Matka na Śląsku, żegnając syna górnika, zawsze pozdrawia go znakiem krzyża. – Będąc córką, żoną i matką górnika, całe życie bałam się jak wychodzili do pracy. Najpierw o tatę, potem o męża a teraz o syna. Zawsze było wyczekiwanie godziny powrotu. Żeby tylko  szczęśliwie wrócili z szychty do domu. Na pożegnanie życzę mojemu synowi szczęścia, zdrowia i pogody ducha. Życzę mu także, aby szczęśliwie doczekał emerytury. Wierzę, że z Bożą pomocą tak będzie… – podkreśla Irena Sulkowska matka z rodziny o górniczych tradycjach. – Nigdy nie wiem, co mnie dziś spotka, z jakim zagrożeniem przyjdzie mi się zmierzyć. Nie wyobrażam sobie innej pracy. Ogólnie rzecz biorąc górnictwo daje mi dużo satysfakcji – mówi mgr inż. Arkadiusz Sulkowski, górnik z Jastrzębskiej Spółki Węglowej w rozmowie Anną Szymborską.

Anna Szymborska: Wszyscy wiemy, że praca górnika jest ciężka i niebezpieczna. Czy mógłby Pan nam zdradzić, ile lat pracuje pan w tym zawodzie?

Mgr inż Arkadiusz Sulkowski: Z górnictwem związany jestem 21 lat, pracę na kopalni podjąłem bezpośrednio po ukończeniu szkoły średniej, trochę przypadkowo, bo nie znalazłem pracy w moim zawodzie. Dziś nie zamieniłbym tej pracy na żadną inną, może to dziwne, ale ta praca wciąga. Bywają też dni, kiedy człowiek jest już skrajnie wyczerpany i ma wszystkiego dość.

Tak szczerze, czy lubi Pan swoją pracę?

– O tak! W tej pracy nie ma monotonii. Nigdy nie wiem, co mnie dziś spotka, z jakim zagrożeniem przyjdzie mi się zmierzyć, ocena zagrożenia, nie wyobrażam sobie innej pracy. Ogólnie rzecz biorąc górnictwo daje mi dużo satysfakcji.

Często zawód górnika przechodzi z ojca na syna. Czy w Pańskiej rodzinie tak było?

– W gruncie rzeczy tak, choć nikt mnie nigdy nie namawiał do pracy w kopalni. Mój ojciec i dziadek też pracowali na „grubie” (gruba- kopalnia po Śląsku). Miałem swobodę w wyborze zawodu. Nie znalazłem pracy w swoim zawodzie wyuczonym (elektronik) a zbieg okoliczności skierował moje kroki do kopalni, czego nie żałuję. Już w trakcie pracy skończyłem studia inżynierskie związane z górnictwem (specjalizacja maszyn górniczych) i magisterskie (bezpieczeństwo i higiena pracy w górnictwie).

Czy mógłby Pan powiedzieć nam kilka słów o mundurze galowym górnika? Jak się w nim Pan czuje? Kiedy go Pan wkłada?

– Mundur dla górnika to rzecz święta, wkładam go kilka razy do roku, obowiązkowo na Barbórkę.  Tego dnia jest odświętna msza w kościele oraz przemarsz ulicami miasta, także na oficjalne karczmyJ Wkładam go również wtedy, kiedy zakłada się go ze smutkiem, czyli na pogrzeb naszych kolegów z pracy. Potem starannie chowam w specjalnym pokrowcu do szafy. Mój mundur ma teraz 15 lat, nigdy nie był prany, prasowany a wygląda jakby dopiero spod igły wyszedł, to bardzo dobry materiał. Jedynie pióra na czako zaczynają trochę tracić biały blask.

Czy zna Pan jakąś legendę związaną z górnictwem i czy ma ona jakiś wpływ na Pańską pracę?

– Chyba każdy słyszał o Skarbniku, naszym podziemnym opiekunie, którego nie można wkurzyć, bo cię spotka nieszczęście. Zawsze podczas zjazdu trzeba się z nim przywitać dźwigając hełm do góry, mówiąc „Szczęść Boże”. Takim pozdrowieniem witamy się także z kolegami na dole. Czasem w trudnych sytuacjach prosi się go o pomoc i chyba pomaga, bo zawsze w odpowiednim momencie przychodzi rozwiązanie problemu. Inna legenda mówi, że na Barbórkę ktoś zawsze odchodzi, dlatego w okresie przed naszym świętem zwraca się szczególną uwagę na to żeby nie doszło do wypadku, jest to trudny i niebezpieczny czas, a nadejście czwartego grudnia pozwala dopiero odetchnąć i zrelaksować się.

Czy nie boi się Pan, że czasem coś pójdzie nie tak i dojdzie do katastrofy w kopalni?

– Niestety czasem tak. Wydobywamy z coraz głębszych pokładów. Zwiększa się ilość zagrożeń, coraz mniej ludzi sprawia, że jest coraz więcej obowiązków dla pozostałych. Z drugiej strony stosuje się coraz nowsze technologie, wykorzystuje najnowocześniejsze maszyny i urządzenia, które zwiększają nasze bezpieczeństwo. Trzeba jednak zawsze pamiętać, że natura jest nieokiełznana i liczyć się z każdym zagrożeniem.

