W kraju – według pasków informacyjnych – trwa właśnie absolutny armagedon.

Zamach stanu, łamanie konstytucji, barykady, zgliszcza, a dyplomaci w geście heroicznego buntu rzucają papierami na stół, wybierając los męczenników.

Dramaturgia na poziomie upadku Cesarstwa Rzymskiego. Naród wstrzymuje oddech.

I wtedy, zza mgły politycznej pożogi, wychodzi poseł Michał Wójcik.

Obok niego redaktor Miłosz Kłeczek z miną stratega planującego desant w Normandii. Siedzę, patrzę, myślę: zaraz padnie odezwa do narodu, wezwanie do powołania rządu na uchodźstwie albo chociaż analiza prawna w dwunastu tomach.

A poseł Wójcik bierze oddech, patrzy głęboko w kamerę i… odpala Krzysztofa Krawczyka.
„Jak minął dzieeeeń? Czy dał ci koość?”

Wot tak! Imienno tak!

Nie mam już żadnych wątpliwości: Uśmiechnięta Koalicja doczekała się wreszcie Uśmiechniętej Opozycji.
Jedni rządzą z uśmiechem na ustach, drudzy z uśmiechem i podkładem muzycznym obalają dyktaturę. Zamiast podziemnej bibuły mamy biesiadne karaoke w telewizji śniadaniowo-republikańskiej.

A ambasadorowie? Cóż, ambasadorowie patrzą na to wszystko z zagranicy, kalkulując w excelu diety, odprawy i dostęp do konfitur, nucąc cicho pod nosem: „jak minął dzień… całkiem nieźle, przelew doszedł”.

Nawet najbardziej pryncypialne gesty w dyplomacji bywają skalkulowane na przetrwanie, zmianę układu sił lub zabezpieczenie wpływów w nowej konstelacji politycznej. Jasne!

Nie potrzebujemy kabaretów w sylwestra, mamy debatę publiczną w pełnym pakiecie premium.