Wojna USA i Izraela przeciwko Iranowi miała być uderzeniem dekapitacyjnym. Miała ściąć głowę państwa, przerwać łańcuch dowodzenia, wprowadzić chaos w aparacie bezpieczeństwa i otworzyć drogę do upadku Islamskiej Republiki. Pierwszego dnia zginął Ali Chamenei, Najwyższy Przywódca Iranu. W pierwszej fali uderzeń zabito około 50 wysokich rangą irańskich przywódców i dowódców.

Wśród zabitych wymieniano m.in. ministra obrony Aziza Nasirzadeha, dowódcę IRGC Mohammada Pakpoura, Alego Szamchaniego, szefa struktur wojskowego biura Chameneiego Mohammada Shiraziego, ludzi z kierownictwa Ministerstwa Wywiadu, dowódców planowania i logistyki Sztabu Generalnego, Majida Khademiego z wywiadu Strażników Rewolucji, Yazdana Mira z jednostek Korpusu Al-Kuds czy Kamala Charaziego, dawnego ministra spraw zagranicznych.

Zwykle państwo po takim ciosie powinno wejść w stan paraliżu. Ginie najwyższy przywódca. Giną generałowie. Giną ludzie wywiadu. Giną osoby odpowiedzialne za kanały łączności między polityką, wojskiem, aparatem bezpieczeństwa i ideologią. A jednak Iran nie padł. Ustanowiono tymczasowy mechanizm przywództwa, Zgromadzenie Ekspertów wskazało Mojtabę Chameneiego jako następcę, Korpus Strażników Rewolucji zachował zdolność działania. Państwo irańskie odpowiedziało militarnie na agresję powodując duże straty gospodarcze u sojuszników amerykańskich w regionie, zamyka i otwiera cieśninę Ormuz, prowadzi negocjacje, toczy kampanię propagandową w internecie, manewruje, trwa.

Dlaczego? Dlaczego po zabiciu człowieka, który przez dekady był zwornikiem systemu, nie zawalił się cały gmach? Dlaczego na miejsce zabitych przychodzą kolejni? Dlaczego po każdym uderzeniu ujawnia się następna warstwa aparatu? Odpowiedź jest niewygodna dla ludzi Zachodu, którzy lubią myśleć, że Iran to po prostu orientalna dyktatura z brodatym starcem na szczycie. Islamska Republika jest czymś bardziej złożonym: ustrojem ideokratycznym, teokratyczno-republikańskim, wojskowo-klerykalnym, z głęboko sformatowaną elitą. To nie jest zwykła junta. To nie jest monarchia Zatoki z rodziną panującą i zachodnimi doradcami. To nie jest świecka dyktatura oparta wyłącznie na bagnetach. To system, w którym religijna doktryna, formacja intelektualna, struktura instytucji i aparat siłowy zostały spięte w jeden mechanizm. Szczególnie Korpus Strażników Rewolucji nie jest tylko armią a zakonem politycznym, koncernem gospodarczym, służbą specjalną, siecią wychowawczą i rdzeniem państwa.

Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do 1979 r. Rewolucja islamska nie była zwykłym wybuchem gniewu ulicy przeciwko szachowi. Była ruchem społecznym, religijnym, antyzachodnim, antymonarchicznym i antyliberalnym, który połączył tradycyjnie potężny w Persji bazar, meczet, część inteligencji, studentów, biedotę miejską i szyicką hierarchię duchowną. Jej centralną postacią był Ruhollah Chomeini, człowiek, który nie tylko obalił dynastię Pahlawich, ale przyniósł gotową teorię władzy: welajat-e fakih, czyli rządy prawnika-teologa, opiekę islamskiego jurysty nad wspólnotą w czasie ukrycia dwunastego imama.

Obok Chomeiniego byli ludzie formatu ustrojowego: ajatollah Mohammad Beheszti, jeden z głównych architektów konstytucji; Morteza Motahhari, ideolog i filozof rewolucji; Akbar Haszemi Rafsandżani, organizator polityczny; Ali Chamenei, późniejszy następca; duchowni, prawnicy, rewolucjoniści, ludzie seminariów w Komie, ale także ludzie nowoczesnego państwa. Oni nie wymyślali tylko hasła „precz z szachem”. Oni budowali porządek, w którym nad republiką stoi autorytet religijny, nad wyborami filtr ideologiczny, nad parlamentem Rada Strażników, nad armią Korpus Strażników Rewolucji, a nad całością urząd Najwyższego Przywódcy. Pytanie brzmi: czy kiedy to tworzyli, mieli z tyłu głowy Państwo Platona?

