Ostatnie dwa lata nie przysłużyły się Warszawie. Kiedy moja Mama była w szpitalu, godzinami chodziłem po mieście – po ulicach związanych z dawnymi wspomnieniami. Po jej śmierci te spacery stały się odruchem. I za każdym razem, gdy przyjeżdżałem do Warszawy, miałem wrażenie, że stolica gaśnie.
W Śródmieściu coraz więcej bazgrołów, jakby ktoś zrezygnował z pilnowania porządku. Na trawnikach walają się małpki, a w miejscach, gdzie kiedyś panował spokój, przesiadują dziś lokalni pijaczkowie. Mimo szumnych zakupów wciąż jeżdżą stare tramwaje. Toalety w centrach handlowych już nie lśnią, przystanki i śmietniki wyglądają jak po zimowym maratonie, choć jest środek roku. Szczegóły, ale to one świadczą o kondycji miasta.
Kolega pewnie zaraz rzuci z przekąsem „wina Tuska”, a ja z przekonaniem przytaknę. Nie dlatego, że wierzę w polityczne skróty myślowe. Raczej dlatego, że mam poczucie, iż ktoś naprawdę wypuścił stery.
Idąc przez miasto, obserwuję ludzi. Ruch jak zawsze, gwar jak zawsze, życie pulsuje. Ale w spojrzeniach mało nadziei. Jakby Warszawa wciąż próbowała być metropolią, tylko brakuje jej tchu. I ludziom też.
Zostaw komentarz