To teraz krótki komentarz, bo wyniki nawet jeśli się zmienią, nie zmienią sytuacji ogólnej.

Co leży i kwiczy?

Podstawowa edukacja. Wiem po znajomych, że „za przyszłością” głosowali często całkiem ogarnięci i niegłupi oraz przyzwoici ludzie, którym jednak ideały pomieszały się z rzeczywistością.

I tu jest podstawowy szkopuł. Znaczna część wynosi ze szkoły całkowicie nieprawdziwe wyobrażenia o polityce. Patrzą na nią, jak na salonowe pogaduszki, a nie brutalną walkę o swoje interesy (a kto tak podchodzi, piętnowany jest, jako warchoł i wichrzyciel). Panuje zasada, że „pokorne cielę dwie matki ssie” (ja zawsze dodawałem: „do rzeźni idzie”).

Szkoła, będąca dziedzictwem totalitaryzmu, a do tego sfeminizowana, czyli zdominowana przez myślenie: „podajcie sobie rączki i pogódźcie się”, nie jest w stanie wykształcić ludzi rozumiejących grę i patrzących na życie poprzez pryzmat gry (nie mam pojęcia, czemu ja zawsze tak patrzyłem).

Dlatego tak ukształtowani ludzie nie rozumieją, że UE to brutalna gra interesów i snują fantazmaty o jakiejś wspólnocie wartości, której nie ma.

I kurczę, o tym wiadomo od lat.

I co?

Co zrobiono po prawej stronie, żeby to zmienić?

Nie, nie mam na myśli reform szkoły, bo wiadomo, że to moloch, którego łatwo się nie zreformuje, ale bez pracy u podstaw, bez kształtowania u młodych ludzi podstawowej świadomości, czym jest polityka i jak się ją robi, będziemy skazani na świat pięknoduchów manipulowanych przez cyników. Będziemy wciąż rozbijać się o wzniośle myślących, nic nie rozumiejących.

Praca u podstaw. Kreowanie liderów ideowych, ale twardo chodzących po ziemi. Budowanie rozumienia, że wartości, idee i ideologie to różne obszary, choć powiązane.
Zostawienie opcji liberalnej kultury i edukacji zemściło się. I bardzo dobrze.
Nie tylko zresztą tych obszarów.

Czemu dobrze? Bo bardziej od miliona porażek boję się jednego sukcesu. Porażka uczy. Sukces wbija w pychę.

Wyciągania wniosków z porażek życzę. Dla ogólnego dobra.

I ostatnia uwaga.

Scena polityczna w Polsce zmierza od lat do układu dwupartyjnego (być może z trzecią małą partią jako języczkiem u wagi), jaki jest we wszystkich rozwiniętych demokracjach (i wysokiej frekwencji). Oba zjawiska są pozytywne.

Ale to znaczy, że czas grania na procentach d’Hondta się kończy i trzeba zacząć naprawdę walczyć o środek, kształtować jego nastroje.
I tu ogromną rolę odgrywa obszar (znowu) edukacji i kultury, ale mając z tyłu głowy fundamentalną zasadę: młody człowiek zawsze wybierze odwrotnie, niż to, czego jawnie i oficjalnie wciska mu się w szkole. Dlatego ideologizacja szkoły odbija się zawsze czkawką ideologom.

Autor: Skipper