Formalnie Iran jest republiką. Ma prezydenta, parlament, wybory, partie i frakcje, kampanie, głosowania, urzędy. Ale nad tym wszystkim stoi inna logika. Najwyższy Przywódca, rahbar, jest głową państwa, zwierzchnikiem sił zbrojnych, wyznacza ogólne kierunki polityki, mianuje kluczowych dowódców, szefa sądownictwa, szefa mediów państwowych, część Rady Strażników i ma decydujący wpływ na cały system. Rada Strażników sprawdza zgodność ustaw z islamem i konstytucją oraz dopuszcza kandydatów do wyborów. Zgromadzenie Ekspertów teoretycznie wybiera i kontroluje Najwyższego Przywódcę, ale samo jest filtrowane przez ten sam system. Rada Rozeznawania Celowości (Rada Ustalania Właściwego Porządku? – tłumaczeń jest wiele) rozwiązuje spory między parlamentem a Radą Strażników i pełni funkcję politycznego bezpiecznika. Obok tego działa Korpus Strażników Rewolucji (IRGC): ideologiczne wojsko rewolucji, armia wewnątrz armii, państwo wewnątrz państwa, strażnik ustroju i eksporter rewolucji.

Ustrój jest podwójny. Na dole są elementy republikańskie. Na górze jest teokratyczny nadzór. Lud głosuje, ale nie wybiera ram systemu. Politycy konkurują, ale w granicach dopuszczonych przez strażników doktryny. Państwo ma instytucje nowoczesne, ale ich duszą ma być szyicki islam polityczny. To nie jest demokracja liberalna i nigdy nie miała nią być. To jest republika kontrolowana przez kastę strażników sensu.

I tutaj pojawia się Platon. W Państwie Platon nie ufa demokracji. Widzi w niej system rozchwiany, emocjonalny, podatny na demagogię, rządzony przez pożądania tłumu. Idealne państwo ma być hierarchiczne. Na dole są wytwórcy: rolnicy, rzemieślnicy, kupcy, ludzie pracy i potrzeb materialnych. Wyżej są strażnicy-pomocnicy, czyli klasa wojowników, wychowana do dyscypliny, odwagi i obrony miasta. Na szczycie są filozofowie-władcy: ludzie, którzy dzięki długiej formacji intelektualnej i moralnej poznali ideę dobra i dlatego mają prawo rządzić. Władza nie należy do tego, kto wygra popularność. Należy do tego, kto wie, czym jest dobro wspólnoty.

Platon chce państwa wychowawczego. Chce selekcji elit. Chce cenzury mitów szkodliwych dla młodzieży. Chce formacji strażników przez muzykę, gimnastykę, matematykę, dialektykę i praktykę rządzenia. Chce klasy przywódczej wolnej od prywatnych interesów, przynajmniej w teorii. Chce podporządkowania życia prywatnego celowi politycznemu. Chce prawdy wyższej niż opinia. Chce państwa, w którym nie każdy ma rządzić, bo nie każdy widzi całość.

Iran jest oczywiście daleki od platońskiej czystości. Platon nie był szyitą, nie znał Koranu, nie myślał kategorią ukrytego imama, męczeństwa Karbali, prawa szariatu i rewolucyjnego antyimperializmu. Irańscy przywódcy nie są filozofami w greckim sensie. Ich formacją jest teologia, prawo islamskie, historia szyizmu, rewolucyjna ideologia i praktyka walki politycznej. A jednak analogia jest głęboka.

Najwyższy Przywódca jest irańskim odpowiednikiem filozofa-króla: nie dlatego, że kontempluje platońskie idee, lecz dlatego, że jego władza ma pochodzić z dostępu do wyższej prawdy. Nie z sondażu. Nie z umowy społecznej. Nie z liberalnej procedury. Z wiedzy o tym, czym jest porządek zgodny z wolą bożą, z prawem i interesem wspólnoty wiernych. Rada Strażników jest odpowiednikiem instytucjonalnych cenzorów i selekcjonerów: pilnuje, kto może wejść do gry, jakie prawo jest dopuszczalne, gdzie kończy się polityka a zaczyna naruszenie doktryny. IRGC to klasa strażników-pomocników: wojownicy idei, żołnierze rewolucji, ludzie, którzy nie mają być neutralnym korpusem zawodowym, lecz zbrojnym ramieniem ustroju. System edukacji religijnej i rewolucyjnej pełni funkcję platońskiej formacji elit. Mit rewolucji 1979 r., mit męczeństwa, mit oporu przeciw Ameryce i Izraelowi, mit obrony uciśnionych, mit Karbali przeniesionej do geopolityki – to irańska wersja wielkiej opowieści państwowej, która ma wiązać klasy, pokolenia i instytucje.

