Trochę tak jak w fundamentalistycznym nurcie wyznaniowym bluźnierstwo czy zbezczeszczenie symbolu religijnego mają charakter kategoryczny – są grzechem, zasługującym na potępienie i karę wyrazem moralnego upadku, tak w ramach ideologii lewicowej relacje opresor-ofiara mają charakter wiążący i jednoznacznie pozycjonujący poszczególnych aktorów na drabinie moralnej.

Lewicowiec ma swoją wagę, na której waży społeczności i odkłada na kupki w kolejności od najmniejszej do największej „winy”, wytwarzając tak uniwersalny łańcuch dziejowej sprawiedliwości. W tym rachunku Polacy i katolicy znaleźli się na kupce zaraz za „nazistami” i jako tacy niespecjalnie nadają się do moralnego docenienia.

Tacy Ulmowie są solą w oku, bo oto jest spektakularny przypadek – jeden z wielu, niemniej – wielu jednostkowych przypadków – który psuje im ten uporządkowany obraz.

Zdaniem lewicy, przypadek Ulmów, Kolbego czy setek innych „sprawiedliwych” jest właściwie nieistotny i nie zasługuje na wzmiankę, a już na pewno na to, żeby Polacy się tym bohaterstwem chełpili. Tudzież katolicy. Jedni i drudzy są bowiem – w lewicowej narracji – winni „systemowej” opresji milionów ofiar, więc te pojedyncze wyjątki niczego nie zmieniają. To dlatego Deutsche Welle w swojej relacji podkreśliło wyraźnie, że Ulmowie bardziej obawiali się polskich sąsiadów niż niemieckich żołnierzy.

Ujęcie tragedii Ulmów w ramy katolickiego rytuału beatyfikacyjnego jest zatem dla lewicy czystą perwersją. To jakby Hitler wyświęcał dobrego Żyda. Zawłaszczenie polega tu na tym, że zdaniem lewicy, kat instrumentalizuje ofiarę, używając jej jako symbolu negującego własne zbrodnie.

Aureola nad ciążowym brzuchem jest wisienką na torcie: wszak kolejnymi ofiarami Kościoła (tudzież polskiej prawicy przywiązanej do katolicyzmu) są kobiety, którym odmówiono aborcji oraz straszliwie upośledzone dzieci, których podłe życie jest konsekwencją zmuszenia kobiet do porodu. Ta aureola jest więc uświęceniem kolejnej zbrodni Kościoła, co lewicy nie mieści się w głowie – pozostaje jej śmiech przez łzy.

Sęk zatem w tym, że słowa Dehnela a właściwie cała ta lewicowa dyskusja dotycząca beatyfikacji Ulmów jest nie tyle kpiną z wrażliwości osób wierzących, ile wyrazem kompletnie innej wrażliwości i zupełnie inaczej ukształtowanej moralności. Pęknięcie aksjologiczne jest tu tak głębokie, że właściwie nie ma już możliwości porozumienia. Jedna strona gada z drugą jak osoba z arachnofobią z pająkiem. Może sobie „racjonalizować” do woli, ale decydujące znaczenie ma odruch. Mówimy tu o odruchu wstrętu w sensie biblijnym: obrzydzenia grzechem.

Relacja jest symetryczna – obie strony przepojone są tym wzajemnym szczerym obrzydzeniem, wręcz niedowierzaniem, że druga strona mogła dopuścić się kolejnej, jeszcze większej transgresji. Jedyną reakcją jest: „A czegóż innego mogliśmy się po nich spodziewać?”

To jest pęknięcie nieusuwalne, uważam. Pola kompromisu nie ma, bo jak przekonać kogoś, kto się brzydzi pająkami do tego, żeby urządził w mieszkaniu – w ramach tolerancji i wyrazu dobrej woli – „kącik ośmiu nóżek”? Wyrazem braku wszelkiej dyskryminacji miałaby zaś być zgoda na swobodne spacery pajęczej braci po całym domu. No nie da się!