W poprzednim odcinku niedziela, którą próbowała urządzić nam galeria, przestała być niewinnym spacerem pod szklanym dachem. Okazało się, że czyjś wolny czas potrzebuje czyjejś pracy, a za kawą, światłem i otwartymi drzwiami stoją ludzie, którzy własną niedzielę zostawili w domu. Teraz wypada cofnąć się jeszcze o krok i zapytać nie o to, kto w galerii pracuje, lecz co właściwie zostało do niej przeniesione. Bo galeria nie przejęła od miasta wyłącznie handlu. Pod swoim prywatnym dachem urządziła rynek, ulicę, deptak, plac spotkań, ogrzewalnię, świetlicę i kawałek domu kultury. Wszystko w jednym miejscu, czyste, oświetlone i pilnowane. Tylko czy nadal jest to nasze miejsce?
Zanim pojawiły się galerie, był rynek. Nie ten abstrakcyjny rynek, który ekonomiści odmieniają przez wszystkie przypadki, lecz zwyczajny plac pośrodku miasta. Andrychów miał swój, Wadowice swój, Kęty swój, Bielsko i Biała przez długi czas nawet po jednym, zanim oba miasta połączono. Każdy wyglądał inaczej, ale pełnił podobną funkcję. Można było kupić pietruszkę, buty, koszyk, kurę albo coś, czego człowiek wcale nie szukał, dopóki nie zobaczył tego na straganie. Handel był ważny, lecz nigdy nie wyczerpywał sprawy. Na rynek szło się również po wiadomości, rozmowę i widok znajomych twarzy.
Człowiek jadący lub idący na targ nie zabierał wyłącznie pieniędzy i listy potrzeb. Zabierał własną ciekawość. Chciał wiedzieć, kto sprzedał krowę, komu córka wyszła za mąż, gdzie będą budować drogę, dlaczego wójt pokłócił się z radnym i czy cena prosiąt rzeczywiście poszła w górę, czy tylko sąsiad próbuje się pochwalić udanym interesem. Informacje nie miały jeszcze powiadomień w telefonie, za to miały twarz, ton głosu i nazwisko człowieka, od którego je usłyszano. Bywały równie niepewne jak dzisiejsze wiadomości z mediów, ale przynajmniej wiadomo było, komu później wypomnieć, że opowiadał baje.
Rynek był przy tym miejscem prawdziwego spotkania różnych światów. Przychodził gospodarz, urzędnik, robotnik, emeryt, handlarz, ktoś z pieniędzmi i ktoś, kto przez pół godziny targował się o kilka groszy. Nie wszyscy byli sobie równi, bo ludzie nigdy nie byli, lecz stali na tej ziemi, mokli w tym samym deszczu i przeciskali się między tymi samymi straganami. Nie istniała osobna brama dla tych, którzy przyszli tylko się rozejrzeć. Dopóki człowiek nie łamał prawa i nie wszczynał awantury, mógł stać, rozmawiać, narzekać na władzę albo przekonywać pół placu, że jego kapusta nie ma sobie równych.
Nie zamierzam jednak picować i malować dawnego rynku różową farbą, bo wystarczyłby jeden listopadowy poranek, żeby cały obraz spłynął wraz z deszczem. Targ bywał błotnisty, zimny, ciasny i niewygodny. Towar nie zawsze był świeży, sprzedawca nie zawsze uczciwy, a publiczna toaleta, jeśli w ogóle istniała, potrafiła człowieka skłonić do głębokiego zastanowienia nad hierarchią potrzeb wedle Maslowa. Zakup wymagał chodzenia od stoiska do stoiska, noszenia siatek i pogodzenia się z tym, że brakującej rzeczy może po prostu nie być. Dawny rynek budował relacje, lecz nie gwarantował komfortu. Kto o tym zapomni, szybko zamieni historię w pocztówkę, na której nawet błoto wygląda malowniczo.
