Ci bardziej dojrzali pamiętają. Film miał przyciągać widzów nie tylko sygnalizowaną erotyką, ale umieszczonymi na plakacie literami wzorowanymi na podpis Czesława Miłosza, poety, którego praktycznie nikt wtedy nie znał, ale każdy szanował, jako pierwszego polskiego noblisty po 1945 roku.

Czułe miejsca”. Film nakręcony tuż przed sierpniem, może właśnie dlatego przez późniejszych widzów był odbierany jako swoiste proroctwo, taka parabola najnowszych losów Polski, wzorem braci Strugackich dla ominięcia cenzury przeniesiona w przyszłość i owinięta płaszczem – niewidką s-f.
Bo fabuła jest prosta.
Jan Zaleski, technik telewizyjny o numerze 13-13, dogląda systemu obecnej wszędzie telewizji. Za jej pomocą bowiem władza kontroluje społeczeństwo i wydaje jemu rozkazy.
Oczywiście temu wątkowi towarzyszą perypetie miłosne bohatera. Tzw. sceny rozbierane przyciągały do kin sporo publiczności.
Skupmy się jednak na tym, co z perspektywy lat wydaje się najważniejsze.
Oto w Noc Sylwestrową 1998 roku system pada.
Awaria prądu powoduje wyłączenie telewizji.
Władza nagle jest odcięta od społeczeństwa.
I wtedy okazuje się, że tylko Jan Zaleski, takie małe nic, 13-13 po prostu, jest w stanie na nowo uruchomić system.
Co prawda koniec filmu, jak to zwykle w dobrych bajkach bywa, daje Zaleskiemu moc dokonania zmiany., ale…
Ale przecież dobrze wiemy, że „z chłopa król” pozytywną postacią jest tylko w bajkach.

Pamiętamy przecież dokładnie naszego realnego 13-13, Lecha Wałęsę, który, gdy tylko odpowiednio rozsiadł się na pokomuszym tronie, z miejsca wziął się za umacnianie „lewej nogi”.
Gdyby to umacnianie odbywało się w sferze ideologicznej, to może i sam bym przyklasnął.
Ale to „umocnienie” polegało na wzmocnieniu pewnych ludzi, dla których głoszenie sloganów lewicowych było wyłącznie środkiem mającym dać im z powrotem „rząd dusz”.
I pieniądze.
To właśnie był moment, kiedy po raz pierwszy można było zobaczyć, że cała rewolucja lat 1980-89 została zawłaszczona.
Symbolem były spotkania tzw. Komitetów Obywatelskich, które przed wyborami czerwcowymi 1989 roku na plakatach obiecywały wybór kandydatów na posłów. Dopiero na spotkaniu okazywało się, że kandydaci już są wybrani nie wiadomo przez kogo, i zdążyli porobić sobie zdjęcia z Wodzem, a dla przybyłych pozostały takie fuchy, jak plakatowanie miasta itp.

Wybory czerwcowe 1989 roku były więc niedemokratyczne podwójnie – z jednej bowiem strony narzucony został „limit demokracji” w Sejmie, z drugiej – społeczeństwo reprezentowała grupa ludzi, wyłonionych na tajnych/poufnych spotkaniach przez równie tajne grupy.
To jest grzech pierworodny III RP.

Brak demokracji zastąpiliśmy… brakiem demokracji.

Dzisiaj mówimy nie tylko coraz głośniej, ale również potrafimy to coraz lepiej udowodnić, że wybory z czerwca 1989 roku były jedynie wypełnieniem układu, zawartego pomiędzy tzw. konstruktywną opozycją, a faktycznym ośrodkiem władzy komunistycznej, skupionym wokół „człowieka honoru” Czesława Kiszczaka i czerwonego capo di tutti capi Wojciecha Jaruzelskiego.
Jeśli o tym będziemy pamiętać, najnowsza historia Polski nie będzie dla nas zagadką.
Nowe, urodzone już po wojnie pokolenie tzw. „pragmatyków” PZPR miało dosyć życia na poziomie z jednej trony o wiele wyższym od przeciętnego mieszkańca Polski, z drugiej jednak strony niższym od przedstawiciela klasy średniej w takiej Francji czy RFN. I udawania na ulicy zwykłych ludzi.
To właśnie była praprzyczyna przemiany gospodarczej.
Ci, którzy i tak już mieli, dostali jeszcze więcej.
A ponieważ ani oni, ani ich ojcowie, nie musieli włożyć zbyt wiele wysiłku, by dojść do posiadania, utraciliśmy, często bezpowrotnie, dużą część majątku narodowego.
Bo faktycznym posiadaczom majątku narodowego zabrakło tego, co pozwoliło Polakom przetrwać 125 lat niewoli – instynktu narodowego.
Ot, łatwo przyszło, łatwo poszło.
Bo przecież nawet zezłomowanie dużego i działającego zakładu pracy z punktu widzenia właściciela było opłacalne. Pragmatyzm wyznawany przez uprzywilejowanych był bowiem pragmatyzmem ksobnym.
Jednostkowym.
Od tego roku pragmatyzm ksobny zwie się wygaszaniem.

ziemniak, czy burak

25 października 2015 roku to kolejna data przełomowa w naszej historii. Do rządzących od 2005 partii doszlusował jeszcze jeden, i to wcale nie najsłabszy, zawodnik.
Wysoka frekwencja (51,6%), jedna z najwyższych w wyborach po 1989 roku, oznacza, że wzięła w nich udział grupa obojętnych, którzy od lat spędzali niedziele wyborcze przed telewizorami. Albo na rybach.
To właśnie jest efekt Dudy. To jest obudzenie świadomości, że można coś zrobić wbrew wciskającym się wszędzie mediom.
Polak – szarak zrozumiał wreszcie, że nosi numer 13-13.
I że to on może zmienić system.
Wściekła nagonka na PiS, przeprowadzana w mainstreamowych (czytaj: dotowanych z budżetu) mediach, nie zdała się na wiele.
Tak samo, jak angażowanie hejterów, mających obrażać w necie przeciwników rządzącej koalicji.
To jednak już historia.
W chwili, gdy to piszę, znam jedynie pierwsze szacunki. Ale wątpię, aby drugi raz w ciągu roku okazało się, że Polacy to ciemny lud, który nie potrafi postawić krzyżyka w odpowiedniej rubryce.
Koniec ery Tuska i Kopaczowej, w tle której przewijał się wicepremier Flinstone, oficjalnie zostanie ogłoszony przez PKW niebawem.
Ale to przecież nie koniec.
To początek.
Efekt Dudy pozwolił odwołać obecną władzę.
To znaczy, że teraz wszystkie afery, wszystkie skwapliwie ukrywane bankructwa ważnych instytucji państwowych (ZUS!) dopiero zaczną wychodzić na światło dzienne.
A Skarb Państwa jest pusty.
To rodzic będzie pokusę zastąpienia chleba igrzyskami.
Jarosław Kaczyński, przemawiając zaraz po ogłoszeniu wstępnych wyników, powiedział, że teraz przyszedł czas merytorycznej pracy.
Nie możemy jednak dopuścić, by społeczeństwo kolejny raz statystowało jedynie politykom.

Módlmy się, aby ostatnia niedziela października 2015 roku stała się dniem, w którym narodziło się społeczeństwo obywatelskie RP.

 

Inaczej wróci to, co od maja staramy się POgonić z kraju.

25.10 2015