Dzisiaj historia Ani. Chciałbym, żeby przemówiła przede wszystkim jej słowami tak, jak zapamiętała ją z dzieciństwa…

Nazywam się Ania. Od wielu lat mieszkam w Kanadzie, w Edmonton, ale moje korzenie pozostają w Polsce, na Podkarpaciu, w okolicach Przemyśla. Tam pochodziła moja rodzina. Tam żyli moi dziadkowie, tam rozgrywały się wydarzenia, o których jako dziecko słyszałam jedynie urywki rozmów. Niektórych opowieści nie rozumiałam, innych nie wolno mi było powtarzać. Dziś, po tylu latach, próbuję odtworzyć historię moich bliskich , zanim wszystko, co jeszcze można ocalić, bezpowrotnie zniknie.

Mój dziadek nazywał się Ludwik Pyrda Pochodził z Dylągowej na Podkarpaciu, a moja rodzina była rozsiana po tamtych stronach, między innymi w Sielnicy i okolicznych miejscowościach. Dziadek był łącznikiem. Nie potrafię dziś powiedzieć, w jakiej dokładnie formacji służył. Nie wiem, czy należał do Armii Krajowej, czy do Batalionów Chłopskich. Wiem jednak, że pomagał ludziom i uczestniczył w działalności konspiracyjnej. Zdarzało się, że pomagał przeprowadzać ludzi na Węgry. Dziadek posługiwał się pseudonimem „Sęp”.

Ostatni raz byłam w Polsce w 2000 roku, jeszcze zanim babcia zmarła. Poprosiłam ją wtedy, żeby opowiedziała mi więcej o przeszłości naszej rodziny. Powiedziała mi niewiele. W pewnym momencie ostrzegła mnie słowami, które zapamiętałam na całe życie

„Nigdy nie możesz tego wyjawić, bo przyjdą i nas wszystkich wyzabijają”.

Nie wiem, czego dotyczyło to ostrzeżenie. Czy chodziło o działalność dziadka, o ludzi, którym pomagał, o wydarzenia z czasów wojny, czy może o coś, co wydarzyło się już po jej zakończeniu. Babcia nie chciała powiedzieć nic więcej. Dziś zastanawiam się, czego tak bardzo się obawiała. Wojna dawno się skończyła, a mimo to w jej pamięci wciąż żył strach. Dziadek zmarł w lutym 1977 roku. Pamiętam go jednak dobrze, choć wiele szczegółów zatarło się już w mojej pamięci. Pamiętam jego dom, jego kolegów, rozmowy, które prowadzili, i ludzi, którzy pojawiali się w naszym życiu. Niektóre obrazy pozostały ze mną przez całe życie, choć dopiero po latach zaczęłam rozumieć, jak wielkie znaczenie mogły mieć.

Po wojnie dziadek mieszkał w Sierakośce niedaleko Przemyśla. Z jego opowieści i z tego, co sama widziałam jako dziecko, wiem, że utrzymywał kontakty z kilkoma dawnymi towarzyszami. Wśród nich byli pan Chrapek i pan Kazimierz Radoń. Pamiętam również nazwisko Cymbalisty. Z tego, co wiem, miał on być dowódcą dziadka. Później również mieszkał w Sierakowicach i pełnił tam funkcję sołtysa. Nie znam jego imienia. Chrapek, Radoń, Cymbalista i mój dziadek Ludwik Perda należeli do tego samego kręgu ludzi związanych z wojenną działalnością konspiracyjną. Nie potrafię dziś powiedzieć, czy wszyscy służyli w jednym oddziale przez cały okres wojny, ani odtworzyć dokładnego przebiegu ich służby. Wiem jednak, że po latach nadal się spotykali. Dziadek zabierał mnie czasami ze sobą, kiedy jechał konno. Pamiętam, jak odwiedzaliśmy pana Chrapka, który zajmował się stolarstwem. Robił deski na podłogi i inne drewniane elementy. Dorośli rozmawiali, a ja, jako dziecko, przysłuchiwałam się temu, co mówili. Nie rozumiałam wszystkiego. Czasami pewnie nawet nie zdawałam sobie sprawy, że słucham ludzi, którzy przeżyli rzeczy, o których później trudno było przeczytać w zwykłych książkach. Pamiętam również żonę pana Chrapka. Była już starszą kobietą. Przynosiła mężowi jedzenie, a on prosił ją, żeby przyniosła jeszcze pierogów dla mnie i dla dziadka Ludwika. Ona za każdym razem denerwowała się i odpowiadała, że Zośka też możne ugotować. Mimo narzekania przynosiła jednak jedzenie. Widzę w nich ludzi, których łączyła wspólna przeszłość. Ludzi, którzy najwyraźniej mieli sobie jeszcze wiele do powiedzenia, choć nie wszystko można było powiedzieć głośno.