Polska droga od rynku do galerii nie zaczęła się zresztą w 1989 roku. Zanim pojawiły się zachodnie sieci, mieliśmy domy towarowe, spółdzielcze sklepy, supersamy i cały handel uspołeczniony, który według nazwy należał do społeczeństwa, choć społeczeństwo nie zawsze mogło w nim kupić to, czego potrzebowało. Warszawski Supersam, otwarty w 1962 roku, był symbolem nowoczesności: wielka hala, samoobsługa i dach, który sam zasługiwał na oglądanie. W mniejszych miastach rolę okna na nowoczesny handel pełniły skromniejsze domy towarowe. Można było wejść, przejść między działami i przez chwilę poczuć, że towary tworzą jakiś uporządkowany świat, nawet jeśli na wielu półkach porządek wynikał głównie z tego, że niewiele na nich stało.
Mojemu pokoleniu nie trzeba też tłumaczyć, czym był Pewex. Od 1972 roku sprzedawał towary za dolary i bony, czyli pieniądze, których przeciętny człowiek oficjalnie prawie nie miał, ale jakoś musiał zdobywać, jeśli chciał kupić to, czego za zwykłe złotówki dostać się nie dało. Pewex nie był galerią, lecz potrafił wytworzyć podobny rodzaj pożądania. Za szybą stały dżinsy, zachodnie papierosy, alkohol, zabawki, elektronika i słodycze wyglądające tak, jakby przywieziono je nie z innego kraju, lecz z innego porządku świata. Człowiek patrzył na rzecz, ale widział dostatek, Zachód i życie wolne od kartek, kolejek oraz pytania, co dzisiaj rzucili.
Była w tym osobliwa lekcja. Towar przestawał służyć wyłącznie do używania, a zaczynał mówić, kim jest jego właściciel i do jakiego świata ma dostęp. Dżinsy nie były już tylko spodniami, a puszka napoju tylko czymś do wypicia. Niosły obietnicę uczestnictwa w lepszej rzeczywistości. Dzisiejsza galeria nie musiała więc uczyć Polaków od początku, że przedmiot może znaczyć więcej niż własna użyteczność. Trafiła na uczniów przygotowanych przez lata niedoboru, oglądania wystaw i marzeń o rzeczach, które istniały niedaleko, lecz nie dla każdego.
Pomiędzy Pewexem a galerią był jednak jeszcze Stadion Dziesięciolecia. Po 1989 roku jego trybuny, korona i otaczające go błonia zamieniły się w Jarmark Europa — ogromne targowisko, na którym Polska spotkała się z towarem przywożonym ze Wschodu, Zachodu i coraz częściej z dalekiej Azji. Kupowało się tam ubrania, buty, elektronikę i niemal wszystko, co dało się przewieźć w torbie, kartonie albo dostawczym samochodzie. Ceny nie zawsze wisiały na metkach, rachunki nie zawsze nadążały za towarem, a obok legalnego handlu rozciągała się szara strefa, której rozmiarów chyba nikt naprawdę nie potrafił policzyć. Nie znaczy to, że każdy sprzedawca był przemytnikiem, podobnie jak nie każdy klient przychodził po podrobiony dres z trzema paskami, których dla pewności naszyto cztery. Dla tysięcy ludzi był to zwyczajny sposób zarabiania na życie, a dla innych pierwsza możliwość kupienia rzeczy, których wcześniej nie było albo na które nie mogli sobie pozwolić. Kiedy Stadion zniknął, podobny obieg towaru nie zniknął razem z nim. Rozrósł się między innymi w podwarszawskich centrach hurtowych, zwłaszcza w Wólce Kosowskiej, tworzonych przez przedsiębiorców z Polski, Chin, Wietnamu, Turcji i innych krajów. Do dziś zaopatrują się tam kupcy z miejskich targowisk, podczas gdy inni sami sprowadzają towary własnymi, od lat sprawdzonymi kanałami. Nadal jest to handel częściowo oficjalny i uporządkowany, a częściowo wymykający się przepisom, kasom fiskalnym oraz ciekawości urzędu skarbowego. Galeria nie wyparła więc bazaru. Przykryła eleganckim dachem tylko jedną część handlu, podczas gdy jego mniej reprezentacyjne zaplecze nadal żyje własnym rytmem.
