Wracam z targu. A tam elegancka kobieta – na ustach szminka za jakieś 200 złotych, wokół unosi się zapach markowych perfum – narzeka na cenę marchewki. I ostro się targuje z rolnikiem, którego cała garderoba kosztowała mniej niż jej szminka. Bo co na pokaz, to wypas, ale na to co naprawdę ważne, szkoda grosika. Ona naprawdę musi zaoszczędzić 10 złotych? Naprawdę nie rozumie ile to pracy, żeby zasiać, zebrać i jeszcze przywieźć na targ? I tak dobrze, że kupuje bezpośrednio u producenta, bo w dyskontach byłoby taniej.
Szał dyskontów. 98% Polaków robi zakupy w sklepach dyskontowych. To najwyższy odsetek w Europie. Czy mi to przeszkadza? Owszem. Nie wzywam ani do likwidacji, ani bojkotu. Te sklepy, łącznie z groteskowo walczącymi o opinię najtańszego, mają swoje miejsce. A ich oferta jest szersza, niż asortyment tradycyjny. Bo małych sklepików rodzinnych czy osiedlowych nie stać na eksperymentowanie z egzotycznymi owocami, krewetkami, czy małżami. W wielkich sieciówkach zarówno (globalny) system zamówień jak możliwości przechowywania ułatwiają pozyskiwanie klientów dla towarów mniej znanych.
A główną korzyścią wcale nie jest prosty zysk, tylko profity wizerunkowe. Niektóre dyskonty przekonały Polaków, że w nich znajdą luksus. Śmieszne? Może śmieszne ale działa.
To doskonale się bilansuje. Sieciówki osiągnęły taką pozycję, że mogą ciąć do kości ceny za jakie kupują produkty od miejscowych producentów. Jakich fikołków producencko-handlowych potrzeba, żeby kurczak kosztował 6 złotych? Czym był karmiony? Skąd pochodzi? Bo nie wystarczy wyhodować, trzeba go jeszcze oczyścić, zapakować, przewieźć do sklepu, opłacić personel, prąd, chłodzenie… Ktoś za tę taniość płaci. Bo ktoś musi… I tak jest z wszystkim. Z podkoszulkami za 10 złotych, z butami za 20 zł, z napojami owocowymi bez owoców.
Mój dziadek mówił, że jesteśmy za biedni, żeby kupować rzeczy tanie. Wpierw tego nie rozumiałam. A potem zdałam sobie sprawę, że on 30 lat po wojnie nosił garnitury kupione przed wojną. To oczywiście tylko anegdota, której naśladować się nie da w dobie zmieniającej się mody i niemożności zakupu materiałów podobnej jakości.
Czy jednak naprawdę musimy ulegać kultowi taniości za wszelką cenę? Nie musimy. Oszczędności z tego są nikłe lub pozorne. Oczywiste za to są dewastujące konsekwencje. Kuszeni taniością, pozwalamy by wpychano nas w bylejakość. Byle jaki towar, byle jaka prezentacja, byle jaka obsługa. Nikt nam nie doradzi, bo się nie zna albo boi konsekwencji służbowych. Tłum klientów kłębi się przy kasach samoobsługowych, bo takie są tańsze, niż zatrudnianie ludzi. Często dyskonty przypominają sprzedaż garażową. Chaos lub wręcz brud i fluo etykiety.
Konkurencji nie wytrzymują sklepy prowadzone przez fachowców, gdzie w zamian za nieco wyższe ceny dostawaliśmy pewność jakości. To były sklepy dla klasy średniej. Ale klasa średnia się rozpada: ci bogaci naprawdę – na lewo, ogromna większość żyjących w niepewności – na prawo.
Taniość często oznacza chciwość. A my, jak barany, pozwalamy się zepchnąć do narożnika dziadostwa i pozorów.
Fot 1. – Black Friday w UK
fot 2. – chłop oferuje marchew po 60 groszy/kg
fot 3. – sklep po taniości
Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, opublikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.
Zostaw komentarz