Do dziś nie wiem, kim naprawdę był, jakie nosił nazwisko i jaki miał pseudonim. Nie wiem również, czy przeżył, czy wrócił do swojej rodziny, czy też zginął gdzieś w lesie. Pamiętam go z dzieciństwa.
Mężczyzna ukrywał się w lesie jeszcze po zakończeniu wojny. Miał wojskową czapkę z orzełkiem i płaszcz. Wyglądał na człowieka, który od dawna żył w trudnych warunkach. Pamiętam, że bardzo nieprzyjemnie pachniał. Dziadek wiedział, gdzie można go znaleźć. Czasami zabierał mnie ze sobą, kiedy szliśmy do lasu z jedzeniem. Jedzenie zawijaliśmy w gazetę. Pamiętam, że przeważnie były to pierogi przynoszone przez żonę pana Chrapka. Za lasem znajdowała się duża polana. Rosła tam grusza, z której dziadek zrywał owoce i dawał mi je do jedzenia ,wiem, że niedaleko tej gruszy spotykaliśmy człowieka, który być może od wielu miesięcy, a może nawet lat, żył w ukryciu.
Pewnego dnia znów poszliśmy tam z dziadkiem. Zabraliśmy jedzenie i czekaliśmy. Czekaliśmy długo, ale Wacek się nie pojawił. Pamiętam, że dziadek w pewnym momencie powiedział mi, żebym wzięła kanapkę, podeszła do krzaków i ją tam rzuciła, tak żeby nikt mnie nie widział. Wcześniej to ja zwykle zostawiałam jedzenie w tym miejscu.

Nie wiedziałam, dlaczego tym razem wszystko wyglądało inaczej. Nie rozumiałam, dlaczego człowiek, który wcześniej tam był, nagle zniknął.
Nie wiem, czy ktoś go ostrzegł, czy musiał uciekać, czy został aresztowany. Nie wiem również, czy postanowił wrócić do domu.
Wiem tylko, że później już go nie widziałam. Z tamtych spotkań pamiętam przede wszystkim rozmowę dziadka z ukrywającym się mężczyzną.Dziadek namawiał go, żeby wrócił do domu. Mówił mu, że wojna się skończyła, że w domu czeka na niego żona i synowie. Przekonywał go, że zna drogę przez lasy i że w ciągu dwóch dni może dotrzeć do swoich bliskich.
Ten człowiek jednak się bał.
Odpowiedział dziadkowi, że jeśli się pokaże, zostanie powieszony, tak jak powiesili Hieronima. Nie wiem, o którego Hieronima chodziło. Być może był to ktoś znany ludziom z tamtego oddziału.
Dziadek nadal próbował go przekonać.

„Masz dwa dni. Idź, lasami drogę znasz. Dwa dni i będziesz w domu. Tam żona czeka i synowie”.

Te słowa pamiętam do dziś. Wtedy byłam małą dziewczynką. Nie rozumiałam, dlaczego dorosły mężczyzna, który miał rodzinę, nie chciał do niej wrócić. Przecież wojna się skończyła. Przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy dziecka.
Dopiero po latach zaczęłam rozumieć, że dla niektórych ludzi koniec wojny nie oznaczał końca strachu.
Ci, którzy walczyli o niepodległą Polskę, mogli obawiać się nowych władz. Ludzie związani z podziemiem niepodległościowym byli poszukiwani, a niektórzy trafiali do więzień lub ginęli.
Może właśnie dlatego Wacek nie chciał wracać do domu.

Jest jeszcze jeden szczegół, którego nigdy nie zapomnę. Kiedy zapytałam tego człowieka, jak naprawdę ma na imię, dziadek natychmiast zareagował. Powiedział, żebym nie pytała, bo jestem dzieckiem i mogę komuś coś powiedzieć. Mężczyzna również nie chciał zdradzić swojej tożsamości. Zaczęłam wtedy śpiewać piosenkę „O mój rozmarynie”. Pamiętam, jak na mnie spojrzał. Wtedy powiedział do dziadka

„Ludwik, ty masz wspaniałą wnuczkę”.

Następnie zdjął orzełka z wojskowej czapki i mi go podarował. Powiedział przy tym
„Moje imię jest Wacek”.