Kiedy pojawiły się galerie, zmieniła się jednak nie tylko skala, lecz także oprawa. Towar, który najpierw błyszczał za szybą Pewexu, a później piętrzył się na stadionowych stoiskach i w hurtowych halach, trafił do czystych, jasnych i starannie zaprojektowanych wnętrz. Kolejka zniknęła, a jej miejsce zajął wybór tak wielki, że człowiek nieraz stał bezradny przed półką z kilkudziesięcioma rodzajami tego samego produktu. Galeria przyniosła coś, czego nie wypada lekceważyć: ciepło, światło, czystość, toalety, parking, ochronę przed deszczem i możliwość załatwienia wielu spraw pod jednym dachem. Można kupić buty, zjeść obiad, odebrać okulary, pójść do kina, zaprowadzić dziecko na plac zabaw i jeszcze wypić kawę. Dawny rynek na taki zestaw odpowiedziałby zapewne straganem z oscypkami i informacją, że szewc będzie w czwartek.
Galeria wygrała więc nie tylko reklamą i wielkością. Wygrała wygodą. Kiedy człowiek ma samochód, ograniczony czas i kilka spraw do załatwienia, możliwość pozostawienia auta na parkingu i przejścia suchą nogą od apteki do sklepu z odzieżą trudno uznać za diabelski podstęp. Wygoda jest realną wartością. Rodzic z małym dzieckiem doceni windę i przewijak, osoba starsza ławkę, a ktoś poruszający się na wózku równą podłogę oraz brak krawężników. Krytyka galerii, która tych rzeczy nie widzi, staje się luksusem człowieka zdrowego, mobilnego i wyposażonego w dużo wolnego czasu.
Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy wygodne uzupełnienie miasta staje się jego zastępstwem. Mały sklep z butami, pasmanteria, księgarnia, sklep papierniczy czy punkt naprawczy nie przegrywają wyłącznie dlatego, że ich właściciele byli mniej pracowici. Przegrywają z kapitałem, skalą zakupów, reklamą i ruchem klientów ściągniętych w jedno miejsce. Jedne znikają, inne przenoszą się do galerii i od tej chwili płacą za prawo do obecności tam, dokąd powędrowali ludzie. Po kilku latach mieszkaniec mniejszej miejscowości odkrywa, że po zwykłe buty musi jechać kilkanaście albo kilkadziesiąt kilometrów. Galeria najpierw proponowała podróż do siebie, a później coraz częściej sprawiała, że trudno było wybrać inną drogę.
Nie sama galeria odpowiada za ten proces. Pomogły samochody, supermarkety, internet, zmiana trybu życia, rosnące koszty prowadzenia małego sklepu i nasze własne wybory. Każdy z nas lubi lokalnego kupca, dopóki ten nie okaże się odrobinę droższy, ma mniejszy wybór albo zamyka sklep o siedemnastej. Wtedy jedziemy tam, gdzie jest taniej i dłużej otwarte, a po kilku latach ze zdziwieniem pytamy, dlaczego na rynku pozostały bank, apteka, punkt z telefonami oraz lokal do wynajęcia. Nie ma sensu oskarżać pojedynczego klienta. Tysiące rozsądnych decyzji podjętych osobno potrafią jednak stworzyć wspólny skutek, którego nikt rozsądny nie planował.
Galeria tymczasem coraz dokładniej przypomina miasto w miniaturze. Ma ulice nazwane pasażami, place udające atria, ławki, rośliny, fontanny, restauracje, kino i miejsca zabaw. Można w niej spacerować, spotkać się, coś zjeść i obserwować ludzi. Brakuje tylko deszczu, błota, bezpańskiego psa, nierównej kostki i człowieka, który zaparkował tak, że zablokował pół chodnika. To miasto oczyszczone z przypadku. Pogoda została wyłączona, ruch uporządkowany, temperatura ustawiona, a wszystko, co mogłoby zakłócić przyjemne doświadczenie, otrzymało dyskretną uwagę monitoringu.
Na pierwszy rzut oka jest to przestrzeń publiczna. Drzwi otwierają się przed niemal każdym, nikt nie pobiera biletu, można usiąść na ławce i przez dłuższy czas niczego nie kupować. Człowiek czuje się jak na ulicy, tyle że lepszej. Różnica pojawia się dopiero wtedy, gdy zechce zrobić coś, co na prawdziwym rynku mieści się w obywatelskiej naturze miejsca, ale nie pasuje do handlowego scenariusza. Galeria ma właściciela, regulamin, ochronę i kamery. Nie jesteśmy w niej obywatelami współdecydującymi o wspólnej przestrzeni. Jesteśmy gośćmi, a jeszcze chętniej klientami, którym pozwolono zostać tak długo, jak długo ich obecność nie przeszkadza właścicielowi w prowadzeniu interesu.