Różnica jest taka, że u Platona strażnicy mieli być wolni od prywatnej własności i rodzinnego interesu. W Iranie elity władzy przez dekady obrosły majątkiem, fundacjami, powiązaniami, sieciami gospodarczymi i klanami. U Platona filozof miał rządzić niechętnie, z obowiązku. W Iranie aparat władzy broni siebie z twardością każdej oligarchii. U Platona celem była sprawiedliwość duszy i miasta. W Iranie celem jest trwanie rewolucji, interes państwa, religijna legitymacja i regionalna siła. Ale strukturalne podobieństwo pozostaje: nie lud jako źródło prawdy, lecz elita jako depozytariusz sensu; nie demokracja jako najwyższy mechanizm, lecz selekcja; nie wolna gra opinii, lecz wychowanie; nie państwo neutralne, lecz państwo mające duszę.

Dlatego Iran po ciosach dekapitacyjnych nie rozleciał się tak łatwo. Zachód często wyobraża sobie władzę personalnie: zabij przywódcę, rozsypie się system. W Iranie przywódca jest ważny, ale ważniejsza jest struktura produkcji przywódców. Seminaria, IRGC, wywiad, fundacje religijne, aparat sądowniczy, Rada Strażników, Zgromadzenie Ekspertów, media państwowe, sieci patronatu, struktury bezpieczeństwa. Tam istnieje wiele kręgów wtajemniczenia i wiele szczebli awansu. Zabicie jednego człowieka robi wyrwę. Zabicie kilkudziesięciu robi chaos. Ale jeśli przez czterdzieści kilka lat państwo produkowało ludzi uformowanych do tej samej misji na miejsce jednych wchodzą drudzy.

To jest również powód, dla którego Iran jest tak trudny do złamania i tak trudny do zreformowania. Opozycja może mieć za sobą nastroje. Młodzież może nienawidzić policji obyczajowej. Kobiety mogą buntować się przeciw przymusowi hidżabu. Klasa średnia może być zmęczona sankcjami, izolacją i korupcją. Społeczeństwo może mieć dosyć całych dekad gospodarczej beznadziei. Ale przeciwko nim stoi nie tylko policja. Stoi system metafizyczny, wojskowy i instytucjonalny. Stoi państwo, które uważa się nie za administrację terytorium, lecz za strażnika prawdy.

Po jednej stronie mamy Amerykę Trumpa: Donald Trump, Jared Kushner, Steve Witkoff. Ludzie transakcji. Ludzie nieruchomości, kampanii, układów, marketingu, negocjacji prowadzonych językiem ceny, presji i osobistej relacji. Trump to polityk uformowany przez biznes, telewizję, konflikt i instynkt dominacji. Kushner to człowiek rodzinnego imperium deweloperskiego, elitarnych uczelni i kuluarowej dyplomacji opartej na dostępie do władzy. Witkoff to także człowiek rynku nieruchomości, dealmaker, negocjator z mentalnością kontraktu. Nie chodzi o to, że są głupi. Nie są. Chodzi o typ formacji. To nie jest formacja filozoficzna, teologiczna, państwowa ani wojskowo-ideowa. To formacja kupiecka w platońskim sensie: świat ludzi, którzy widzą rzeczywistość jako grę interesów, wymiany, nacisku, zysku, prestiżu i skuteczności.

Po drugiej stronie stoi Iran, którego elity mają zupełnie inny rodowód. Ali Chamenei był duchownym, uczniem seminariów religijnych, człowiekiem tekstu, prawa, poezji, szyickiej pamięci historycznej i rewolucyjnej walki. Ali Szamchani przeszedł drogę od Korpusu Strażników Rewolucji przez ministerstwo obrony po najwyższe kręgi bezpieczeństwa państwa; był człowiekiem aparatu, wojny, strategii i długiego trwania systemu. Kamal Charazi, Mohammad Dżawad Zarif czy Ali Akbar Welajati reprezentowali inny wariant tej samej irańskiej szkoły: dyplomację zakorzenioną w państwie-cywilizacji, w pamięci Persji, w szyickiej doktrynie i w przekonaniu, że polityka jest nie tylko rynkiem interesów, ale także walką o sens, honor, czas i legitymizację.

