CZY RZĄD DONALDA TUSKA ZMIERZA DO OTWARTEJ KONFRONTACJI ZE SPOŁECZEŃSTWEM? OBAWIAM SIĘ, ŻE TO MOŻE SKOŃCZYĆ SIĘ TRAGEDIĄ!

Z coraz większym niepokojem obserwuję to, co dzieje się w Polsce. I przyznam, że po raz pierwszy od dawna nie chodzi już tylko o polityczne spory, partyjne interesy czy walkę o władzę. Chodzi o coś znacznie poważniejszego. O narastające napięcie między rządzącymi a częścią społeczeństwa, które w pewnym momencie może wymknąć się spod kontroli.

Ostatnie wydarzenia wokół Trybunału Konstytucyjnego, kontrowersje dotyczące działań policji, coraz ostrzejsza retoryka polityków i próby rozstrzygania sporów instytucjonalnych w atmosferze konfrontacji budzą we mnie autentyczny niepokój.

Dokąd to wszystko zmierza? Czy ktoś w rządzie zastanawia się jeszcze nad konsekwencjami swoich działań? Czy naprawdę trzeba doprowadzić do tragedii, żeby politycy zrozumieli, że istnieją granice, których nie wolno przekraczać?

Nie twierdzę, że Donald Tusk świadomie dąży do rozlewu krwi czy społecznych zamieszek. Nie mam podstaw, by przypisywać mu takie zamiary. Ale mam prawo pytać, czy sposób prowadzenia obecnego konfliktu politycznego nie zwiększa ryzyka niebezpiecznej eskalacji.

Bo historia Polski pokazuje, że kiedy władza zaczyna postrzegać protestujących obywateli przede wszystkim jako przeszkodę, a nie ludzi korzystających ze swoich konstytucyjnych praw, konsekwencje mogą być dramatyczne.

Pamiętamy przecież Grudzień 1970 roku. Pamiętamy stan wojenny i tragedię kopalni Wujek. Oczywiście dzisiejsza Polska nie jest PRL-em i nie wolno mechanicznie porównywać tych sytuacji. Ale właśnie dlatego, że znamy własną historię, powinniśmy być szczególnie wyczuleni na wszelkie sygnały eskalacji konfliktu między państwem a obywatelami.

Największym zagrożeniem nie musi być nawet świadoma decyzja o użyciu siły. Wystarczy jeden błąd. Jedna nieprzemyślana interwencja. Jedna prowokacja. Jeden człowiek, który w atmosferze ogromnych emocji straci panowanie nad sobą.

A potem może wydarzyć się coś, czego nie da się już cofnąć.

Niepokoi mnie również język, jakim coraz częściej posługują się uczestnicy politycznego konfliktu. Przeciwnik przestaje być przeciwnikiem, a staje się wrogiem. Protestujący bywa przedstawiany jako zagrożenie. Każda strona przekonuje własnych zwolenników, że stawką jest ostateczne zwycięstwo dobra nad złem.

W takiej atmosferze bardzo łatwo zapomnieć, że po drugiej stronie stoją również Polacy. Ludzie mający rodziny, dzieci, własne przekonania i dokładnie takie samo prawo do życia w bezpiecznym państwie.

Rządzący mają szczególny obowiązek tonowania emocji. To oni dysponują aparatem państwa, policją i instrumentami przymusu. Dlatego od nich należy wymagać największej odpowiedzialności, powściągliwości i bezwzględnego przestrzegania prawa.

Nie można budować praworządności metodami, które same rodzą poważne pytania o poszanowanie praw obywatelskich. Nie można przywracać społecznego zaufania poprzez pogłębianie podziałów. Nie można mówić o demokracji, zapominając, że prawo do protestu i sprzeciwu jest jednym z jej fundamentów.

Nie chcę Polski, w której ludzie boją się wychodzić na demonstracje. Nie chcę Polski, w której policjant i obywatel patrzą na siebie jak na wrogów. Nie chcę Polski, w której kolejne polityczne konflikty rozstrzyga się na ulicach, zamiast w ramach prawa i demokratycznych instytucji.

I przede wszystkim nie chcę doczekać dnia, w którym dowiemy się, że ktoś zginął podczas kolejnej politycznej konfrontacji.

Bo wtedy nie będzie już miało znaczenia, kto miał lepsze hasła, kto wygrał telewizyjną debatę i kto zdobył kilka punktów w sondażach.

Pozostanie ludzka tragedia, cierpienie rodzin i pytanie, czy można było temu zapobiec.

Dlatego dziś nie nawołuję do konfrontacji. Przeciwnie. Uważam, że najwyższy czas zatrzymać tę niebezpieczną spiralę napięcia, zanim wydarzy się coś nieodwracalnego.

Donald Tusk jako premier ponosi szczególną odpowiedzialność za działania swojego rządu i za sposób, w jaki państwo reaguje na obywatelski sprzeciw. Nie jest jednak jedynym uczestnikiem tego konfliktu. Odpowiedzialności za słowa i czyny nie można zdejmować również z opozycji, organizatorów protestów ani samych demonstrantów.

Polska nie potrzebuje dziś kolejnej wojny między Polakami. Potrzebuje opanowania, szacunku dla prawa i świadomości, że żadne polityczne zwycięstwo nie jest warte ludzkiego życia.

Obawiam się, że zbliżamy się do momentu, w którym dalsze podsycanie konfliktu może przynieść konsekwencje, nad którymi nikt nie będzie już w stanie zapanować.

Chciałbym się mylić. Naprawdę.

Bo rządy przychodzą i odchodzą. A Polska i jej obywatele pozostają. I to ich bezpieczeństwo powinno być ważniejsze od jakiejkolwiek politycznej wojny.