To wszystko, co wiem o jego imieniu. Nie znam jego nazwiska. Nie wiem, czy Wacek było jego prawdziwym imieniem, czy też imieniem, którym posługiwał się w ukryciu. Nie wiem, czy miał jeszcze inne imię, którym przedstawiał się ludziom ze swojego oddziału.Nie wiem, co stało się z nim później. Czy wrócił do żony i synów? Czy dotarł do domu? A może ktoś go zdradził i został aresztowany? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że dziadek musiał być z nim związany szczególną więzią, skoro pomagał mu przetrwać w lesie i przynosił mu jedzenie. Pamiętam też, że mój dziadek nadał jednemu ze swoich najmłodszych synów imię Wacek. Zawsze zastanawiałam się, czy zrobił to właśnie na pamiątkę tamtego człowieka.
Być może w ten sposób chciał zachować pamięć o kimś, kogo losy pozostały nieznane.

Przez wiele lat przechowywałam w pamięci obraz tamtego człowieka i orzełka, którego mi podarował. Niestety, z biegiem czasu orzełek zaginął. Dziadek miał wiele medali i pamiątek. W rodzinie było sporo przedmiotów związanych z jego przeszłością, ale dzieci często się nimi bawiły. Część rzeczy się pogubiła, część zaginęła. Nie wiem, co stało się z orzełkiem. Bardzo chciałabym go odnaleźć.
Zdarza mi się modlić do dziadka i prosić go, żeby pomógł mi przypomnieć sobie, gdzie mogłam go zostawić. Pewnego razu przyśnił mi się głos, który powiedział
„Kuźniare pole”.

Nie był to głos dziadka, przynajmniej tak go nie zapamiętałam. W Sierakośce mieszkali ludzie o nazwisku Kuźniar. Dlatego pomyślałam, że może ta nazwa ma jakiś związek z miejscem, w którym kiedyś byłam z dziadkiem. Nie wiem, czy sen rzeczywiście coś oznaczał, czy był jedynie wytworem pamięci i tęsknoty. Mimo to nie przestałam myśleć o odnalezieniu orzełka. Chciałabym kiedyś pojechać do Polski i spróbować go odnaleźć. Nie chodzi tylko o sam przedmiot. Dla mnie to pamiątka po człowieku, którego nazwiska nie znam, ale którego pamiętam z dzieciństwa.
To być może jedyny materialny ślad, jaki pozostał po naszym spotkaniu.

Kiedy dziadek budował dom w Sierakowicach, jego dawni towarzysze zastanawiali się, gdzie ukryć coś, co chcieli zachować na przyszłość.
Pamiętam rozmowę, która odbyła się wieczorem, kiedy budowa była już na zaawansowanym etapie. Dom był właściwie gotowy, dach został wykonany, ale nie wszystko było jeszcze ukończone. Pan Radoń miał wtedy powiedzieć, że trzeba coś schować i zamurować w odpowiednim miejscu.
Dziadek nie chciał się na to zgodzić. Wspomniał, że nie ufa komuś, kogo nazwisko w mojej pamięci zachowało się jako „Koszela”. Nie potrafię jednak powiedzieć, kim dokładnie był ten człowiek ani dlaczego dziadek mu nie ufał. Z tej rozmowy zapamiętałam przede wszystkim to, że chodziło o ukrycie czegoś w domu. Do dziś nie wiem, co dokładnie zostało schowane. Podejrzewam, że mógł to być depozyt wojenny. Być może broń, dokumenty albo inne przedmioty związane z działalnością konspiracyjną. Nie mogę jednak potwierdzić, co znajdowało się w schowku ani czy rzeczywiście został on wykonany. Pamiętam również, że jeden z krewnych dziadka miał pomagać przy zamurowywaniu tego depozytu. Był synem siostry dziadka i, według mojej wiedzy, nadal żył, choć jego stan psychiczny bardzo się pogorszył. Nie wiem, czy pamięta jeszcze tamte wydarzenia. Wiem, że miał dostęp do informacji, których ja nigdy nie poznałam.
Nie potrafię wskazać dokładnego miejsca ukrycia. Mogło chodzić o ścianę, piwnicę albo podłogę. Nie wiem nawet, czy schowek został ostatecznie wykonany zgodnie z planem. Dlatego chciałabym, żeby ktoś pomógł mi rozwikłać tę zagadkę. Jeżeli rzeczywiście istnieje taki depozyt, może zawierać dokumenty, które pozwoliłyby odtworzyć wojenne losy dziadka i jego towarzyszy. Może znajdują się tam raporty, notatki, legitymacje, rozkazy albo inne materiały, które po wojnie nie mogły zostać ujawnione. A może nie ma tam już niczego.

