W polityce są ludzie, którzy zmieniają zdanie. Są też tacy, którzy zmieniają poglądy. Ale Donald Tusk osiągnął poziom wyższy – potrafi zmieniać historię, nie ruszając się z miejsca. Wystarczy kilka lat, odpowiedni sondaż i nagle okazuje się, że to, co wczoraj było sukcesem, dziś jest skandalem stulecia. A to, co dziś jest sukcesem, jutro może zostać uznane za zamach na demokrację, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.
Przykład? Fuzja Orlenu i Lotosu. W 2022 roku grzmiało się o „jednym z największych skandali po 1989 roku”. Brzmiało poważnie, niemal jak zapowiedź komisji śledczej transmitowanej przez wszystkie stacje jednocześnie. Tymczasem kilka lat później ten sam Orlen urósł do rozmiarów, które pozwalają mu konkurować z wielkimi europejskimi i rosyjskimi koncernami. I nagle sukces przedsiębiorstwa staje się powodem do dumy narodowej.
To trochę jakby ktoś najpierw przez godzinę przekonywał wszystkich, że zbudowanie mostu było katastrofą, a następnie przejechał nim na konferencję prasową, chwaląc widoki.
Fenomen Tuska polega na tym, że nigdy nie musi przyznawać się do błędu. To rzeczywistość ma obowiązek dostosować się do aktualnej narracji. Jeśli coś zrobił przeciwnik polityczny, to jest podejrzane. Jeśli po czasie okazuje się skuteczne, to sukces należy przypisać nowemu zarządzaniu, klimatowi, Europie albo szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Wszystkiemu, tylko nie pierwotnej decyzji.
Polityczna pamięć wyborców jest bowiem traktowana jak pamięć złotej rybki. Wczoraj? Nieważne. Przedwczoraj? Nie istnieje. Liczy się najnowszy wpis, najświeższy tweet i aktualny przekaz dnia. Kto pamięta wcześniejsze deklaracje, ten zostaje uznany za archeologa, a nie obywatela.
Tusk od lat uprawia więc szczególną dyscyplinę sportową: slalom między własnymi wypowiedziami. Raz jest liberałem, raz socjaldemokratą, raz euroentuzjastą, raz obrońcą narodowych interesów. Wszystko zależy od kierunku politycznego wiatru. Gdyby konsekwencja była walutą, Polska mogłaby przyjąć euro jutro, ale akurat w tej jednej dziedzinie premier pozostaje zagorzałym zwolennikiem zmiennego kursu.
Trzeba jednak oddać sprawiedliwość: niewielu polityków potrafi z taką swobodą przechodzić od oskarżenia do pochwały tego samego zjawiska. To talent niemal artystyczny. Nie każdy potrafi jednocześnie podpalić most i przeciąć wstęgę na jego otwarciu.
A wyborcy? Cóż, pozostaje im śledzić kolejne odcinki tego serialu. Bo w polityce Donalda Tuska pewne są tylko dwie rzeczy: zmiana stanowiska i przekonanie, że stanowisko nigdy się nie zmieniło.
Najbardziej fascynujący w tej historii nie jest jednak sam polityk, lecz część jego najwierniejszych zwolenników. Gdy Tusk mówi „A”, biją brawo. Gdy po trzech latach mówi „nie-A”, biją jeszcze głośniej. Logika przegrywa z lojalnością, a pamięć kończy się tam, gdzie zaczyna się aktualny przekaz dnia. Gdyby polityczna konsekwencja była egzaminem, wielu fanów premiera przyszłoby bez długopisu, podręcznika i najmniejszej ochoty na sprawdzanie faktów. W satyrycznym ujęciu przypominają nie obywateli analizujących rzeczywistość, lecz polityczne ameby dryfujące od jednego hasła do drugiego, zawsze przekonane, że nurt niesie je we właściwym kierunku. Wczorajsze słowa? Nieistotne. Dzisiejsze? Objawione. Jutrzejsze? Zostaną uznane za odwieczne prawdy, nawet jeśli będą dokładnym przeciwieństwem tych z wczoraj.
Zostaw komentarz