Jakie ma Pan wspomnienia z lat, kiedy zaczynał Pan pracę w górnictwie? Czy były jakieś wahania?

– Początki były trudne, pierwszy dzień pamiętam do dzisiaj. Najpierw zjazd „szolą” czyli naszą górniczą windą. Żołądek podchodził mi do serca. Potem pierwsze podejście do ściany, czyli miejsca skąd wydobywa się węgiel. Kiedyś kolega zasterował obudową i usłyszałem trzaski a ze stropu posypały się kamienie, byłem blady jak duch. Jednak w tych warunkach szybko można się przyzwyczaił do hałasu, zapylenia, wibracji, ciemności… Dziś wspominam to ze śmiechem.

 Czy kiedykolwiek groziło Panu jakieś niebezpieczeństwo?

– Tak, nieraz. Najgroźniej było chyba, kiedy nastąpił pożar w ścianie. Usłyszeliśmy kilkanaście wybuchów. Pomyśleliśmy, że może strzelają, ale za chwilę wszystkie maszyny stanęły i przez łączność głośnomówiącą usłyszeliśmy, że trzeba się ewakuować. Wszyscy zdążyli, wtedy obyło się bez ofiar, do domu wróciłem o 03:00 w nocy, klęknąłem i dziękowałem Bogu za ocalenie. Chyba wtedy zdałem sobie dopiero sprawę jak realne było to zagrożenie.

Wiem, że ma Pan syna. Czy chciałby Pan żeby poszedł w Pana ślady?

– Nie. Chciałbym żeby jego praca była całkowicie bezpieczna, dlatego nie będę go namawiał. Ale jeżeli sam by podjął taką decyzję to oczywiście będę go wspierał i w miarę możliwości pomagał, oraz przestrzegał przed podejmowaniem zbędnego ryzyka. Mocno uczulał na bezpieczeństwo.

Słyszałam, że w górniczych rodzinach jest szczególne pożegnanie przed wyjściem do pracy. Co mówi Panu żona?

– Wychodzę do pracy o 04:45. Żona jeszcze śpi, daje jej buziaka a ona budzi się i życzymy sobie miłego dnia. Żona też pracuje w kopalni, choć na powierzchni, jest planistką.

Jest Pan sztygarem. Proszę powiedzieć, jakie obowiązki Pan wykonuje i jaka odpowiedzialność spoczywa na panu?

– Jestem odpowiedzialny za całą moją załogę. Za to, że każdą wyznaczoną pracę muszą wykonać bezpiecznie, wydajnie. Muszę zorganizować im materiał i sprzęt do wykonywania pracy, przeszkolić jak tą pracę mają wykonać bezpiecznie. Poinformować, jakie mogą wystąpić zagrożenia na tym stanowisku i tak długo jak są w pracy są pod moją opieką. Często mówią o mnie „tata”, bo taka moja rola, być ich tatą przez ten czas. Dobrych pracowników staram się nagradzać. Tych, co źle wykonują swoje obowiązki lub robią to niebezpiecznie strofuję. Czasem też dla ich własnego bezpieczeństwa, trzeba ukarać.

O czym marzy górnik?

– Chyba o tym, co każdy, mieć szczęśliwą rodzinę, wspólnie spędzać czas. W pracy żeby bezpiecznie dorobić do czasu przejścia na emeryturę, zdobyć uznanie i szacunek kolegów.

Czego mogę panu życzyć w imieniu redakcji?

– Tradycyjnie  „tyle wyjazdów ile zjazdów”.

To też tego Panu życzę i dziękuję za rozmowę.

Matka na Śląsku żegnając, syna górnika, zawsze pozdrawia go znakiem krzyża. – Będąc córką, żoną i matką górnika, całe życie bałam się jak wychodzili do pracy. Najpierw o tatę, potem o męża a teraz o syna. Zawsze było wyczekiwanie godziny powrotu. Żeby tylko  szczęśliwie wrócili z szychty do domu. Na pożegnanie życzę mojemu synowi szczęścia, zdrowia i pogody ducha. Życzę mu także, aby szczęśliwie doczekał emerytury. Wierzę, że z Bożą pomocą tak będzie… – podkreśla Irena Sulkowska matka z rodziny o górniczych tradycjach.

Anna Szymborska: Udało mi się zadać dwa pytania mamie Pana Arkadiusza, Pani Irenie Sulkowskiej. Co czuje kobieta mająca syna górnika?

Irena Sulkowska: Będąc córką, żoną i matką górnika, całe życie bałam się jak wychodzili do pracy. Najpierw o tatę, potem o męża a teraz o syna. Zawsze było wyczekiwanie godziny powrotu. Żeby tylko  szczęśliwie wrócili z szychty do domu. Ilekroć w wiadomościach mówiono o kolejnych wypadkach na kopalniach strach chwytał za serce…

Czego życzy Pani synowi?

– Życzę mojemu synowi szczęścia, zdrowia i pogody ducha. Życzę mu także, aby szczęśliwie doczekał emerytury. Wierzę, że z Bożą pomocą tak będzie…

Dziękuję za romzowę.