Myślę czasem o wyborach parlamentarnych z 2023 roku. O tej osobliwej sytuacji, w której PiS formalnie zwyciężyło , zdobywając najwięcej głosów w kraju, a jednak nie uzyskało władzy. W polityce bowiem nie wystarczy wygrać. Trzeba jeszcze mieć większość matematyczną w Sejmie.
Tamte wybory były znakomitą lekcją arytmetyki politycznej.Jak to wyglądało?
Przypomnijmy wynik wyborów 2023
Główne komitety:
PiS – 35,38% -194 mandaty
KO – 30,70% – 157 mandatów
Trzecia Droga – 14,40% – 65 mandatów
Nowa Lewica – 8,61% – 26 mandatów
Konfederacja Wolność i Niepodległość – 7,16% – 18 mandatów
Większość w Sejmie: 231 mandatów.
Obecny układ to:
KO + Trzecia Droga + Lewica = 248 mandatów
PiS + Konfederacja = 212 mandatów
Czyli opozycja miała 36 mandatów przewagi.
I w tym momencie wyobraźmy sobie, że gdyby jakaś mała partia prawicowa miała 3% i weszła do Sejmu np. (Była taka ,,Polska Jest Jedna”)to uzyskalaby12-16 mandatów. I gdyby Konfederacja uzyskała około 10 % – 18 mandatów Razem dałoby to 230
Nowy układ (przykład):
PiS – 194
Konfederacja -18
nowa partia -ok. 14
Razem:
226 mandatów
Do większości nadal brakuje ok. 5 mandatów.
Czyli nawet w takim wariancie rząd byłby bardzo trudny.
Symulacja 2
Gdyby Konfederacja miała dużo więcej głosów
Załóżmy:
PiS -35%
Konfederacja – 10%
W takim układzie Konfederacja mogłaby mieć około 30 mandatów.
Nowy układ:
PiS – ok. 200 mandatów
Konfederacja – ok. 30
Razem dałoby to:
około 230 mandatów
To już prawie większość. Jeden mały koalicjant wystarczyłby do rządu.
W ostatnich wyborach przy wysokiej frekwencju (rekord III RP)trzy partie stworzyły blok 248 mandatów
Gdyby zmienił się tylko jeden element (np. próg dla Trzeciej Drogi), wynik wyborów mógłby wyglądać zupełnie inaczej.
W historii III RP to były jedne z najbardziej „na ostrzu noża” wyborów, bo naprawdę 1-2% w kilku miejscach mogło całkowicie zmienić władzę w Polsce. Różnica nie wynikała tylko z poparcia społecznego, lecz także z chłodnej matematyki systemu wyborczego i metody D’Hondta.
Dlatego wracam myślą do tamtych wyborów również z innego powodu. Być może był to moment zmarnowanej szansy. Polityka nie polega tylko na walce o każdy procent poparcia dla własnej partii. Polega także na umiejętności budowania szerszego obozu politycznego. Tego PiS nie potrafił i dzisiaj atakując stowarzyszenie Morawieckiego widzę, że PiS nie zmądrzał.Upór, by zdobyć samodzielną większość, brzmi dumnie, ale bywa również ryzykowny. W praktyce kilka procent rozproszonych głosów pomiędzy mniejsze ugrupowania może zdecydować o tym, czy powstanie rząd. Kilka procent może też po prostu zniknąć pod progiem wyborczym.
Dlatego czysto techniczna lekcja z tamtych wyborów jest prosta. W systemie, który premiuje większe bloki, rozsądniej, właściwie konieczne jest startowanie na wspólnych listach w szerokiej koalicji róznych środowisk niż w samotnym marszu po większość absolutną. Kilka mniejszych ugrupowań włączonych do jednego bloku może dać nie tylko kilka procent więcej głosów, lecz także kilkanaście dodatkowych mandatów. Kiedy nie wystartują wspólnie ich głosy i poparcie idą do kosza.
Polityka bywa teatrem emocji, ale w dniu wyborów decyduje matematyka. A matematyka jest bezlitosna dla tych, którzy nie potrafią liczyć swoich sojuszników.Jest jeszcze jeden problem, o którym w polityce mówi się rzadko, choć widać go gołym okiem. Duże partie bardzo często popadają w pewien rodzaj politycznej pychy i samozachwytu. Gdy mają wysokie notowania, zaczynają wierzyć, że poradzą sobie same, że nie potrzebują nikogo obok.Nie chcą się dzielić i nie chcą dopuszczać innych.Takie myślenie bywa wygodne, ale bywa też egoistyczne i zgubne i głupie. W efekcie te środowiska startują osobno, zdobywają po dwa, trzy procent głosów i… wszystko się rozprasza.
Właśnie w takich momentach metoda D’Hondta zaczyna działać jak bezlitosny kalkulator. Kilka procent, które mogłoby pracować na wspólny wynik, po prostu znika z politycznej arytmetyki.
Mniejsze środowiska prawicowe często pozostają na marginesie, bez realnej możliwości współpracy czy miejsc na listach. W efekcie część wyborców rozprasza się między różnymi małymi inicjatywami, które nie mają szans przekroczyć progu wyborczego.
A w polityce kilka procent potrafi zdecydować o wszystkim. Czasem o tym, kto naprawdę wygra wybory. A w dzisiejszej rzeczywistości mało realne jest samodzielne wygranie wyborów. Tak to widzę, chociaż nigdy nie byłem w żadnej partii ale czuję w nich atmosferę wyścigu szczurów i podgryzania sobie ogonów. Czy mam rację?
Zostaw komentarz