Na miejskim rynku można zorganizować uroczystość, manifestację, pikietę, kwestę, spotkanie wyborcze albo protest przeciwko władzy, oczywiście w granicach prawa. Można rozwinąć transparent, wygłosić przemówienie i próbować przekonać innych, że miasto robi coś źle. W galerii podobna aktywność wymaga zgody gospodarza. Trudno zresztą oczekiwać, aby prywatny właściciel dobrowolnie udostępniał pasaż ludziom protestującym przeciwko warunkom pracy w jego sklepach, nadmiernej konsumpcji albo inwestycji, z której czerpie dochód. Na prawdziwym rynku można się było pokłócić o drogę. Pod szklanym dachem wolno mówić bardzo wiele, dopóki mówienie nie zakłóca muzyki i nie odciąga klientów od witryn.
To właśnie jest cena rynku pod prywatnym dachem. W zamian za ciepło, bezpieczeństwo i wygodę oddaliśmy część swobody właściwej przestrzeni wspólnej. Nikt nie zrobił tego jednym podpisem. Miasta nie wydały uchwały, że od jutra życie społeczne przenosi się do centrum handlowego. Proces odbywał się po cichu. Najpierw pojechaliśmy tam po zakupy, potem na kawę, później do kina, z dzieckiem, ze znajomymi i na niedzielny spacer. Kiedy zorientowaliśmy się, że galeria pełni funkcję rynku, rynek w wielu miejscach zdążył już zamienić się w parking albo dekoracyjne tło dla kilku dorocznych imprez.
Granice tej gościnności najlepiej widzi nie przeciętny klient, lecz człowiek, który z jakiegoś powodu nie pasuje do obrazka. Bezdomny chcący ogrzać się zimą, osoba żebrząca, głośna grupa młodzieży, ktoś zachowujący się nietypowo albo człowiek, który usiadł na długo i najwyraźniej niczego nie zamierza kupić, szybciej zainteresują ochronę niż rodzina niosąca firmowe torby. Nie twierdzę, że każda interwencja jest bezpodstawna. Galeria odpowiada za bezpieczeństwo, a zachowanie uciążliwe pozostaje uciążliwe niezależnie od stanu konta. Chodzi o coś prostszego: o prawie do obecności ostatecznie nie rozstrzyga wspólnota obywateli, tylko właściciel i zatrudnieni przez niego ludzie.
Ochroniarz staje się w ten sposób strażnikiem niewidzialnej granicy. Większość z nas jej nie zauważa, bo porusza się dokładnie tak, jak przewiduje projekt: wchodzi, ogląda, kupuje, siada, wychodzi. Granica ujawnia się dopiero temu, kto przestaje wyglądać jak potencjalny klient albo chce użyć miejsca inaczej, niż zaplanowano. Rynek miejski musi znosić także obywatela niewygodnego, marudnego i krytycznego. Galeria może uznać, że człowiek psuje atmosferę. A atmosfera, jak już wiemy, nie jest tam dodatkiem. Jest częścią produktu.
Nie znaczy to, że ludzie posłusznie wykonują wyłącznie handlowy scenariusz. Przeciwnie, potrafią przejąć przestrzeń dla własnych potrzeb. Zimą przychodzą emeryci, bo jest ciepło, jasno i można usiąść. Młodzież spotyka się tam, ponieważ nie ma własnego lokalu, na klatce schodowej komuś przeszkadza, a w domu rodzice chcieliby wiedzieć, o czym rozmawia. Rodzice z wózkami korzystają z równej, suchej podłogi i toalety. Ktoś umawia się pod fontanną, ktoś czyta książkę, ktoś spaceruje dla ruchu, choć przez cały pobyt nie wyciąga portfela. Galeria miała organizować konsumpcję, a ludzie zrobili z niej również ogrzewalnię, świetlicę i deptak.
