Polska debata o Trybunale Konstytucyjnym zaczyna przypominać komedię pomyłek. Każdy tłumaczy swoje działania tym, że wcześniej ktoś inny zrobił coś nielegalnego. A skoro oni zrobili coś nielegalnego, to my też możemy zrobić coś nielegalnego… żeby naprawić tamto nielegalne. Logiczne, prawda?

W efekcie mamy państwo, w którym wyroki są, ale jakby ich nie było. Jedni je publikują w głowie, inni udają, że nie istnieją. Jedne instytucje je respektują, inne wzruszają ramionami. A obywatel stoi pośrodku i próbuje zgadnąć, która wersja prawa obowiązuje dziś – ta oficjalna czy ta „nieoficjalnie obowiązująca”.
Najciekawsze jest jednak to, że cały ten konstytucyjny chaos trwa już dwa lata, a polityczne koszty są zadziwiająco małe, nadal patole od Tuska mają poparcie w sondażach. Politycy krzyczą na siebie w telewizjach, prawnicy produkują kolejne analizy, profesorowie prawa robią z siebie pośmiewisko a państwo przyzwyczaja się do życia w permanentnym klinczu i chaosie.

Czasem ktoś wspomni o „resecie konstytucyjnym”. Pomysł pojawia się na chwilę, po czym znika, bo nagle okazuje się, że żadna ze stron nie chce naprawdę rozwiązać problemu. Wszyscy wolą poczekać, aż kiedyś uda się przejąć całą planszę dla siebie.

A w międzyczasie trwa wielka operacja naprawiania płonącego domu… kanistrem benzyny. I wszyscy są zdziwieni, że ogień wcale nie gaśnie.