To nie jedyne miejsce, w którym według moich wspomnień mogły zostać ukryte pamiątki z czasów wojny. W Sierakowicach, naprzeciwko świetlicy, mieszkała rodzina Janickich.
Pamiętam, że dawni towarzysze dziadka mieli tam ukrywać dokumenty. Z moich dziecięcych wspomnień wynika, że chodziło o dużą liczbę papierów, które zakopano pod orzechem.
Nie wiem, jakie były to dokumenty. Nie pamiętam, czy były związane wyłącznie z działalnością oddziału, czy również z innymi wydarzeniami. Nie wiem też, czy zostały później odkopane.Zawsze zastanawiałam się, dlaczego ci ludzie nie spalili dokumentów, skoro tak bardzo obawiali się, że ktoś je odnajdzie. Może chcieli je jedynie zabezpieczyć przed osobami, które mogłyby wykorzystać je przeciwko nim. Może liczyli, że przyjdzie czas, kiedy będzie można bezpiecznie do nich wrócić. Może chcieli ocalić nazwiska, daty, rozkazy i świadectwa wydarzeń, które nie powinny zostać zapomniane. Wiem jedynie, że według moich wspomnień dokumenty zostały ukryte, a ludzie, którzy wiedzieli o ich istnieniu, nie chcieli rozmawiać o wszystkim otwarcie.

W rodzinnych opowieściach pojawiała się również historia napadu na posterunek milicji. Nie pamiętam dokładnie, gdzie miało do tego dojść. Być może w Dubiecku, a być może w innej miejscowości w okolicach Przemyśla lub Jarosławia. Z tego co pamiętam wynikało, że oddział, z którym związany był dziadek, uczestniczył w akcji przeciwko człowiekowi, który podczas wojny wydawał Polaków Niemcom.
Człowiek ten współpracował z okupantem, a po wojnie został milicjantem. Nie potrafię jednak wskazać jego nazwiska ani potwierdzić miejsca i daty wydarzenia. Nie wiem również, czy akcja odbyła się podczas wojny, czy już po jej zakończeniu. Pamiętam natomiast, że w rozmowach pojawiała się historia człowieka, którego działalność miała doprowadzić do śmierci lub aresztowania Polaków. Z tego powodu miał zostać zlikwidowany. Możliwe, że wspomnienie to dotyczyło jednej z powojennych akcji przeciwko osobom oskarżanym o współpracę z okupantem. Wiem że dziadek miał brać udział w jakiejś akcji związanej z miejscem, w którym przetrzymywano więźniów politycznych. Nie pamiętam, czy chodziło o Jasło, czy o inną miejscowość na Podkarpaciu.

W naszej rodzinie zachowały się również opowieści dotyczące innych dramatycznych wydarzeń z okresu wojny.

Mój wujek Onufry Kresiak był Ukraińcem. Pochodził z Piątkowej. Ożenił się z siostrą mojej babci od strony mamy, która była Polką. Kiedy zaczęły się niebezpieczne wydarzenia, jego żona była w ciąży. Pewnego dnia do mojego pradziadka w Kocyle lub Sielnicy, nie pamiętam dokładnie, dotarł znajomy Ukrainiec. Ostrzegł go, że nadchodzą ludzie, którzy chcą zabić jego córkę i jej męża. Powiedział, że trzeba ich wywieźć, zanim będzie za późno. Onufry zabrał więc swoją młodą żonę i ukrywał się z nią w lesie. W jaki sposób udało im się później wyjechać, nie wiem dokładnie. Z opowieści babci wynikało, że pomógł im znajomy milicjant, który załatwił dla Onufrego dokumenty pozwalające mu ukryć prawdziwą tożsamość.
Onufry Kresiak otrzymał dokumenty na nazwisko Kresak. Miało to sprawić, że jego nazwisko wyglądało bardziej po polsku i nie wzbudzało podejrzeń.
Dzięki temu małżeństwo wyjechało do Choszczna. Onufry dostał tam pracę na kolei. Nigdy więcej nie wrócił w rodzinne strony. Bał się, że jeśli pojedzie z powrotem na Podkarpacie, ktoś go zamorduje. Zawsze zastanawiałam się, jak wiele musiał przeżyć człowiek, który opuszczał rodzinne strony i wiedział, że prawdopodobnie już nigdy nie będzie mógł bezpiecznie wrócić. Był Ukraińcem, jego żona była Polką, a ich małżeństwo znalazło się w samym środku wydarzeń, w których pochodzenie mogło decydować o życiu lub śmierci. W naszej rodzinie przetrwała też opowieść, że Onufry mógł zabić Ukraińca, który chciał wydać jego żonę i doprowadzić do jej śmierci.
Nie mam pewności, czy rzeczywiście tak było. Nie wiem, czy chodziło o niego, czy o inną osobę. Wiem jedynie, że w rodzinnych wspomnieniach pojawiał się taki wątek i że strach przed powrotem do rodzinnych stron towarzyszył Onufremu przez resztę życia.

