Spadł TU154 w dzień po „żartach” Putina z polskiej tragedii z tym samym samolotem w roli głównej. To nic nie znaczy, poza lekkim dreszczem spowodowanym uporczywą myślą o interwencji Siły Najwyższej. Nie o tym jednak chcę napisać.

Potępicie mnie pewnie, ale mnie nie obchodzi kto zginął w tym samolocie, a śmierć Georga Michaela obeszła mnie więcej niż śmierć członków chóru Aleksandrowa. Nie jest to stopniowanie ważności czyjejś śmierci, lecz wyłącznie pokazanie mojego stanowiska wobec tego, co nagle dzieje się w internecie. Tylu miłośników tego chóru i „rosyjskiej kultury” jeszcze nie widziałem. Prawica, lewica, LGBT i inne dziwowiska prześcigają się w tych idiotycznych „RIP”. Dla mnie zginęli ludzie i to samo w sobie jest tragedią. Mogli to być szewcy, hydraulicy, robotnicy budowlani, a to i tak nie zmieniło by skali dramatu.

Wróćmy do chóru Aleksandrowa. Nie był to symbol „kultury rosyjskiej”, ale totalitarnej sowieckiej propagandy. Bez względu na to, czy ów chór „zarzynał” przeboje muzyki pop, czy rosyjską klasykę, zawsze byli to ludzie w mundurach najeźdźców, śpiewający prostacką „Kalinkę” na gruzach zniewolonych miast przed zniewoloną publicznością. Nota bene, dla mnie kultura rosyjska to Puszkin, Tołstoj, Dostojewski, Czajkowski, Rimski-Korsakow, Mandelsztam, a nawet Majakowski. Wszystkich zniszczył Stalin przy totalnej aprobacie Rosjan i zastąpił „chórem Aleksandrowa, kontrolowanym dokładnie przez OGPU, NKWD, KGB, GRU i SWR, jako świetny produkt eksportowy dla „pożytecznych idiotów”. Nigdy nie lubiłem pieśni masowych. Szczególnie w sowieckim wydaniu. Pamiętacie, co twierdzę o dekomunizacji mentalnej? Niestety, mam rację.

Zginęli ludzie. I na tym polega ta tragedia.

Na koniec, mała historyjka. Kilka lat temu w warszawskiej Sali Kongresowej, w Pałacu im. Stalina występował chór „rosyjskich pieśni masowych”. Ze śmiechem, kryjącym niedowierzanie i przerażenie obserwowałem, jak na koncert wybiera się „wycieczka” głównych szefów i kierownictwa niższego szczebla AW, ABW, SWW i SKW. Koledzy z jednej klasy wraz ze swoimi „adiutantami” z innych klas. Nieważne, że była telewizja, że siedzieli razem obserwowani przez prawie całą ambasadę rosyjską, która obowiązkowo stawiła się na koncercie. Ważne było to, że wszyscy bawili się wspaniale. W tym samym czasie, kierownictwo AW zabroniło zwykłym oficerom zakładania profili w mediach społecznościowych, nawet w celu budowania własnej legendy.

Uzupełnienie.

Powyższy artykuł o chórze Aleksandrowa przyniósł ciekawą dyskusję i trochę emocji. napiszę jeszcze raz wyraźnie: chylę czoła przed śmiercią LUDZI, ale wkurza mnie podświadome zastępowanie ich „żalami” nad symbolem propagandy. Odpowiadam też: Tak, nie lubię Rosji i nie myślę o jakimś Iwanie czy Saszy, ale o systemie generującym określony ogląd świata. Wspomnę jeszcze o jednym wniosku, wynikającym z tej dyskusji. Przykrym dla nas i jednocześnie ilustrującym nasz ogromny błąd, który powoduje, że nasi przeciwnicy, siły, pragnące jedynie na nas zarobić, wchodzą w nas „jak w masło”.

Jak łatwo nas „kupić”! Wystarczy zaśpiewać „Czerwone Maki”, powiedzieć „My i Wy tyle wycierpieli”, a już traktujemy mówiącego, jak przyjaciela, nie zauważając nawet, że w jego słowach „My” jest zawsze pierwsze, a to „Wy” stanowi jedynie tło. Ktoś w komentarzu zapytał, czy chór Waffen SS lub Wermachtu, śpiewający nasze pieśni narodowe, też potraktujemy tak samo? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo nie słyszałem nigdy chóru Bundeswehry, śpiewającego „Czerwone Maki” obok „Lily Marlen”. Obawiam się jednak, że „zachwytów” byłoby tyle samo.

Przedstawiona wyżej zasada, wabik, niestety, dotyczy także wielu ruchów narodowych. Pamiętajmy, że „patriotyczne ubrania”, frazesy i okrzyki nie czynią z człowieka patrioty, a Polska nie będzie „wielka” tylko dlatego, że ktoś Ją tak nazwie.

Fot. George Michael, 2012 r. (AP Photo/Francois Mori, File)