To najmocniejszy kontrargument wobec mojej własnej podejrzliwości. Jeśli człowiek samotny może wyjść między ludzi, emeryt znaleźć ciepłą ławkę, nastolatki bezpieczne miejsce spotkania, a rodzic z małym dzieckiem kilka godzin wygodnego spaceru, to nieuczciwie byłoby nazwać galerię wyłącznie pułapką. Ona rzeczywiście wykonuje pracę społeczną, której nikt inny nie wykonał równie skutecznie. Możemy kręcić nosem, że wszystko odbywa się pod znakiem handlu, lecz kręcenie nosem nie zbuduje ławki, toalety ani miejsca otwartego zimowym popołudniem. Ludzie korzystają z tego, co mają pod ręką, i nieraz używają galerii mądrzej, niż przewidział jej biznesplan.
Pytanie brzmi zatem nie: dlaczego oni tam chodzą, lecz dlaczego tak niewiele równie dostępnych miejsc przygotowała wspólnota publiczna. W wielu miastach przestrzeń otwarta uczy raczej przechodzenia niż pozostawania. Ławki znikają albo są dzielone tak, żeby nie dało się na nich położyć, zadaszenie staje się luksusem, a dom kultury najchętniej zaprasza tych, którzy wcześniej wybrali zajęcia i zapisali się na określoną godzinę. Galeria nie staje się przez to przestrzenią demokratyczną, bo o prawie obecności nadal rozstrzyga właściciel. Bywa jednak jednym z niewielu ciepłych, bezpiecznych i pozornie darmowych schronień dla ludzi, którzy nie mają dokąd pójść: seniora uciekającego przed samotnością czterech ścian, nastolatków bez własnego kąta czy rodzica z małym dzieckiem. Gdzie jest świetlica, do której można wejść bez zapisywania się na zajęcia? Gdzie dom kultury otwarty wtedy, kiedy ludzie mają wolne? Gdzie zadaszony pasaż, czysta toaleta, ławka i ciepłe miejsce, w którym obecność nie musi być usprawiedliwiona zakupem? Samorząd potrafi urządzić rynek za duże pieniądze, położyć równą kostkę, postawić kilka donic i uroczyście przeciąć wstęgę. Trudniej sprawić, żeby na tym rynku codziennie coś się działo i żeby człowiek miał po co zostać tam dłużej niż do zrobienia pamiątkowego zdjęcia.
W poprzednim odcinku zatrzymałem się przy ludziach pracujących w niedzielę, dlatego nie będę ponownie prowadził kasjerki przez całą zmianę ani liczył kroków ochroniarza. Jedno zdanie warto jednak przenieść także tutaj: „w tej religii jedyny, kto naprawdę pości, to pracownik”. Klient ogląda obfitość, a pracownik stoi obok niej przez osiem czy dziesięć godzin, uśmiecha się, realizuje plan sprzedaży, pilnuje porządku albo sprząta stolik po cudzej celebracji. Jest częścią przestrzeni, lecz ma do niej inne prawa. Ławka służy klientowi do odpoczynku, nie sprzedawcy, który właśnie poczuł ból nóg.
Spór o handel w niedzielę pokazał, jak zaciekle prywatny rynek broni dostępu do naszego czasu. Kiedy pojawiły się ograniczenia, część placówek odkrywała w sobie urząd pocztowy, klub czy inną instytucję, o której istnieniu wcześniej nie miała pojęcia. Nie ma potrzeby ponownie rozstrzygać całego sporu. Ważny jest sam odruch: niedzielny klient stał się zbyt cenny, aby łatwo z niego zrezygnować. Galeria nie przejęła bowiem tylko miejsca dawnego rynku. Próbuje również przejąć jego czas, a najlepiej czuje się wtedy, gdy żadna pora dnia ani tygodnia nie wyznacza granicy dostępności.
Za elegancką witryną zaczyna się natomiast świat, którego spacerujący klient prawie nie widzi. Towar nie zstępuje na podświetlony postument sam. Najpierw ktoś go zaprojektował, wyprodukował, zapakował, przewiózł do centrum logistycznego, ponownie załadował, dostarczył nocą, rozładował i ustawił w magazynie. Ktoś rano uzupełnił półkę, przykleił cenę, poprawił ekspozycję i usunął kartony, żeby przed otwarciem nie zostało po tej pracy śladu. Front galerii opowiada o lekkości, przyjemności i wyborze. Zaplecze mówi o ciężarówkach, paletach, terminach, dźwiganiu oraz czasie liczonym znacznie dokładniej niż niespieszny spacer klienta.