Brat Onufrego miał na imię Michał Kresiak i był duchownym greckokatolickim, określanym w rodzinie jako pop. Nie pamiętam, czy służył w Piątkowej, czy w jednej z pobliskich miejscowości.
Z opowieści babci wynikało, że podczas wojny doszło tam do dramatycznego wydarzenia. Ukraińscy nacjonaliści mieli zamknąć w cerkwi ludzi, wśród których byli również Ukraińcy, i zagrozić spaleniem ich żywcem. Wówczas ktoś miał wsiąść na konia i pojechać do miejsca, w którym stacjonowali Niemcy. Nie pamiętam, kto dokładnie podjął tę decyzję ani kim był człowiek, który pojechał po pomoc. Według rodzinnej opowieści niemiecki oddział przyjechał samochodami i przerwał przygotowania do podpalenia świątyni. Nie wiem, czy przebieg wydarzeń wyglądał dokładnie tak, jak zapamiętałam z opowieści babci. Wiem jednak, że ta historia była przekazywana w rodzinie jako świadectwo wydarzeń, które rozgrywały się w tamtych stronach. Po latach kuzynka Agnieszka, wnuczka Onufrego i jego żony, również zaczęła szukać informacji o rodzinie. Kontaktowała się ze mną, pytała o krewnych i próbowała odtworzyć powiązania rodzinne. Dzięki jej poszukiwaniom udało się odnaleźć niektóre nazwiska osób, o których wcześniej nie wiedziałam, że jesteśmy z nimi spokrewnieni. Zrozumiałam wtedy, jak wiele rodzinnych historii zostało zapomnianych i jak trudno po latach odtworzyć to, co dla naszych dziadków było codziennością. W rodzinie od strony mojej mamy wydarzyła się jeszcze jedna tragedia.

Rodzice mojego dziadka zostali wywiezieni na Sybir. Stało się to za sprawą ich własnej córki, która miała ich wydać. Nie znam wszystkich okoliczności tej sprawy. Nie wiem, jakie były jej motywy ani co dokładnie wydarzyło się przed wywózką. Wiem natomiast, że dziadek nigdy nie potrafił pogodzić się z tym, co się stało. Nie odzywał się do siostry. W późniejszych latach kobieta miała poważne problemy psychiczne. Z rodzinnych wspomnień pamiętam opowieści o tym, że zaatakowała sąsiada widłami i została osadzona w więzieniu. Mój tata często wracał do tej historii. Nie mógł zrozumieć, jak można było wydać własnych rodziców. Dla niego była to zdrada, której nie dało się usprawiedliwić. Dla mnie jest to kolejny przykład tego, jak wojna i wydarzenia powojenne potrafiły zniszczyć rodzinne więzi. Czasem wystarczyło jedno wydarzenie, jeden donos albo jedna decyzja, żeby ludzie, którzy wcześniej byli sobie bliscy, już nigdy nie potrafili spojrzeć na siebie tak samo. Nie znam wszystkich szczegółów tej tragedii. Chciałabym kiedyś dowiedzieć się, co naprawdę się wydarzyło, gdzie wywieziono moich pradziadków i jaki był ich dalszy los.

Później, kiedy dorosłam, zaczęłam szukać informacji w internecie, czytać publikacje, oglądać zdjęcia żołnierzy Armii Krajowej i sprawdzać nazwiska ludzi związanych z Podkarpaciem. Zależy mi na tym, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o Ludwiku Perdzie, ps. „Sęp”. Chciałabym ustalić, do jakiej organizacji należał, kto dowodził jego oddziałem, jakie akcje przeprowadzał i z kim współpracował. Chciałabym odnaleźć dokumenty, które pozwoliłyby odtworzyć jego działalność. Próbowałam już zwracać się do instytucji zajmujących się historią, w tym do Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie. Nie otrzymałam jednak informacji, które pozwoliłyby mi rozwikłać rodzinne tajemnice. Nie zamierzam jednak rezygnować.