W kategoriach platońskich jest to więc spotkanie dwóch klas politycznych. Amerykę reprezentują ludzie rynku, ludzie transakcji, ludzie, których naturalnym językiem jest „deal”. Iran reprezentują ludzie straży: duchowni, prawnicy religijni, wojskowi ideologowie, dyplomaci państwa oblężonego, wychowani w przekonaniu, że są depozytariuszami prawdy większej niż ich własna kariera. Oczywiście irańska elita również ma swoje interesy, majątki, klany, korupcję i cynizm. Nie należy jej idealizować. Ale jej samoświadomość jest inna. Ona nie mówi o sobie: jesteśmy skutecznymi negocjatorami. Ona mówi: jesteśmy strażnikami rewolucji, islamu, państwa i pamięci.

I tu Platon uśmiechnąłby się gorzko. Bo w jego świecie kupcy nie powinni rządzić państwem. Mogą być potrzebni. Mogą być bogaci. Mogą finansować, budować, wymieniać, dostarczać. Ale nie widzą całości. Widzą cenę, nie dobro. Widzą transakcję, nie porządek duszy. Widzą zwycięstwo w negocjacji, nie formację człowieka. Z tej perspektywy wojna Ameryki Trumpa z Iranem nie jest tylko starciem mocarstwa z republiką islamską. Jest także starciem polityki kupieckiej z polityką strażników. Jedni wierzą, że każde państwo można złamać sankcją, bombą, groźbą albo ofertą. Drudzy wierzą, że państwo trwa, jeśli ma mit, elitę, ofiarę i następców gotowych wejść na miejsce zabitych.

Tak wygląda powód, dla którego Amerykanie mogą nie rozumieć, dlaczego Iran nie pęka. Patrzą na niego jak na firmę po śmierci prezesa i likwidacji zarządu. Tymczasem Iran nie jest firmą. Jest ustrojem, który przez dekady produkował strażników. Z takim przeciwnikiem nie wystarczy rozmawiać językiem rynku. Trzeba rozumieć jego metafizykę. Platon by to rozumiał. Trump, Kushner i Witkoff mogą rozumieć kontrakt ale Iran jest czymś więcej niż kontraktem.

Platon nie byłby ajatollahem. Nie byłby dowódcą IRGC. Nie pisałby traktatu o welajat-e fakih. Ale gdyby miał wskazać współczesne państwo, które najpoważniej potraktowało jego podejrzenie wobec demokracji, jego wiarę w rządy uformowanej elity, jego ideę strażników, jego przekonanie, że państwo musi wychowywać i selekcjonować, jego pogląd, że prawda stoi wyżej niż opinia większości – musiałby spojrzeć na Teheran z większym zainteresowaniem niż na Brukselę, Waszyngton czy Paryż.

Nie dlatego, że Iran jest państwem istotowo dobrym. Nie dlatego, że jest sprawiedliwy. Nie dlatego, że jego represje, więzienia i przemoc wobec obywateli zasługują na afirmację. Ale dlatego, że jest jednym z nielicznych współczesnych ustrojów, które naprawdę próbowały zbudować politykę wokół pytania: kto ma prawo rządzić, jeśli prawda nie pochodzi z urny wyborczej?

Odpowiedź Platona brzmiała: filozofowie. Odpowiedź Chomeiniego brzmiała: prawnicy-teologowie. Odpowiedź irańskiej rewolucji brzmiała: duchowny przywódca i jego strażnicy. Właśnie dlatego, kiedy bomby zabijają ludzi ze szczytu, system nadal trwa. Bo nie jest tylko piramidą stanowisk. Jest szkołą, zakonem, mitem i aparatem. Jest twardą, bezwzględną, szyicką, nowoczesną i antyliberalną realizacją intuicji, którą Zachód sam kiedyś wydał z siebie w najczystszej filozoficznej formie.

Irańczycy zbudowali państwo, które zrozumiało Platona lepiej niż chciałby to przyznać niejeden liberalny profesor filozofii.

Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.