Nie ma w tym oskarżenia samego handlu. Handel istniał na rynku, w domu towarowym, w Pewexie i istnieje w galerii. Łączy producenta z odbiorcą i zaspokaja potrzeby. Lokalny targ jest handlem, a przecież potrafi budować relacje społeczne lepiej niż niejeden program integracyjny finansowany z grubego projektu. Problem nie zaczyna się wtedy, gdy człowiek kupuje buty, bo stare się rozpadły. Zaczyna się wtedy, gdy system musi przekonać go, że buty wciąż dobre są znakiem życia już nieaktualnego, a nowa para otworzy przed nim lepszą wersję samego siebie.
Konsumpcja nie jest bowiem tym samym co potrzeba. Potrzeba może zostać zaspokojona. Człowiek głodny je, zmarznięty kupuje kurtkę, a ten, któremu pękła podeszwa, szuka butów. Konsumpcja jako sposób organizowania gospodarki i życia społecznego nie lubi końca. Musi wciąż produkować nowe braki, pragnienia i powody do wymiany rzeczy, ponieważ nasycony klient przestaje być klientem interesującym. Rynek miejski gromadził handel, ale nie wszystko na nim musiało prowadzić do sprzedaży. Można było spotkać znajomego, pokłócić się o politykę, wysłuchać orkiestry, uczestniczyć w uroczystości albo po prostu przejść na drugą stronę. W galerii niemal każda droga została poprowadzona obok witryny.
Nie śmieję się więc z człowieka, który kupił przecenione spodnie, zjadł frytki albo zrobił sobie manicure. Życie składa się także z drobnych przyjemności i Stary Grzyb musiałby być wyjątkowym obłudnikiem, gdyby po trzech odcinkach pisanych przy dobrych lodach nagle potępił cudze wydatki. Ostrze tej opowieści kieruję gdzie indziej: ku mechanizmowi, który każdą potrzebę spotkania, ciepła, bezpieczeństwa i odświętności potrafi zamienić w okazję handlową, oraz ku instytucjom publicznym, które zbyt łatwo uznały, że skoro prywatny inwestor postawił dach i ławki, problem wspólnej przestrzeni został rozwiązany.
Galeria dała nam wiele i właśnie dlatego tak łatwo przejęła funkcje miasta. Jest wygodniejsza od rynku, cieplejsza od deptaka, dłużej otwarta niż dom kultury i bardziej przewidywalna niż ulica. W zamian oczekuje niewiele: żebyśmy pamiętali, że wszystko dookoła jest ofertą. Możemy usiąść bez zakupów, ale ławka stoi tam dlatego, że wypoczęty człowiek zostanie dłużej. Możemy spotkać znajomych, lecz droga do miejsca spotkania prowadzi obok witryn. Możemy poczuć się jak u siebie, chociaż regulamin napisał ktoś inny.
Rynek pod prywatnym dachem nie jest więc fałszywym miastem. Jest miastem warunkowym. Daje schronienie, wygodę i towarzystwo, lecz nie daje pełnego prawa do miejsca. Możemy z niego korzystać, dopóki nie przeszkadzamy interesowi. Prawdziwe pytanie nie brzmi zatem, czy galerie należy lubić. Sam nadal siedzę w jednej z nich i nie zamierzam teatralnie porzucać niedokończonych lodów. Pytanie brzmi, dlaczego zgodziliśmy się, aby tak duża część wspólnego życia odbywała się w miejscu, które wygląda jak nasze, lecz ostatecznie do nas nie należy.
cdn.
Zbigniew Grzyb
Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Spis treści eseju „Galeria… nieobrazów”
-
Odcinek I. Lody pod kopułą, czyli skąd się wzięła ta „galeria” — (publ. 27.09.2026 r.)
-
Odcinek II. Katedra pod szklanym dachem — (publ. 04.10.2026 r.)
-
Odcinek III. Niedziela musi się wydarzyć — (publ. 11.10.2026 r.)
-
Odcinek IV. Rynek pod prywatnym dachem — (publ. 18.10.2026 r.)
-
Odcinek V. Starzy bogowie, nowe terminale — (publ. 25.10.2026 r.)
-
Odcinek VI. Świątynia, którą nosimy w kieszeni — (publ. 01.11.2026 r.)
Zostaw komentarz