Mam nadzieję, że ktoś, kto znał mojego dziadka albo słyszał opowieści o jego oddziale, będzie potrafił wskazać mi właściwy kierunek. Może ktoś pamięta nazwisko Cymbalisty. Może ktoś znał pana Chrapka albo Kazimierza Radonia. Może ktoś wie, kim był człowiek nazywany Wackiem i co stało się z nim po naszym ostatnim spotkaniu w lesie.

A może ktoś słyszał o depozycie ukrytym w Sierakówach lub dokumentach zakopanych pod orzechem. Nie wiem, czy uda mi się odnaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. Wiem jednak, że nie chcę, żeby te historie zniknęły razem z ludźmi, którzy je przeżyli.

Kiedy myślę o babci i jej ostrzeżeniu, wciąż zastanawiam się, czego tak bardzo się bała. Dlaczego powiedziała, że jeśli prawda wyjdzie na jaw, ktoś może przyjść i wymordować całą rodzinę? Czy wiedziała o ludziach, którzy po wojnie byli ścigani? Czy znała historię ukrywających się żołnierzy? Czy wiedziała o dokumentach, które mogły komuś zaszkodzić? Może dlatego tak bardzo zależy mi na odnalezieniu rodzinnych pamiątek. Może w starych dokumentach znajdują się nazwiska, które pozwolą mi zrozumieć, czego babcia nie chciała powiedzieć. Może w ukrytym depozycie zachowały się ślady działalności dziadka. A może najważniejsze informacje wciąż żyją w pamięci ludzi, którzy kiedyś znali moją rodzinę. Mam nadzieję, że ktoś się odezwie.

Nie szukam sensacji. Nie chcę tworzyć historii na siłę. Chcę poznać prawdę o moim dziadku i ludziach, którzy byli częścią jego życia. Chcę wiedzieć, kim był Wacek, dlaczego ukrywał się w lesie i czy kiedykolwiek wrócił do żony i synów. Chcę odnaleźć orzełka, którego podarował mi jako małej dziewczynce.
Chcę dowiedzieć się, czy w domu dziadka naprawdę ukryto wojenny depozyt i czy dokumenty zakopane pod orzechem nadal istnieją. Chcę poznać losy Onufrego Kresiaka, jego żony i brata Michała, a także dowiedzieć się więcej o pradziadkach wywiezionych na Sybir.
To wszystko jest częścią historii mojej rodziny.

Dlatego wciąż szukam. Bo nie chcę, żeby po moim dziadku Ludwiku Perdzie, ps. „Sęp”, pozostały jedynie kilka wspomnień, nieznany fragment wojennej przeszłości i tajemnica, której nikt już nie będzie potrafił wyjaśnić.
Być może wśród osób czytających tę historię znajdzie się ktoś, kto znał Ludwika Perdę ps. „Sęp”, jego wojennych towarzyszy albo słyszał opowieści o wydarzeniach rozgrywających się w Dylągowej, Sielnicy i Sierakościach Poszukujemy osób, które mogłyby pomóc w odnalezieniu depozytu wojennego, ukrytego podczas budowy domu.

Może uda się również ustalić, czy dokumenty zakopane niegdyś pod orzechem na terenie posesji rodziny Janickich przetrwały do naszych czasów.

Może ktoś wie, kim naprawdę był Wacek? Może zachowały się informacje o jego dalszych losach, rodzinie, żonie i synach? A może ktoś pamięta, komu po wojnie udało się powrócić do domu, a kto musiał pozostać w ukryciu? Poszukujemy wszelkich materiałów dotyczących Ludwika Perdy ps. „Sęp”, jego dowódcy Cymbalisty oraz jego towarzyszy, między innymi Chrapka i Kazimierza Radonia.

Jeśli ktoś chciałby zaangażować się w poszukiwania depozytu wojennego, pomóc w odnalezieniu orzełka podarowanego małej Ani albo posiada jakiekolwiek inne informacje, które mogłyby wzbogacić tę historię, proszę o kontakt w wiadomości prywatnej.

Osobom zainteresowanym przekażę kontakt do Ani, która mieszka obecnie w Kanadzie i od lat próbuje poznać prawdę o swoim dziadku oraz losach swojej rodziny.

Autor: Jędruś Ciupaga