęście otrzymali przydział do strefy amerykańskiej. Marta miała więc szansę znaleźć się w miejscu, o które tak bardzo prosiła mojego ojca.

A poszukiwania trwały jeszcze długo.
Niestety ku rozpaczy Antona bez rezultatu. Być może ktoś pomyśli, że jest moja wyobraźnia .Ale ja doskonale pamiętam, jak będąc nastolatką słyszałam, jak moi rodzice zastanawiali się, czy tych dwoje młodych ludzi zostało odnalezionych. Czy żyją? Czy udało im się przejść nielegalnie przez granicę? A może gdzieś rozpoczęli nowe życie?

Czy kiedykolwiek dowiedzieli się, co stało się z ich rodzinami? Tego nie wiem.

Moi rodzice mieszkali w domu po Niemcach aż do 1962 roku. Przez cały ten czas utrzymywali kontakt z niemiecką rodziną. Mąż Marty nigdy nie wrócił.

Tata wspominał też, że polscy osadnicy żyli i pracowali w polu, ale każdy, przynajmniej na początku, miał wrażenie, że ten pobyt jest tylko tymczasowy.
Kiedy jechali odwiedzić rodzinę w miejscach, z których pochodzili, mówili:
„Jedziemy do Polski”. Jakby tam, na zachodzie, jeszcze nie byli naprawdę u siebie.

Po około piętnastu latach tata sprzedał gospodarstwo w Parsecku. Zabrał ze sobą ciężkie, żeliwne niemieckie maszyny stolarskie i wyjechał stamtąd. Pamiętam te maszyny. Pamiętam również duże, wiklinowe kosze stojące w piwnicy naszego nowego domu.w W koszach, zapakowana w stolarskie wióry, znajdowała się porcelana. Piękna porcelana. Mama nie pozwalała jej używać. Zawsze słyszeliśmy:
„Niech stoi. To niemieckie”.
Przez lata ta porcelana stała więc nietknięta. Jedyna pamiątka po ludziach, których już nie było. Po świecie, który skończył się wraz z wojną, ale którego ślady przez wiele lat pozostały w domu mojego dzieciństwa. Mój tata dożył prawie stu lat. Żył dziewięćdziesiąt dziewięć i pół roku. I kilka lat przed śmiercią zadał mi pytanie, które dzisiaj brzmi dla mnie zupełnie inaczej niż wtedy.
Powiedział.
„Teraz, przy tym internecie, może poszukałabyś tej rodziny?”.
Twierdził, że Ginter na pewno żyje. Pamiętał nazwisko.
Münz — z „ü”, z dwoma kropkami. Wtedy jednak byłam zajęta swoim życiem.
Miałam swoje sprawy, swoje problemy. I ta historia gdzieś mi uciekła. Dzisiaj wracam do niej myślami. Do domu kilka kilometrów od Szczecinka. Polskiej rodziny, która przyjechała tam po wojnie.
Niemieckiej rodziny czekającej na wysiedlenie. Dwunastoletniego chłopca, który szukał obecności dorosłego mężczyzny. Rosyjskiego oficera i jego młodszego brata. Starego Niemca, który przez długi czas milczał, a potem zaczął rozmawiać po francusku z rosyjskim żołnierzem. Trzech narodowości siedzących przy jednym stole. Puszek z tuszonką. Jajek wymienianych za usługi.
Wspólnego gotowania. Niemieckiej żony która czekała na męża. Dziewiętnastoletniej Margot i młodego Rosjanina, którzy pewnego dnia zniknęli bez śladu. I do mojego ojca, który po kilkudziesięciu latach wciąż pamiętał tę rodzinę. Ale mimo to po tylu latach nadal chciał poznać losy ludzi z którymi się związał.

A dziś, kiedy mam dostęp do internetu,ta historia wraca. Być może gdzieś jeszcze istnieje odpowiedź. Może gdzieś w Niemczech żyją potomkowie rodziny Münz. A może ktoś pamięta Martę, Ursulę, Margot i małego Gintera.

Mój ojciec przez całe życie zastanawiał się jak potoczyły się ich losy.
Ale skoro przed śmiercią powiedział
„Teraz, przy tym internecie, może poszukasz tej rodziny?”,
to może właśnie teraz nadszedł czas, żeby spróbować…. Jeśli ktoś z was może pomóc zna kogoś o tym samym nazwisku. Może mieszka gdzieś rodzina która opowiadała podobną historię . Będę wdzięczny za każdą informację w imieniu P. Ewy.

Autor: Jedruś Ciupaga